Kartki chronologicznie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty

W ogrodzie z pajęczyny

19 lutego 2012, niedziela
ćwierć na dwunastą w nocy


Kolejna niedziela ma się ku końcowi. Pewnie, kiedy skończę pisać poniższe - będzie już poniedziałek. Chociaż kto wie? Może zdążę przed północą.

Mieszkanie na Oliwie to już historia. Może więc o niej powinnam powiedzieć więcej? Trudno mi przystać na zmiany, ale jak już coś zmienię i przywyknę, to potem żal mi to porzucać. Tak mniej więcej wyglądają moje odczucia w stosunku do Oliwy. W zasadzie – Starej Oliwy.
Okolica była wielce urokliwa. Niemal same stare, poniemieckie wille z lat dwudziestych i trzydziestych zeszłego wieku. Stare drzewa w przydomowych ogródkach. Właśnie, ogród…

Kawalerka była zaledwie przysposobionym do bycia osobnym mieszkaniem pokojem, wydzielonym z mieszkania na parterze żółtej willi. Dlatego nasze mieszkanko posiadało jedno, jedyne okno. Pod oknem stał duży, masywny, rozkładany stół. Nie z jakiejś tam płyty, ale z prawdziwego drewna. Mocny, ciężki stół. Na nim zaś stał laptop Lubego. Z racji poszukiwania pracy przez cały okres mieszkania na Oliwie, sporo czasu spędzałam przy komputerze. Raz na jakiś czas jednak trzeba było oderwać wzrok od monitora, podnosiłam go więc na okno.
Za nim rozciągał się widok na ogród...

Tuż przy ścianie willi rosły krzaki, których imion nie znam. Jednakże nie o krzewy chodzi… ale o ptaki, które raczyły raz na jakiś czas zaglądać do nas. Przysiadywały na gałęziach bliskich oknu. Zwłaszcza, gdy zima przypomniała sobie o istnieniu Pomorza. Krzewy i drzewa w ogrodzie pozbyły się resztek liści, więc jedyną ich ozdobą były przysiadające w gałęziach barwne, skoczne sikorki.

Swoją drogą mam chyba szczęście do dostrzegania, albo ostatnio bardziej zwracam uwagę na otoczenie? 

Pewnego razu szłam wzdłuż ulicy biegnącej przez las. Na granicy chodnika i linii drzew, wśród śniegu i krzaków, igrała wielość ptaszków. Nie mam pojęcia jakiego gatunku, bo nie były to zwyczajne wróble, ani też sikorki, które potrafiłabym nazwać. A wielkościowo pasowałyby do jednego i drugiego rodzaju ptaków. Jeśli dobrze pamiętam, miały czarne lub ciemne upierzenie z jaśniejszymi akcentami na głowie oraz skrzydłach, nie wiem czemu ale wydaje mi się, że miały żółtawy bądź pomarańczowy pasek na skrzydełkach. Ale były tak ruchliwe, że przyjrzenie się im dokładnie graniczyło z niemożliwością.
Innym znów razem dostrzegłam wyjątkowego ptaka, który przysiadł na krzewie tuż przy wejściu do sieni żółtej willi. Był niemal idealnie okrągły, zapewne starał się ogrzać strosząc pióra, a ubarwieniem przypominał nieco samicę kosa, ciemnobrązowe z jaśniejszymi plamkami. Nie mam bladego pojęcia, cóż to mogło być za boskie stworzenie.

Lubiłam ogród, który otaczał żółta willę. Lubiłam patrzeć, jak niebo barwi się na różowo, kiedy słońce z wolna zachodziło, by utonąć w morzu. Wszystkie drzewa i krzewy oraz pobliskie domostwa oblekały się w mroczniejący z każdą chwilą cień, stając się zaledwie kształtami na tle wieczornego nieba.

Lubiłam również strych żółtej willi. Ponieważ kawalerka nie posiadała wystarczająco dużo przestrzeni, aby móc suszyć w niej pranie, korzystaliśmy z poddasza. Zresztą… z powodu narożnego usytuowania kawalerki, w pokoju było chłodno i wilgotno, więc tym bardziej suszenie czegokolwiek nastręczało pewnych problemów. Chemiczny pochłaniacz wilgoci bardzo szybko tracił swoje właściwości. A pozostawienie herbatnika na noc poza zamkniętym pojemnikiem, sprawiało, że rano ciastko było wyjątkowo plastyczne. W każdym razie… pozwolono nam korzystać ze strychu.
Chodziłam więc na górę, aby pod dachem rozwiesić pranie. Nie wiem dlaczego, ale na wspomnienie tego, przychodzi mi na myśl fragment z "Przechadzki z Orfeuszem", Kaczmarskiego.

„Ostrożnie stawiaj stopy, po ludzkich stąpasz resztkach”.

Nie było to może aż tak makabryczne… Ale niewątpliwie należało się poruszać ostrożnie. Schody, co prawda były solidne. Jednocześnie były solidnie zarzucone najróżniejszymi szpargałami, które najwyraźniej nie były potrzebne, a zarazem nikt nie chciał ich wyrzucić. W każdym razie od pierwszego piętra aż po strych piętrzyły się przeszkody. Gdy jednak wreszcie udało się dotrzeć na górę, nadal należało pozostawać ostrożnym. Drzwi były zamykane na bardzo prosty skobel. Wystarczyło go podnieść…

„Nie ścigaj się z obłokiem, umarli się nie spieszą”

To był strych, dokładnie taki jaki sobie zawsze wyobrażałam. Tak właśnie według mnie wygląda idea strychu. Każdy krok budził z niebytu dźwięk, przeciągły jęk deski. Każdy krok zaburzał chaos kurzu, który pokrywał prowizoryczną podłogę. W paśmie światła, wpadającym przez okno, tańczyły drobiny pyłu. Jedyną wolną przestrzeń stanowiła ta, którą przeznaczono na suszarnię. Każdy inny kąt, każdy fragment strychu, zajmowany był przez zapomniany sprzęt. Fotele, krzesła, trójdrzwiowa szafa, szafeczki, i wiele innych. Przykryte kurzem lat i historii. Kojarzył mi się ze strychem, który wykreowałam w pewnej opowieści, jeszcze w czasach gdy miałam naście lat. Nie zauważyłam jednak tam żadnego kufra, ale zapewne w szafkach i komodach mogło kryć się niejedno. Kto wie, jak wiele może zostać pogrzebane na strychu? Wśród kurzu, pajęczyn i zapomnianych i porzuconych przedmiotów?

Ten strych, to było doskonałe miejsce, żeby schować się przed całym światem i samemu zostać jednym z zapomnianych sprzętów. To jednak nie wchodziło w rachubę. Nigdy nie było brane pod uwagę. Ale każde wejście na strych, było przeżyciem. W późniejszym czasie coraz mniej przyjemnym... ponieważ nadeszły chłodne, zimowe dni;  dłonie grabiały z zimna podczas rozwieszania rzeczy na tych paru sznurach, a pranie i tak nie chciało schnąć. W końcu, gdy właściciele włączyli ogrzewanie, zaczęliśmy suszyć pranie przy kaloryferze. Od tego czasu ani razu nie byłam już na strychu, niestety. Sprzęty pozostaną zapomniane, przykryte kurzem lat i swoich własnych historii, których nikt już nie usłyszy.

Podróż od Kresa do Kresa przez czas i przestrzeń

10 grudnia 2010,
trzy ćwierci na ósmą wieczorem

Za oknem panowała już bezsprzecznie atramentowa ciemność, raz na jakiś czas rozpraszana pomarańczowym blaskiem latarń, odbijanym od śniegu, który pokrywał grubą warstwą mijany krajobraz. Jeśli w Gdańsku dopiero, co zaczęło sypać, koło Torunia podkłady były pokryte warstewką białego puchu, w okolicy Zgierza warstwa śniegu zrównała się z wypolerowaną stalą torów, tak za Radomskiem wyraźnie było widać które tory nie były w użytku. Gdyby napadało jeszcze kilkanaście centymetrów śniegu, trudno byłoby w równej, białej pokrywie odnaleźć nieużywane torowiska.

Nim pociąg dotarł do Bydgoszczy skończyłam przygodę z „Wskrzesicielem”, Seana Stewarta. Czy to pech, czy szczęście, ale ostatnio trafiały mi się wyjątkowo filozoficzne książki. „Błogosławiony wiek”, Tomasza Piątka okazał się bardzo głęboką lekturą o życiu i Kosmosie. Tak samo „Wskrzesiciel”. I w obu - jakoś mimochodem, nienachalnie i ledwo widocznie, niby wąż w gęstwinie - przemykały się między stronicami rozmyślania o śmierci.

Bez większego zainteresowania obserwowałam współpasażerów, którzy zajęci byli swoimi sprawami. Zajmowali się tym, czym zwykle zajmują się ludzie w pociągach. Spali. Czytali kolorowe brukowce. Albo uczyli się do zaliczenia z prawa cywilnego – to tylko luźne przypuszczenie, które wysnułam po przeczytaniu tytułu na lakierowanej, jadowicie zielonej okładce opasłego tomu Kodeksu Prawa Cywilnego. Co prawda właściciel tegoż, przystojny młody człowiek o ciemnych włosach i oczach barwy starego złota, wiele czasu i uwagi poświęcał kserowanemu fragmentowi książki. Jakiej? Nie mam pojęcia. Młodzian wysiadł w Łodzi. Na chwilę miejsce naprzeciwko mnie opustoszało, ale tylko na chwilę.

Miejsce złotookiego młodzieńca zajął inny młody człowiek, choć na ile byłam w stanie ocenić – o kilka lat starszy ode mnie, czyli mniej więcej koło trzydziestki. Po zdjęciu z siebie wierzchniego okrycia i zarzuceniu na półkę bagażu, rozsiadł się przede mną. Oddzielił się od świata zestawem słuchawkowym komórki oraz książką. Tom miał dziwnie znajomy wygląd. Chwilę zajęło mi skojarzenie, co to za lektura, aż wreszcie doznałam olśnienia! „Północna granica”, Feliksa W. Kresa, wydanie pierwsze! Jak dawno miałam w ręku ten tom „Księgi Całości”? Hm… Kiedy to było? Koniec gimnazjum zapewne, pewnie tuż po tym jak skończyłam czytać sagę o Wiedźminie, Andrzeja Sapkowskiego. Czyli niewątpliwie rok 2003, ponieważ jeszcze na początku liceum czytałam „Księgę Całości” i przy okazji wpakowałam się w omawianie „Pani Dobrego Znaku” mojemu profesorowi polskiego.

Jak do tego doszło? A, w bardzo prosty sposób. Najpierw zostałam wywołana do odpowiedzi. Usiadłam naprzeciwko psora przy jego biurku – taki autorski sposób odpytywania, żaden inny psor nie pozwalał byśmy siedzieli przy odpowiedzi. Większość kazała nam stać – albo w ławce, albo tuż przy biurku. Ale siedzieć? A skądże! Psor B. był jednak wielce uprzejmym człowiekiem i traktował uczniów jak ludzi, w ograniczonym zakresie, ale jednak. Więc usiadłam. Podałam zeszyt profesorowi, żeby sobie mógł go obejrzeć. Wtedy chyba jeszcze nie miałam zdjęcia kolegi na okładce – bo to zupełnie inna historia, ani cytatów z wierszy Jacka Kaczmarskiego (z tego co pamiętam to był tam np. fragment z utworu „Ci wszyscy ludzie”, „Pan Kmicic”, „Lalka”, i coś jeszcze. Na innej okładce – chyba właśnie tej ze zdjęciem kumpla, był pełny tekst „Postmodernizmu”, oczywiście autorstwa J. Kaczmarskiego – „Wszystko wolno! hulaj dusza! / Do niczego się nie zmuszaj! / Niczym się nie przejmuj za nic! / Nie wyznaczaj sobie granic! ” etc. Chyba wciąż potrafiłabym wyrecytować całość.)

Wrócę jednak ad rem!, psor wziął zeszyt, obejrzał a potem skupił przenikliwe spojrzenie jasnoniebieskich oczu na mnie. Dokładniej to na moim wisiorku, który za tło miał czerwono-czarno-białe pasy mojego golfa; więc raczej był słabo widoczny.
- Co ty masz na tym łańcuszku? – zapytał w końcu profesor, zmarszczywszy brwi.
- Smoka – odparłam z prostotą i zgodnie z prawdą.

Rzeczywiście w połowie września weszłam w posiadanie żelaznego smoka z rozpostartymi skrzydłami i głową zwróconą w lewo (tzn. dla patrzącego w prawo). Wówczas jeszcze posiadał trójkątnie zakończony ogon, który nieszczęśliwie się ułamał w okolicy następnej Wielkanocy, gdy upadł mi na podłogę w pokoju. Zabawne jest to, że pewnego dnia, niedługo po tym jak go zakupiłam, spadł mi na beton ulicy, kiedy einfachowe zapięcie puściło – absolutnie nic mu się nie stało.

W każdym razie, żelaznego smoka zdobyłam za całe trzy złote w odpustową niedzielę. Dlaczego żelaznego? Cóż, pozostałe sprzedawane na tym straganie – również za niebywałą cenę trzech złotych – były posrebrzane, ten jeden zaś niczego nie udawał i był po prostu żelazny. Jedyny w swoim rodzaju, nic więc dziwnego, że postanowiłam go mieć. Ja! Ktoś kto niespecjalnie lubi biżuterię, przez co Luby ma czasem spore problemy z wyborem prezentu dla mnie. Ciągle utyskuje na fakt, że nigdy nie przekułam uszu (i w żadnym wypadku nie mam już zamiaru). Ale zdaje się znów odjechałam od tematu… Powiedziałam więc profesorowi, zgodnie z prawdą, że na wisiorku mam smoka.

- Smoka – powtórzył profesor niechętnie. – A wiesz czego symbolem jest smok?
- W chińskiej kulturze symbolizuje mądrość… - zaczęłam, nieco speszona, bo nie bardzo wiedziałam do czego dążył nauczyciel. Poza tym smok na moim wisiorku był jak najbardziej europejskiej urody, więc tak jakby - zupełnie świadomie - się rozjechałam między symboliką a przedstawieniem.
- Ale żyjemy w kulturze europejskiej, chrześcijańskiej, tutaj smok jest symbolem diabła – zauważył chłodno.
- No, tak… Ale ja to się w sumie fantastyką interesuję i tam są różne rodzaje smoków.
- Fantastyką? – zapytał uważnie.
- Tak. RPG też trochę, to znaczy... Graniem w odgrywanie. Gram ze znajomymi na forum internetowym, tam jest takie miasto, Narilvatar, i każdy odgrywa swoją postać, i tak tworzy się większa historia. Poza tym sporo czytam – dodałam mimochodem, nie przeczuwając katastrofy.
- A jaką teraz książkę czytasz? – "Pięknie! Po prostu cudownie..." – pomyślałam, czując jak moje jestestwo przeszywa chłód. Jakoś tak głupio kłamać w żywe oczy, ale jak tu opisać czytaną właśnie lekturę, żeby nie upewnić nauczyciela w przekonaniu, że jestem wyznawcą szatana, a fantastyka to mrok, zło i precelki?
- „Panią Dobrego Znaku”, Feliksa W. Kresa - odpowiedziałam w końcu, bo przecież nie mogłam milczeć aż do dzwonka. - To jest kolejny tom z cyklu „Księga całości”. Akcja dzieje się w świecie, który nazywa się Szerer. I nad tym światem panuje Szerń, ślepa moc, składająca się z jasnych i ciemnych wstęg, która nadała inteligencję ludziom, kotom i sępom… - Cóż, ratując się przed całkowitym upadkiem, zaczęłam opowiadać o świecie przedstawionym, byle tylko nie zdradzić fabuły czytanej książki. 
Profesor jednak w końcu się zmitygował, albo po prostu przypomniał sobie, że jeszcze cała lekcja przed nami i nie może spędzić całego dnia na słuchaniu o Szererze, więc przerwał mi w pół zdania:
- No, dobrze, ale wróćmy do odpytywania. Opowiedz o motywie śmierci w Średniowieczu.

Nie pamiętam jaką ostatecznie ocenę dostałam, ale chyba nie poszło najgorzej (pewnie jakaś państwówka, może nawet czwórka). Żeby było zabawniej, z tematu śmierci w Średniowieczu byłam pytana jeszcze dwukrotnie na lekcjach polskiego – podczas powtórki z epoki oraz w klasie maturalnej podczas wielotygodniowej powtórki przed maturą.

Chyba nic dziwnego, że moim tematem maturalnym było „Motyw śmierci w literaturze i malarstwie. Omów na wybranych przykładach”? To było przeznaczenie! Zresztą za prezentację maturalną dostałam 100%, nie jestem pewna dokładnie za co, bo ledwo pamiętam, co mówiłam. A tak wysoka nota była dla mnie radosnym zaskoczeniem. Jedynie co wiem, to że podeszłam do tematu bardzo przemyślnie, bo zamiast się rozwodzić o różnych rodzajach śmierci od bohaterskiej po samobójczą, po prostu omówiłam antropomorficzną personifikację śmierci od średniowiecza ("Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią", anonim; "Trzy okresy życia kobiety i Śmierć" – H. Baldung) przez barok ("Napis na statuę, abo na obraz śmierci" – S. Sęp Szarzyński, "Alegoria marności świata", J. de Valdes Leal), Młodą Polskę ("O! Przyjdź" – S. Korab Brzozowski, "Tanathos", J. Malczewski) po współczesność ("Mort", T. Pratchett). Jak widać – nie wysiliłam się zbytnio jeśli chodzi o materiał źródłowy, ale za to zrobiłam ją samodzielnie i spędziłam nawet parę godzin w czytelni Biblioteki Śląskiej. I przy ostatnim pytaniu od mojego profesora musiałam je delikatnie sprostować, ponieważ profesor źle zrozumiał jeden z wniosków prezentacji – który brzmiał, że dawniej przedstawienie śmierci miało przerażać, a obecnie może być tematem żartów. Nauczyciel chyba sądził, że chodziło mi w ogóle o podejście współczesnych ludzi do śmierci, a nie - współczesnej sztuki.

Hm, tylko że zaczynając ten wpis wcale nie miałam zamiaru omawiać ani mojej przygody przy odpowiedzi z polskiego, ani tym bardziej maturalnej prezentacji. Wróćmy do początkowo omawianej sytuacji - pociąg relacji Gdynia-Katowice, jakiś czas po opuszczeniu Łodzi Widzew.

Rzecz w tym, że w pewnym momencie młody człowiek odłożył na bok „Północną granicę”, a mnie zaczęło coraz bardziej korcić, żeby porozmawiać z nim na temat książki i w ogóle dowiedzieć się, czy to zwykły przypadek, czy faktycznie lubi fantastykę. Po chwili wreszcie przełamałam nieśmiałość, zgniotłam w ręce i okruszki wsadziłam do kieszeni, po czym odważnie zapytałam – bez owijania w bawełnę: czy lubi pan fantastykę?

Rozmowa nie wiedzieć kiedy, stała się zupełnie luźna, przeszliśmy na „ty” i dowiedziałam się, że to nie pierwsza fantastyka, którą czytał. Dowiedziałam się, że wszystko zaczęło się od Conana Barbarzyńcy i że ma w domu wszystkie siedemdziesiąt dwa tomy (jeśli dobrze zapamiętałam liczbę). Poza tym wracał od znajomych z Łodzi, których poznał grając w Lineage. Że co prawda już nie gra, bo po kilku latach mu się znudziło, ale znajomości pozostały, i że któryś z nich polecił mu Kresa do przeczytania. Że zwykle jeździ do nich tam autem pożyczanym od kumpla, który ma warsztat, ale jak jest zima to wybiera pociąg, bo przynajmniej nie musi się obawiać, że gdzieś utknie w korku. Opowiedział mi, jak to pod Siewierzem, stał kilka godzin, bo tiry zatarasowały wjazd na górkę. Nie dały radę wjechać na szczyt, a nie mogły też się wycofać, bo za nimi ciągnął się już wielokilometrowy korek. I od tej pory, mówił, że już nigdy w zimie nie wybierał się na wyjazdy autem. Stwierdził, że pociągi są zdecydowanie mniej zawodne w tej kwestii. Mimo wszystko.

Do tego jeszcze opowiedział mi – chyba w odpowiedzi na to, że przyznałam się iż wracam od chłopaka, że w sumie to miał dziewczynę w Tarnowie, ale po jakimś czasie zrezygnowali, bo im się jeździć do siebie nie chciało. I że teraz, to on od pół roku jest już z inną, miejscową panną. Przy okazji dowiedziałam się, że jeździ wózkiem widłowym po jednym z wielu hipermarketów. I nie jest z tego faktu szczególnie dumny, ani usatysfakcjonowany, ale z kumplem ma już pomysł na własną działalność gospodarczą. Mam nadzieję, że mu się uda, bo w sumie miły był z niego facet.

Wysiadaliśmy w tym samym miejscu, czyli na końcowej stacji, którą akurat były Katowice. Zanim pociąg wtoczył się na stację, uprzedziłam Pawła (bo powiedzmy, że tak miał na imię), że plac Wilhelma Szewczyka został już zamknięty dla autobusów i wszystkiego innego, więc pewnie przejście przez dworzec nie wchodziło w grę. Zresztą byłam mądra tylko dlatego, że mam manię sprawdzania wszystkiego kilka razy i wolałam przed wyjazdem z Wrzeszcza sprawdzić jak będzie wyglądał mój powrót z centrum na dzielnicę. Dzięki temu wiedziałam o zamknięciu placu i przeniesieniu mojego przystanku spod dworca na Rynek i na aleję Korfantego.

Paweł był wielce uradowany, że się podzieliłam tą informacją, ale zaraz po tym się zamyślił, bo nie był pewien czy jest w stanie trafić na ulicę 3 Maja, skąd miał tramwaj do siebie (konkretniej do sąsiedniego miasta, biedaczek). Zaoferowałam pomoc, zwłaszcza, że i tak szliśmy w tym samym kierunku. Pokazałam mu proste wyjście na ulicę Konopnickiej, wskazałam pięknie odnowiony kinoteatr Rialto, o którym też chwilę rozmawialiśmy. Stwierdził, że wygląda całkiem nieźle, trochę jak muzeum (sic! Już nie wspominając o tym, że wcześniej w trakcie rozmowy dotknął mnie do żywego sugestią, że pewnie czytuję romanse… phi! Nie obraziłam się na niego tylko dlatego, że go nie znam, przy czym stwierdziłam krótko, że nie, że czytuję głównie fantastykę i kryminały. Poza tym, tak... czytałam romanse, w podstawówce). Po czym przeprowadziłam go przez opustoszałą Dworcową, gdzieś w okolicy Pocztowej przyznał mi się, że absolutnie nie posiada orientacji w terenie (a to podobno kobiety się gubią!), zwłaszcza w Katowicach. Dziwne, ja się tam w nich doskonale znajduję. A jak ktoś mi da mapę do ręki to może i w obcym miejscu bym sobie dała radę (tak zresztą ostatnio radziłam sobie w Silesii CC, żeby nie błąkać się po tym sklepowym molochu bez ładu i składu, tylko bezbłędnie odnajdywać sklepy, które mi były akurat potrzebne). Wreszcie wyszliśmy na Rynek, a Paweł zauważył na przystanku „swój” tramwaj. Pożegnaliśmy się serdecznym uściskiem dłoni, bez złudnych nadziei na ponowne spotkanie. On pobiegł na tramwaj i zdążył, a ja smętnie spojrzałam na wyświetlacz komórki. Oczywiście miałam masę czasu do autobusu, mniej więcej dwadzieścia minut. Gdyby pociąg przyjechał punktualnie, a nie z pięciominutowym opóźnieniem, zdążyłabym na wcześniejszy transport. Pocieszałam się jednak, że co pięć minut to nie dwieście czterdzieści (czym mógł się pochwalić pociąg z Bielska-Białej do Gdyni, kiedy wjeżdżał na stację Gdańsk Wrzeszcz), więc nie było jeszcze tak źle.

Ostatecznie usiadłam na pustym przystanku przy alei Korfantego i wpatrując się w świetlisty napis „Fenix” i podświetlony, okrągły szyld oznajmiający obecność czynnego 24h/dobę bankomatu BZ WBK po drugiej stronie, zajadając się ostatnią bułką, jaka mi została w zaimprowizowanym chlebaku z małej empikowskiej reklamówki, oczekiwałam cierpliwie na „mój” autobus, którego suma cyfr to 17.

Nie wiedzieć czemu, kiedy opowiedziałam o tej przyjemnej rozmowie z Pawłem memu Lubemu, ten wydawał się odrobinę zazdrosny. Ale to pewnie tak bardziej dla zasady i pozorów niż dlatego, że miałby jakiś powód (bo rozumiem, że można być zazdrosnym, ale to jeszcze trzeba mieć powód...)

Spotkanie z Dr Chirurgiem

16 grudnia 2017, sobota
kwadrans na drugą po południu

Poród i połóg to nie jest najłatwiejszy okres w życiu kobiety, ale da się je przeżyć. W końcu trzeba być twardym Słowianinem, a nie miętkim ninją, czyż nie? Z drugiej strony, jak się człowiek nadwyręży to nie ma sensu zgrywać bohatera. Aczkolwiek próbowałam. Jednak po małej awanturze i zmyciu mi głowy przez Lubego i Teściową zgodziłam się pójść do lekarza, żeby obejrzał moje biodro, które po porodzie nie chciała ze mną współpracować jak na grzeczną część ciała przystało. (Choć były dni, albo raczej - pory dnia, w których nie dawało się we znaki - tak bardzo). Co prawda położna, która odwiedziła Kitkę i mnie tuż po powrocie do domu, pokiwała głową ze zrozumieniem, że tak... może boleć, ale że to minie. Mimo to, ani Luby, ani Teściowa nie byli przekonani, że chodzenie po domu o lasce to stan, który można przyjąć do wiadomości.

Udało mi się zapisać na wizytę blisko Gdańska Głównego, więc by móc obrócić w tę i nazad zanim Kitka zaczęłaby robić Teściowej awanturę, że jest głodna - wzięliśmy taryfę. Zresztą pan Złotówa był bardzo ciekawym człowiekiem, z którym można było spokojnie pogadać o życiu i kosmosie. Ponieważ Święta są za pasem, to i temat ten wypłynął jako pierwszy. Taksówkarz stwierdził, że obecnie Święta to zwykły biznes, a nie Święta. Wspomniał, że przez ostatnie lata jakoś tak się składało, że często miał dyżur w Wigilię.
- Jak wyjeżdżam na trasę, kupuję karton wódki i wiecie państwo? Wszystko uda mi się sprzedać.
- W życiu bym na to nie wpadł, żeby zamawiać taksówkę po wódkę w Wigilię - przyznał, z lekka zszokowany Luby. Cóż, człowiek uczy się całe życie. Szczerze? Też by mi to do głowy nie przyszło.

Jednak od pana Złotówy, większym ewenementem okazał się dr Chirurg, do którego udałam się na konsultacje z tym moim nieszczęsnym biodrem. Doktor, wysoki, starszy pan o miłej aparycji, choć z pozorem nieco oderwanego od świata człowiekiem, zaprosił mnie do gabinetu.
- Noga panią boli? - zapytał tuż po tym, jak wyłuszczyłam w czym rzecz. - To należy do ortopedy iść, bo chirurg to nogi skleja albo ucina - dorzucił z uśmiechem. - To kiedy pani rodziła? Czwartego grudnia? To jakby rodziła pani trzy godziny temu!
W istocie - to był mój pierwszy argument w rozmowie z Teściową i Lubym, że ból w nodze pewnie mi przejdzie prędzej czy później. W końcu połóg trwa sześć do ośmiu tygodni, a u mnie minął zaledwie tydzień. Przyznałam się lekarzowi, że noga dokucza mi tak bardzo, iż w domu zmuszona jestem chodzić o lasce - którą z jakiegoś powodu wiele lat temu w prezencie urodzinowym otrzymał Luby od swych kumpli z rodzinnych stron. Dr Chirurg pokiwał głową i skomentował tylko tak:
- Dobrze... Laskę nosić przy chorej nodze, jak dr House. - Za to na moje nieśmiałe stwierdzenie, że bolące miejsce - zgodnie z zaleceniem Teściowej - obkładam zmrożonymi i potłuczonymi liśćmi kapusty, rzucił z lekką dozą pogardy:
- Kapustą to może pani sobie głowę obłożyć, nawet kształt odpowiedni.
Ostatecznie dr Chirurg przepisał mi ibuprofen i zalecił wizytę u ortopedy. Dr Neurochirurga-Ortopedę też odwiedziłam, dwa dni później. Dr Neurochirurg-Ortopeda po krótkim wywiadzie stwierdził, że tak naprawdę to nie boli mnie biodro, tylko mięśnie, które z powodu wymuszonej pozycji się podkurczyły i ciągnie mnie w miejscu ich przyczepu do miednicy. Zalecił ćwiczenia rozciągające z taśmą i w zasadzie to tyle. Ćwiczyłam w wolnej chwili używając długiego, wełnianego szalika. Też jakoś dało radę. Noga wróciła do normy.

Ale! Nie uprzedzajmy faktów. Gdy wracaliśmy z Lubym, pod domem zaobserwowaliśmy interesujące zjawisko. A konkretnie kota - biało-czarnego kociaka, który wskoczył na niewielkie drzewko posadzone na jesieni pod naszym blokiem. Luby początkowo myślał, że kot skoczył na drzewko, bo dostrzegł tam jakiegoś ptaka - ale nie zauważyliśmy żadnego. Kociak przez chwilę wspinał się wyżej i wyżej. Przystanęliśmy kilkanaście metrów od niego, ciekawi jak rozwiąże problem zejścia. Wielokrotnie słyszałam, że koty mają z tym kłopot ze względu na budowę ich pazurów, które uniemożliwiają schodzenie głową w dół - a i też kocią niechęć do tego typu akrobacji. Jednak ten okaz kota był wyjątkowo sprytnym przedstawicielem swego rodu i z drzewa schodził tyłem. Zrobił to bardzo zręcznie i udanie, czym zasłużył sobie na cichą owację ode mnie. Zresztą, nie tylko my go obserwowaliśmy, ale również para z dzieckiem w wózku, która zatrzymała się w podobnej odległości, co i my.
- Na początku myślałem, że to sroka siadła na tym drzewie... Pewnie był zmiennokształtnym, który odwracał uwagę od innego zdarzenia - zawyrokował Luby, gdy ruszyliśmy do domu. - Bo na tym drzewie nic nie było, więc po co miałby na nie wskakiwać?
No właśnie, a dlaczego kura przeszła przez ulicę? Pewnie też była zmiennokształtna.

Magia w praktyce

19 kwietnia 2014, sobota,
ćwierć na dwunastą w południe.

Od kilku minut stałam z Lubym na przystanku, oczekując autobusu, który według wszelkich znaków na niebie i ziemi miał przybyć „niebawem”. Jednak to niebawem strasznie zaczynało się dłużyć, a nas czas naglił. Przygryzłam wargę poważnie zastanawiając się nad pewną kwestią. Rozejrzałam się, ale autobusu nie było widać. Spojrzałam na Lubego.
- A może pójdziemy piechotą? – zapytałam.
- Zaraz przyjedzie.
- Nie mówię, że nie… tylko, no wiesz… – odchrząknęłam i uśmiechnęłam się przebiegle, zerkając w kierunku, z którego powinien był nadjechać autobus. – Może jednak pójdziemy piechotą? – zapytałam ponownie z odpowiednim naciskiem, odwracając się do Lubego.
- A… Jasne, racja. Nie ma sensu czekać – przyznał z powagą.
- Właśnie! No to idziemy! - stwierdziłam, wsuwając dłoń pod ramię Lubego. Odwróciliśmy się od przystanku i bardzo, bardzo powoli ruszyliśmy w kierunku, w którym chcieliśmy jechać.
- Po co komu autobus, skoro można się przejść… – dorzucił znacząco Luby.
- Dokładnie. Taki piękny dzień, dobry na spacer. - Podskórnie czułam, że to może się udać. Szliśmy naprawdę powoli, nie oglądając się. Jakbyśmy rzeczywiście mieli zamiar przejść te kilka kilometrów piechotą. Odeszliśmy dwa kroki od przystanku. To był ten moment, właśnie ten. Obejrzałam się. Na skrzyżowaniu, oczekując na światłach, stał autobus. Ten, którym mieliśmy jechać.
- Ha, udało się! Porządny rytuał Przywołania Autobusu – obwieściłam radośnie. – Chyba było wystarczająco przypadkowe, by nie było z tego Paradoksu, prawda? – zapytałam Lubego, nie kryjąc zadowolenia, gdy podchodziliśmy do podjeżdżającego w zatoczkę autobusu.

O RPG, kobietach i o sobie.

31 sierpnia 2003, niedziela.
Dwie ćwierci na ósmą wieczorem.

Jutro pierwszy dzień w nowej szkole. Liceum, jak to dumnie brzmi! Wreszcie wyrwę się z dusznego światka gimnazjum, spośród ludzi, którzy mnie nie cierpią i vice verso. Pyrek na Nowej Gildii zaprasza na forum Narilvatar, gdzie mają dział o bitewniakach. Ciekawe, może warto sprawdzić? Co prawda szkoda, że bitewniaki to taka droga zabawa… ale popatrzeć na figurki choćby z daleka też można.

Zarejestrowałam się na forum. Pod zupełnie innym pseudonimem, niż ten, którego używałam dotychczas. Tak po prostu. Wzięłam pierwsze lepsze imię, które przyszło mi do głowy. Ellaine. Nie pamiętam już, dlaczego przez dwa l, skoro powinno być przez jedno. Nieistotne. Dopiero po latach zdam sobie sprawę z tego, że to nawiązanie do „Ani z Zielonego Wzgórza” i jej odgrywania Elaine, pani z Shallot. To ta scena z przeciekającą łódką. Dziewiętnastowieczny LARP pełną gębą!

Nie minęło dziesięć minut, nie zdążyłam nawet się dobrze przyjrzeć rozkładowi forum. Ledwo udało mi się zlokalizować dział z bitewniakami,… kiedy nagle wyskoczyło okienko z powiadomieniem o otrzymaniu prywatnej wiadomości. Lord Draven. Administrator. Napisał do mnie, mniej więcej w te słowa:
„Hej, Ellaine - masz ładnego nick’a! Będziesz grać w mieście?”
Ale, że jak…? W jakim mieście? Jakie grać!?

Ależ oczywiście, że będę, tylko wyjaśnij proszę, o co chodzi? – odpisałam Dravenowi. Jasne, że mogło to brzmieć inaczej, wiele wody upłynęło. Jednak pierwsza postać, którą grałam przez kolejnych parę lat (lecz nie jedyna, którą wprowadziłam do miasta Narilvatar, pięknego portu położonego na największej z wysp Moonshae na Morzu Mieczy w Zapomnianych Krainach) – powstała dosłownie ad hoc. W końcu trochę tej fantastyki czytałam. Więc bez znajomości świata i RPG w ogóle, stworzenie postaci? co to dla mnie! I tak oto w dzień, w którym zarejestrowałam się na forum Narilvatar, powstała elfka imieniem (a jakże!) – Ellaine.

A bitewniaki? Cóż, rozegrałam jedną bitwę w LOTR'a w sklepie o nazwie "Bard". Ograłam trzynastolatka, samej będąc ze trzy-cztery lata starszą. I w nagrodę dostałam figrukę Uruk-Hai z łukiem. To jedyna pamiątka po mojej krótkiej fascynacji bitewniakami. Parę lat później kolega poznany na forum Narilvatar pomalował mi ją, za co jestem mu ogromnie wdzięczna, bo to naprawdę kawał dobrej roboty.

*

Od tamtego, letniego wieczoru, minęło bez mała 11 lat! Szmat czasu. Chciałoby się rzec – niemal pół życia. Dlaczego o tym w ogóle piszę? Otóż skłonił mnie do wspomnień aktualny Karnawał Blogowy, którego tematem są Kobiety. Pomijam tu kwestię, że nie należę do fandomu.
Na konwencie fantastyki byłam raz, kilka lat temu (chyba z co najmniej dziewięć). I to tylko dlatego, że był organizowany w moim rodzinnym mieście, akurat nie miałam nic do roboty i miałam 10 złotych w kieszeni. Wystarczyło, żeby wejść. No to weszłam. Ludzi było niewielu, więcej organizatorów, niż uczestników. Trafiłam do sali, gdzie był konkurs plastyczny. Narysowałam na zadany temat (kotołaki - łatwizna. Narysowałam moją wersję egipskiej Bastet). Zdobyłam trzecie miejsce. Zgarnęłam nagrodę (trzy pierwsze tomy trzech różnych mang) i wróciłam do domu na kolację. Na tym kończą się moje… A nie, wybaczcie! W zeszłym roku okoliczny Klub Fantastyki zorganizował konwent - wejście było wolne, no to wpadliśmy z Lubym i przyjacielem na prelekcję o starym Świecie Mroku. Nie dowiedzieliśmy się niczego nowego o systemie, ale to nic. Przy okazji Luby zdobył wiedzę o ewentualnych ścieżkach dźwiękowych, które mógłby wykorzystać na sesjach Maga. A, no i kilka lat temu byłam na jubileuszu Śląskiego Klubu Fantastyki, podczas którego zorganizowano spotkanie z Andrzejem Sapkowskim. I to wsjo, jeśli chodzi o mnie i fandom, który w moim pojęciu urasta do jakiegoś mitycznego stwora z głębin... tyle dziwnych rzeczy się o nim słyszy.

Miało być o kobietach w RPG, tak? Od jakiegoś czasu podczytuję sobie to i owo na różnych rpgowych blogach. Bardziej z nudów, niż potrzeby serca (bo cóż można robić po powrocie z pracy, jak akurat nie ma sesji?). I ciągle przewija się tekst o tym, jak niewiele jest kobiet w fandomie. Jaka to nierówność i niesprawiedliwość do tego doprowadziła? Moja odpowiedź: Nie mam bladego pojęcia. I szczerze mnie to dziwi, ponieważ w swoim życiu poznałam całkiem sporo grających dziewczyn (i prowadzących zresztą też, u niektórych miałam nawet zaszczyt zagrać kilka sesji).

Przez 11 lat doświadczenia z RPG, nigdy nie czułam się jak ewenement w świecie gier fabularnych. W żaden sposób nie byłam ani szykanowana, ani wyróżniana z okazji tego, że jestem kobietą. Grałam na dokładnie takich samych zasadach jak wszyscy inni. Po prostu odgrywając postać i doskonale się bawiąc w towarzystwie kolegów i koleżanek. W końcu o to w tym chodzi, czyż nie? O zabawę. Dlaczego ktokolwiek miałby być w niej wyróżniany, traktowany lepiej bądź gorzej, tylko dlatego, że jest lub nie jest kobietą?. Gdyby ktoś mnie traktował inaczej niż pozostałych w drużynie, tylko dlatego, że jestem jedyną dziewczyną w pokoju, to podziękowałabym za taką imprezę.

No, co innego, kiedy przychodzę na sesję prosto z pracy… totalnie wypruta mentalnie i wprost mówię MG, że czuję się paskudnie, ale chcę grać – tylko uprzedzam, że mogę mieć wolniejszy czas reakcji. Ale to zupełnie inna sprawa, bo bycie trochę bardziej zmęczonym po ciężkim dniu pracy może się zdarzyć każdemu, bez względu na wiek i płeć. Czasem nawet i MG nam mówił, że „wiecie, co? źle się czuję, nie mam gotowego scenariusza, macie tutaj piaskownicę – bawcie się”. I jest git. A my się doskonale bawimy odgrywając nasze postacie. Któregoś razu prowadziliśmy tak zażartą dyskusję (wszystko, co mówiliśmy, mówiliśmy jako postaci; żadne tam tematy poboczne), że MG przez ponad godzinę nie miał, co robić. Spokojnie zjadł obiad, wypił piwo i czekał, aż dojdziemy do konsensusu i ruszymy się z miejsca, żeby chociaż mógł nam opisać wygląd ulicy.

*

Spędziłam kilka świetnych lat w mieście Narilvatar, przewinęło się przezeń parę moich postaci, z czego Ellaine była do samego końca (choć w międzyczasie zginęła, ale że to były D&D, więc ją wskrzeszono w świątyni, a co); aż do dnia, gdy forum zostało zamknięte (ponad pięć lat istnienia to i tak niemało). Później dopiero przyszły sesje na żywo. Początki były dla mnie trudne, głównie z powodu chronicznej nieśmiałości, z której wychodzę właśnie dzięki graniu w RPG. Tak czy inaczej, moimi pierwszymi MG w RPG przy stole były kobiety.

Nie zapomnę mojej pierwszej i jedynej (niestety) sesji w systemie Earthdawn. Zresztą to była również moja pierwsza sesja rpg przy stole. Prowadziła moja przyjaciółka z liceum. Poza mną w drużynie był jej Ówczesny Facet oraz Młodszy Brat. Ja: krwawa elfka, mag. Ówczesny Facet: wojownik. Młodszy Brat: złodziejaszek. Efekt? Mag zorganizowała obronę wioski przed zombie, okradła dom ze srebrnych sztućców (zarobiła 144 sztuk srebra) i odsunęła kamienną płytę nagrobną, żeby dostać się do szczątków jakiegoś paskudnego czarnoksiężnika… i tak, obrabowała grób z magicznych artefaktów. Na usprawiedliwienie kolegów mogę rzec tyle, że to była ich pierwsza sesja RPG w ogóle. Ja to chociaż grałam w PBF’y. A oni po prostu chcieli spróbować RPG. 

Z góry uprzedzam, że ten wpis w zasadzie nie dążył do żadnego głębokiego wniosku. Po prostu chciałam się wkręcić w Karnawał (w myśl starej forumowej zasady: nie znam się, ale chętnie się wypowiem) - jako wieloletni gracz RPG, ostatnio bardziej aktywny, uznałam, że dlaczego nie dorzucić kilku słów od siebie? Parę lat temu zyskałam stałą grupę dobrych znajomych, z którymi gramy regularnie. Aktualnie na tapecie mamy Świat Mroku (Mag i Demon). A ja zaczęłam prowadzić InSpectres, jako wprawkę do poważnego Mistrzowania… może w następnym systemie ze Świata Mroku (Technokracja? brzmi dumnie).

*

Tak czy inaczej, oczywiście zdarzało się, że bardzo często byłam jedyną dziewczyną w drużynie. Zwykle jednak jest nas dwie w drużynie, co czasem wystarczy, by rzec, że stanowimy większość (na sesjach Demona drużyna składa się z trzech osób: koleżanka, Luby i ja). A kiedy od ludzi poznanych na innym forum, którzy są spoza mojej najbliższej paczki rpgowej słyszę, że oni to nigdy nie mieli dziewczyny w drużynie, albo że mało jest grających kobiet… To zastanawiam się, gdzie ja żyłam przez te 11 lat, albo gdzie oni żyją… albo dlaczego dziewczyny nie chcą z nimi grać?

*

Z tego miejsca chciałabym pozdrowić wszystkie dziewczyny, które poznałam na Narilvatarze  - z którymi grałam via forum lub również na żywo. Z częścią z niżej wymienionych nadal mam kontakt lub wciąż zdarza się nam razem grać w jednej drużynie (albo pod ich przewodnictwem):

Aislinn, Airesis, Daiva, Eirenn, Hebi, Froggie, Lara, Lev, Rapsodia, Ravenna, Sol, Tordis, Trissy, Turelie, Womanek, Werdandi, Zellas, oraz wiele innych, których przez słabą pamięć nie wymieniłam.

A także pozdrawiam nie mniej drogie dziewczyn z Festiwalu Setsuban (był to ponad dwuletni pbf, którego niestety nie zdołaliśmy zakończyć):

Hanako, Tsuneari, Tomoe, Pao, Rei, Ryosaki, Sayoko, Yukiko, i wiele innych, których nie wymieniłam, nie przez niechęć, lecz krótką pamięć.

Pozdrowienia ślę również dla Ayenn, z którą gram w Maga: Przebudzenie. Dla Cotu, z którą pracuję. Oraz dla Ariestrii, którą miałam okazję niedawno poznać.

*

Fandomie, fandomie… cóż jest tak odpychającego w Tobie, że kobiety nie chcą z Tobą grać?

Wycieczka na Biegun

6 grudnia 2013, piątek.
trzy ćwierci na piątą wieczór.


Orkan Ksawery. Interesujące, że w Stanach Zjednoczonych nazwy huraganów pochodzą od żeńskich imion. W Europie zaś wielki szkwał dostał imię męskie. Mniejsza jednak o to, kto jak nazywa naturalne zjawiska atmosferyczne. Tuż po czwartej wyszłam z pracy wprost na silne podmuchy wiatru. Opatuliłam się szczelnie płaszczem, chowając się za obszernym kołnierzem, który postawiony na sztorc chronił szyję i twarz. Niewiele widziałam, niczym rycerz z zamkniętą przyłbicą. Nic to jednak, w taką pogodę człowiek i tak nie ma zamiaru podziwiać krajobrazów. Ma inne zmartwienia na głowie. Od przystanku autobusowego dzielił mnie niecały kilometr. Udało mi się go przebyć bez większych problemów, ponieważ połowa drogi prowadzi przy ulicy z obu stron osłoniętej przez niewielki lasek, który skutecznie przeszkadzał silnym podmuchom w ewentualnym zwianiu mnie z chodnika.

Choć skupiałam się przede wszystkim na tym, aby iść, zauważyłam jednak rzecz, która poważnie mnie zaniepokoiła. Idąc na przystanek mijałam sznur samochodów, stojących w korku. Jasne, o tej porze zawsze jest korek – pracownicy biur i wyższych stanowisk okolicznych fabryk, czy też zakładów produkcyjnych, jak się to ładnie określa – wracają hurmem do domów. A ulic w tej okolicy jest dość ograniczona ilość (do dwóch głównych, które krzyżują się niecały kilometr od miejsca, gdzie pracuję). Jednak niepokoił mnie fakt iż wszystkie auta stały. Owszem, korki mają to do siebie, że samochody wleką się z prędkością kulawego ślimaka, ale te tutaj – uparcie stały. Nie wróżyło to niczego dobrego. Mimo to parłam przed siebie, bo nic innego nie miałam do wyboru.

Wreszcie dotarłam na przystanek. Przy wiacie stała para młodych osób, która starała się przy jej użyciu, ochronić się przed wiatrem. Niewiele to dawało. Wiatr wiał z różną siłą, atakując mnie śniegiem i zimnem. Samochody na drodze w kierunku Wrzeszcza stały. A lewy pas był zupełnie pusty. Minęła chwila. Potem dwie. Minut pięć, wreszcie dziesięć. Zadzwoniłam do Lubego, żeby się z nim pożegnać i oznajmić melodramatycznym tonem: 
"Idę, mój ukochany, w nieznane, w ciemny las, w wiatr i szkwał, w zaspy po kolana! Och, żegnaj, mój drogi, bo nie wiem, czy uda mi się do domu dotrzeć".

Tak, po dziesięciu minutach bezsensownego stania na przystanku, na który – jak podpowiadała moja kobieca intuicja z domieszką prekognicji – i tak nic nie zawita przez najbliższy czas a może i godzinę; ruszyłam poboczem ku nowej przygodzie. Nie przeszłam nawet dwustu metrów, kiedy natknęłam się na autobus. Zapukałam do drzwi. Kierowca rozmawiał przez telefon akurat i nie usłyszał. Zapukałam ponownie, nieco głośniej. Otworzył drzwi. Zadowolona z siebie, wsiadłam i rozsiadłam się. Pochwaliłam się Lubemu, że jeszcze żyję. Wyciągnęłam książkę i pogrążyłam się w lekturze. Jednak nie na długo. Cały czas staliśmy. A nie! Przepraszam, autobus przejechał w ciągu dziesięciu minut jakieś… dwa metry? W międzyczasie ze dwa razy przejechał lewym pasem radiowóz – w tę i nazad. Choć nie na sygnale, to jednak kogut był włączony. Niezbyt to dobra wróżba. Pozostali pasażerowie zaczęli dywagować – co się właściwie dzieje? Ktoś rzucił, że pewnie gdzieś tam dalej zdarzył się wypadek i droga musi być nieprzejezdna. Wypadek. W tych warunkach to w zasadzie nic nadzwyczajnego, ale wiem, co to oznacza… Swego czasu ze znajomymi się ratowaliśmy przed staniem w korku (też w autobusie; również gdzieś dalej był wypadek), wysiadając zeń i wracając do domu na piechotę. Tylko, że wówczas był to początek czerwca, było ciepło – wręcz upalnie, szłam całą grupą i do tego na przełaj, przez las, w środku dnia. Teraz sytuacja wyglądała nieco gorzej… Tak, czy siak, wysiadłam z drugą falą osób, która zdecydowała, że w zasadzie wolą iść piechotą do skrzyżowania z ważniejszą ulicą, gdzie prawdopodobnie samochody jeżdżą normalnie.

I w ten sposób poznałam, jak mniej więcej, mogą się czuć polarnicy. Dopóki po obu stronach drogi osłaniał mnie las, było w porządku. Nawet widać było asfalt na lewym pasie. Parędziesiąt metrów dalej minęłam kolejny autobus. Z ciekawości spojrzałam do wewnątrz. Niewiele osób siedziało w środku, najwyraźniej reszta pasażerów zrobiła to, co i ja. Po prostu ruszyła dalej. 

Mniej miło zrobiło się, gdy wyszłam na otwartą przestrzeń, gdzie wiatr hulał w najlepsze i nawiewał całe hałdy śniegu na ulicę i auta. Pusty pas był biały, a samochody z ich lewej strony oblepiał śnieg. Minęłam kolejny autobus. Musiał tam stać już dość długo, bo cały bok i okna były zasłonięte nawianym śniegiem. Nawet nie byłabym w stanie zobaczyć, czy ktoś jeszcze tam został – poza kierowcą. Kawałek dalej dotarłam do przyczyny zatoru. Rzeczywiście miał miejsce wypadek. Wiatr, który chłostał mnie po twarzy drobinami śniegu, nie pozwolił przyjrzeć się dokładniej, co właściwie zaszło. Prawdopodobnie była to jakaś niegroźna stłuczka. Laweta, na którą już załadowano samochód, miała problem żeby wyjechać z zaspy. A mnie się nie udało uniknąć owej, gdy mijałam lawetę, i wdepnęłam w śnieg, mocząc spodnie aż do kolan.

Chwilami, kuląc się w sobie i próbując ukryć za kołnierzem płaszcza, miałam wrażenie, że czy miałabym na sobie kufajkę, czy letnią sukienkę to różnica byłaby niewielka. Wiatr był tak silny, a niesiony przez niego chłód tak przenikliwy, że czułam jak bez trudu omija cztery warstwy ubrań i dociera aż do gołej skóry. Wreszcie, po jakichś dwudziestu minutach przebijania się pod górkę, stawianiu oporu podmuchom, które nieustannie próbowały mnie zbić z nóg, albo rzucić na sznur stojących po lewej samochodów, dotarłam na przystanek przy głównej ulicy. Tak jak przewidziałam i inni, którzy wysiedli z owego autobusu, auta jeździły. Ale tylko w kierunku Wrzeszcza. Drugi pas stał, zakorkowany. Kilka minut minęło, nim podjechał autobus, jadący z Lotniska. Nic to jednak. Najważniejsze, że przyjechał.

Usiadłam obok pary, która wracała z lotniska, zapewne odwołano ich lot. Nic dziwnego. Nieopodal stała inna para. Prawdopodobnie pracownicy lotniska, którzy rozmawiali z mężczyzną, którego lot również został odwołany. Mimochodem słuchałam rozmów, nie chcąc skupiać się na zimnych dreszczach, które co jakiś czas przebiegały mi wzdłuż kręgosłupa. Sięgnęłam po chusteczkę higieniczną, miałam ją w kieszeni płaszcza. Z lekkim zaskoczeniem i rozbawieniem odkryłam, że wiatr nawiał mi śnieg do kieszeni. A namoknięta chusteczka do niczego się już nie nadawała.

- Skasuje mi pani bilet? – usłyszałam męski głos, który zwrócił się do pracownicy lotniska.
- Oczywiście – kobieta odebrała bilet od pytającego.
- Złoty pięćdziesiąt! – rzucił mężczyzna, z którym do tej pory rozmawiała.
- Ach, to by dopiero było! Kasować ludzi za kasowanie biletów – zaśmiał się jej kolega z pracy.
 (...)
- A jutro do pracy na szóstą – przypomniał koleżance.
- Ani mi nie mów! – odparła.

Dojeżdżaliśmy do ronda, gdzie dwie duże ulice się krzyżowały. Dziewczyna wyjęła komórkę i zadzwoniła do kumpeli:
– Hej! Przechowałabyś mnie przez noc? … Właśnie z pracy wracam, a jutro mam na szóstą i boję się, że nie dotrę. … Jestem wykończona, wracam już prawie dwie i pół godziny. … Nie, jestem najedzona. Spędziłam po pracy ponad pół godziny na lotnisku jeszcze, zjadłam obiad. To jak, mogę do ciebie wpaść? ... Super! Zaraz będę.
Pożegnała się z dwójką mężczyzn i wysiadła na najbliższym przystanku.

*

Mnie powrót do domu zajął jedynie dwie godziny. 
A doświadczenia quasi-polarnika? Bezcenne.


Między nami mówiąc

8 maja 2013, środa
dwie ćwierci na szóstą wieczór.
 
Po pracy postanowiliśmy z Lubym spotkać się na Wrzeszczu. Dawno nie mieliśmy takiego spokojnego wyjścia na obiad, gdzieś poza domem, a że i sposobność się znalazła i pogoda dopisywała, więc nic nie stało na przeszkodzie. We Wrzeszczu mamy upatrzone, nieduże bistro. Nie mogę wciąż wyjść z podziwu, co do jego wystroju. Można by rzec, że jest nieco kiczowaty. Rzucające się w oczy, jaskrawe kolory - zielenie, żółcie, czerwienie i róże; sztuczne kwiaty na stolikach i plastikowe, przeźroczyste krzesła. Z drugiej strony, nie chodzi bynajmniej o to, że wystrój mi się nie podoba; po prostu jest tak dziecinnie radosny, wiosenny nawet w środku zimy. Tak różny od tego, co zwykle widuję - stonowane kolory, ascetyczne wystroje lub wręcz przeciwnie: tak wiele nagromadzonych drobiazgów, że nie wiadomo na czym zawiesić oko. W każdym razie jest to jedno z naszych ulubionych miejsc, gdzie można smacznie zjeść i nie przepłacić. Poza tym mają bardzo dobre kompoty.

Usiadłam przy jednym z wolnych stolików w zaaranżowanym ogródku przed bistrem. Na stole stała donica z żółtymi kwiatami (żywymi, a nie sztucznymi) oraz fikuśna, żółta latarenka z podgrzewaczem. Widać było, że dopiero co uzupełniono latarenkę, ponieważ świeczka miała knot pokryty woskiem. Miło byłoby ją zapalić, ale przydałyby się zapałki - pomyślałam. 
Chciałam wprowadzić trochę romantycznego nastroju - pomimo tego, że przecież o tej porze roku wciąż jest zupełnie jasno. W każdym razie, zanim Luby zdążył wrócić do stolika - składał zamówienie wewnątrz lokalu - rozejrzałam się wokół; niemal od razu dostrzegłam czerwony kartonik leżący dokładnie pod naszym stołem. Czyżby...? - pomyślałam, czując lekką ekscytację. Czym prędzej schyliłam się... i rzeczywiście: podniosłam niewielką paczkę zapałek. Czasem nawet niewypowiedziane czary się udają.

Mniejsza jednak o wyczarowane z powietrza i zupełnym mimochodem zapałki. Kiedy spożywaliśmy spokojnie obiad, rozmawiając jak zwykle o RPG - dyskutując nad ostatnią sesją Ars Magica, nadchodzącą sesją Warhammer'a oraz kolejną sesją Maga: Wstąpienie - do parkanu podszedł około dziesięcioletni chłopiec z nieco umorusaną twarzą i rozwichrzoną fryzurą. Ubrany był w przybrudzoną, pasiastą koszulkę i krótkie spodenki. W jasnych oczach i szczerbatym uśmiechu krył się prawdziwy zawadiaka. Idąc tropem RPG, aż chciałoby się rzec: młody łotrzyk.
- Smacznego! - zawołał jeszcze z dala, wołając do mężczyzny, który samotnie siedział przy stole najbliżej kamienicy, w której znajduje się bistro. Jak później, opuszczając już ogródek, obejrzałam się na niego - oceniłabym pana na jakieś czterdzieści lat.
- Dziękuję.
- Jak słychać?! - zawołał radośnie chłopiec.
- Co ty do mnie mówisz? - zdziwił się mężczyzna, być może nie usłyszawszy pytania; lub nie rozumiejąc takiej konstrukcji. Chłopak obszedł ogrodzenie od zewnątrz i zbliżył się do stolika, przy którym siedział mężczyzna.
- Jak słychać? - powtórzył.
- Nie wiem, co ci na to odpowiedzieć - przyznał mężczyzna. - Chcesz kasy? - zapytał prosto z mostu.
- Tak.
- Ile? - Co prawda odpowiedź chłopca do nas nie dotarła, ale po chwili usłyszeliśmy zaskoczone: - …Stówę!? Popierdoliło cię?
- Na buty zbieram - odparł chłopiec, ale bardzo szybko zmniejszył stawkę. - Dwanaście pięćdziesiąt.
- Jak na fajki, to ci dam - stwierdził mężczyzna.
- Na fajki to nie chcę.
- A na piwo?
- Też nie.
- To ci nie dam! - Na taką odpowiedź, chłopiec natychmiast zmienił zdanie:
- No to na fajki.
- Dam ci dwa złote.
- Daj dwanaście pięćdziesiąt, będziesz moim najlepszym kolegą! - starał się go przekonać chłopiec.
- Nie chcę być twoim najlepszym kolegą, bo zdrajca jesteś! - padło kategoryczne stwierdzenie ze strony mężczyzny. Ostatecznie dodał jeszcze. - Masz tu dwa złote i sobie radź!
Następnie zapewne doszło do  tego, że chłopiec otrzymał od mężczyzny owe wycyganione przezeń dwa złote. Po czym - jak przypuszczam, pożegnał się z nim i odszedł. Kiedy opuszczaliśmy ogródek przed bistro, nie widziałam nigdzie chłopca. To niewątpliwie była jedna z tych co bardziej niezwykłych rozmów, jakich byłam świadkiem. Luby stwierdził, że ciągnie się za nami Paradoks, skoro przydarzają się nam takie rzeczy... Między nami mówiąc, przypuszczam, że to przez te zapałki.

Przejażdżka


22 lutego 2012, środa. 
trzy kwadranse na siódmą wieczór


Chociaż wiosnę już czuć w powietrzu to jednak wciąż o tej porze jest ciemno jak w zimie. W zasadzie, do kalendarzowej wiosny został tylko miesiąc. Szczęśliwie większość śniegu, który jednak raczył pojawić się tej zimy, stopniała. Dzięki temu, wracając z pracy, nie muszę się przedzierać przez zaspy. Aczkolwiek żaden śnieg nie był nigdy straszny moim glanom, które niejedno już ze mną przeszły.
Pamiętam, że rodzice kupili mi te buty, kiedy mnie już nie zależało na posiadaniu tychże (sic!). Każdy kiedyś marzył o glanach, a przynajmniej większość znanych mi osób tak miała. I prędzej, czy później się ich dorabiał. Swoją drogą, to gdzieś koło świąt Bożego Narodzenia, wspólnie z Lubym pojechaliśmy na targ do Pruszcza Gdańskiego – i szczerze mówiąc, na żadnym ze sztandów* nie widziałam glanów! Szok. Swoją drogą, to pierwszy raz byłam na takim prawdziwym targu jak ten w Pruszczu. To znaczy, bywałam na targowiskach i giełdach, ale zwykle czynne były codziennie, od poniedziałku do soboty. Giełda w Pruszczu za to odbywa się co tydzień, w każdą niedzielę i tylko w niedzielę. Ludzi było, co niemiara, stoisk również niemało i jeszcze więcej przestrzeni. Mam wrażenie, że na co dzień to jest sportowe lotnisko, a przynajmniej przychodziły mi takie myśli na widok owej giełdy samochodowo-towarowej w Pruszczu.

Swoją drogą to jeśli chodzi o Pruszcz Gdański, przypomniała mi się właśnie taka zabawna historyjka:

Spędzaliśmy z Lubym sobotni wieczór u znajomych na sesji RPG – ostatnimi czasy niemal każdą sobotę spędzamy w ten sposób. W każdym razie, jeden z graczy zaoferował, że poodwozi nas do domów. Najpierw podrzucił dwóch kolegów, a potem miał odwieźć naszą dwójkę. Trzeba tu nadmienić, że jechaliśmy z Gdyni niemal na południowy kraniec Gdańska. Niecały miesiąc temu przeprowadziliśmy się ze Starej Oliwy na (jak to nazwałam) zadupie galaktyki. Dlatego do owych znajomych, gdzie gramy sesje, jedziemy teraz godzinę autobusami i SKM’ką, dawniej wystarczyła połowa tego czasu. W każdym razie, nasz kolega z Gdyni, postanowił, że i tak nas odwiezie.
Szybciutko znaleźliśmy się na obwodnicy trójmiejskiej i wesoło jechaliśmy w kierunku Gdańska. Żeby było ciekawiej, kolega nie bardzo orientuje się w topografii Gdańska, ale nie przeszkadzało mu to zbytnio – my zresztą też nie jesteśmy obeznani z okolicą, bo nie mamy samochodu, więc podróżujemy miastem, a nie jego opłotkami.

Mijamy pierwsze zjazdy na Gdańsk: Oliwa, Wrzeszcz, Centrum, Szadółki, Otomin, Orunia… kolejny zjazd na Orunię, i następny. I jeszcze jeden. W pewnym momencie dostrzegam niebieską tabliczkę: „Gmina Pruszcz Gdański”.
- Hej, chłopaki, chyba już wyjechaliśmy z Gdańska… - mówię im nieco niepewnie.
- Coś ty! Niemożliwe – stwierdzają zgodnie.
- Zaraz będzie zjazd do nas - mówi Luby. Dziwnym trafem nie jestem przekonana, ani nie podzielam optymizmu chłopaków. „Enjoy the joyride”, sugeruje mi Luby, parafrazując znany skądinąd wers z piosenki Roxette, kiedy wyrażam swoje zdanie.
- Yhm… w tym tempie to niedługo dojedziemy do Łodzi – odzywam się z powątpiewaniem i obserwując, co się dzieje za oknami. Okolica staje się ciemniejsza, zniknęły za nami światła Trójmiasta. Przed nami ciągnie się nitka gładkiej jak stół drogi. Mijamy zieloną tablicę z wypisanymi odległościami - Tczew, Warszawa, Łódź.
- O, dojeżdżamy do autostrady! – woła kolega.
Rzeczywiście, w oddali dostrzegamy budki, w których należy pobrać bilet wjeżdżając na A1. "A jednak jedziemy przez Łódź?" - myślę z przekąsem. Czym prędzej zjechaliśmy z powrotem w kierunku Gdańska. Po jakichś piętnastu-dwudziestu minutach, kolega zaparkował pod stacją benzynową nieopodal bloku, w którym zamieszkaliśmy.

To był niewątpliwie najciekawszy i najprzyjemniejszy powrót z sesji RPG w tym roku. Kolega radośnie stwierdził, że teraz trafi do nas już bez najmniejszego problemu. No, po takiej wycieczce – na pewno.

___
*sztand - śl. stoisko, buda na targu; od niem. der Stand - stoisko.

Były sobie bon moty trzy...

Kilka bon motów z zeszłego lata.

*



14 czerwca 2012, czwartek,
ćwierć na trzecią po południu.


Jedna z pracujących ze mną kobiet zaczęła narzekać na kierownictwo. Nie usłyszałam dokładnie, co jej nie odpowiadało, ponieważ maszyna skutecznie zagłuszyła większość słów. Przy tym przyznam, że narzekania te szczególnie mnie nie obchodziły. Kobieta mruczała coś pod nosem, aż w końcu stwierdziła głośniej:
- Boże! Widzisz to i nie grzmisz!?
Spojrzałam na nią ukradkiem i uśmiechnęłam się półgębkiem.
- Zbiera się na burzę... to może i zagrzmi - stwierdziłam filozoficznym, niemal poważnym tonem. Kobieta popatrzyła na mnie zaskoczona, ale zaśmiała się. Ponownie skupiłyśmy się na pracy.




13 sierpnia 2012, poniedziałek,
dwie ćwierci na pierwszą po południu.


- Dobra, to spadam do pracy - mówię i rozglądam się po pokoju, żeby upewnić się, że zabrałam wszystko. - E, chyba nie wezmę żadnej książki do autobusu. Nie chce mi się czytać... - stwierdzam w końcu. Idę do przedpokoju. Zakładam buty. Prostuję się i patrzę na Lubego. - Albo wiesz, co? Przynieś mi "Ogniem i mieczem", leży na stole.
Luby po chwili wręcza mi książkę i mówi:
- Normalnie jakbyś powiedziała: Nie jestem głodna... albo daj mi czterdzieści pierogów.





18 sierpnia 2012, sobota,
trzy ćwierci na piątą po południu.


Stoimy na parkingu przed domem weselnym, który w rzeczywistości był ogromnym białym namiotem. Czekamy na przyjazd pozostałych gości oraz nowożeńców, aby rozpocząć wesele. Panie z rodziny Pani Młodej rozmawiają mniej więcej w te słowa:
Pierwsza:
- I jak? Będzie świniak?
Druga:
- Będzie, będzie. Świnia przyjedzie później.
Na co pada pytanie trzeciej:
- A o kim mówicie?

Jak się okazało, mowa była o dziku, którego upolował ojciec Pani Młodej. Pieczony dzik, podany około północy, był jednym z ciekawszych punktów przyjęcia.

Mag?

2 grudnia 2012, niedziela.
Ćwierć na jedenastą w nocy.



Stałam z Lubym nieopodal wiaty przystankowej, wpatrując się w pomarańczowy blask bijący od latarni po drugiej stronie autobusowej pętli. Światło rozpraszało się na nagich gałęziach pobliskich drzew i spływało po pochyłościach okolicznych budek sklepowych. Kilka kroków od nas, tuż przy autobusie, który za kilka chwil miał ruszyć w trasę, mała dziewczynka wyrywała się młodemu mężczyźnie wzywając na pomoc policję. Przyglądaliśmy się temu z uśmiechem zażenowania i politowania. „Ratunku! Policja! Zostawcie mnie! Puść!” – wołała dziewczynka, usilnie próbując się wydostać z objęć mężczyzny. Wierzgała niczym dzikie stworzenie. Zaś matka dziewczynki bezskutecznie próbowała ubrać latorośl w kurtkę i czapkę.
- Nie jest mi zimno! Puśćcie mnie! – krzyczała mała. Ostatecznie wygrał argument, że jak nie pozwoli się ubrać, to już nigdy więcej nie przyjdzie z mamą odebrać ojca z pracy. Dziewczynka uspokoiła się na tyle, aby ubranie okrycia wierzchniego było w ogóle możliwe. Kiedy dziecko miało już na sobie kurtkę – o! nie liczcie, że dało na siebie ubrać czapkę i szalik! A skąd! Pobiegło radośnie w kierunku peronu Szybkiej Kolei Miejskiej z okrzykiem: "Idę na pociąg!"

Nie wiem, jakie były dalsze losy niepokornej Dziewczynki, gdyż na scenę wstąpił zupełnie inny bohater.

Z naprzeciwległego końca pętli nadchodził mężczyzna ubrany w granatowy, ortalionowy płaszcz. W prawej ręce niósł wypchaną czarną aktówkę, która zapewne niejedno z nim już przeszła. Na głowie miał zwykłą, ciemną, wełnianą czapkę. Nie wyróżniał się urodą. Mógł mieć za sobą już około pięćdziesięciu lat. Szedł równym, szybkim krokiem, a w jego postawie można było wyczuć napięcie i rosnące wzburzenie, które niespodziewanie zyskało ujście. Z nieruchomym spojrzeniem, zaczął rzucać inwektywami, mniej więcej w kierunku, w którym staliśmy.

- Marian, ch*ju! – z takim okrzykiem szedł przez ulicę, prześlizgując się wzrokiem po naszej dwójce. W jego czarnych oczach widziałam nienawiść. Przez chwilę naprawdę bałam się, że zwraca się do mojego Lubego. Jednak nie, przeszedł mimo. I stanął na wprost… automatu biletowego, krzycząc dalej: – Marian, jesteś dla mnie zwykłą k*rwą! – po czym wskazującym palcem groził: - A ciebie, ch*ju, za to że przyznałeś, że jesteś jego synem – obedrę ze skóry!

Patrzyliśmy na tę scenę w osłupieniu. Podobnie jak pozostali ludzie, oczekujący autobusu. Mężczyzna nie wydawał się być pijany, choć gdy przechodził, miałam wrażenie, że trochę wionie od niego alkoholem. Ani tym bardziej nie był naćpany. A mimo to – wygrażał się automatowi. Poszedł dalej. Znikając nam z oczu.

Gdy już siedzieliśmy w autobusie, zaczęłam zastanawiać się, gdzie właściwie podział się ów gniewny mężczyzna? Nie widzieliśmy dokąd poszedł po obrzuceniu automatu przekleństwami. Wydawało mi się, że przeszedł pomiędzy automatem a wiatą… I dalej już go nie widziałam. Zniknął.

Ostatnio Luby studiuje podręcznik do gry RPG – „Mag: Wstąpienie”. W owym opisani zostali magowie, których pochłonęło szaleństwo i robią wokół siebie wiele zamieszania, odwracając uwagę ludzi i rzeczywistości od swojej magii. Jadąc do domu, zaczęliśmy się zastanawiać, czy przypadkiem nie minął nas właśnie jeden z nich. Może między wiatą a automatem znajdowało się przejście do innego świata, a wyzwiska były tylko wyjątkowo zawoalowaną inkantacją, która otwierała portal? Któż to wie… a my dostrzegliśmy ten niuans i zastanawiamy się nad tym tylko dlatego, że jak większość graczy rpg na swojej „karcie postaci” moglibyśmy zaznaczyć, co najmniej jedną „kropkę” w umiejętności „okultyzm”?

W każdym razie zgadzam się z Lubym:
Rzeczywistość nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.

Dziwy na Długiej

1 grudnia 2011,
trzydzieści minut na pierwszą po południu.

Kolejny miesiąc się rozpoczął. Kolejny miesiąc poszukiwania pracy. Cóż jednak innego można zrobić, kiedy oszczędności topnieją, jak śnieg na wiosnę? Trzeba znaleźć jakieś zajęcie, dobrze byłoby, gdyby intratne, a nawet jeśli nie... To niech chociaż da się przeżyć do pierwszego.

Nie smućmy się jednak w ten piękny, grudniowy dzień. Niebo zasnute szarawymi chmurami. Światło słońca przeciskając się przez kłęby chmur staje się miękkie i wilgotne. Ludzi wokół niezbyt wielu. Gdzieniegdzie jednak słychać język zachodniego sąsiada. Długa tonie w szarościach, z którymi próbują walczyć kamienice w bajkowych barwach. Ale lepka szarość jesieni przykleja się do kolorowych fasad, przyduszając je nieco. Mimo to uśmiecham się w duchu, znajdując co chwila jakiś nowy drobiazg w obrazach malowanych na elewacjach. W dawnym domu tego nie było.

Oglądam się przez ramię na Złotą Bramę przez którą weszłam w niezwykły świat Głównego Miasta. Przecieram oczy, nie wierząc w to, co widzę. To niemożliwe! Górnicy? Tutaj? W galowych strojach z kołpakami ozdobionymi czerwonymi pióropuszami. Och, gdyby chociaż słońce zechciało obdarzyć blaskiem złote trąbki, tubę i puzon! Nie wierzę. To nie może być prawda! Co tutaj robi orkiestra górnicza w pełnej gali?

Dyrygent machnął biało-czerwoną pałką. Zagrały bębny, tuba i trąby. Doszły flety i klarnety. Szła dzieweczka, do laseczka. I... Poszła Karolinka do Gogolina, a Karliczek za nią... Karliku, Karliku, co tam niesiesz w koszyku? Dzióbka dej! Moja roztomiło!

Marszowym krokiem idą muzykanci ku Ratuszowi Głównego Miasta. Idę i ja, nucąc pod nosem. Skądżeście się wzieli, moi mili? Czyście są górnicy, czy przebierańce, pra? W ostatniej linii idzie trzech mężczyzn w marynarskiej gali. Brakło muzyków górników, że marynarzy dobrano? Czy może mundurów górniczych za mało mieliście?  Ale grają, jak prawdziwi. Tylko data się nie zgadza! Kapelmajster, wyście się z datą pomylili!  Toć do świętej Baśki jeszcze trzy dni zostały! Czy to ino rozruch przed Barbórką, co by tuby i fujarki przedmuchać? Kto was tam wie, panie kapelmajster, coście se myślieli idąc Długą i wywołując uśmiech zdziwienia na twarzach gdańszczan, gdynian, sopocian, przyjezdnych i mojej, takiego jednego ptoka, co nad morze z Katowic przyfurgoł.

Ludzie robili zdjęcia, kroczącej dumnie po gdańskim bruku górniczej orkiestrze. I ja też komórkę z kieszeni swej dobyłam i zdjęcie zrobiłam.

Orkiestra zakończyła występ przy Ratuszu Głównego Miasta. Ucichli nagle. Muzycy skręcili w Kramarską, gdzie rozpłynęli się, jakoby we mgle... Ale nie, musieli być prawdziwi, przecież zdjęcie pozostało.