Kartki chronologicznie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą knajpa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą knajpa. Pokaż wszystkie posty

Śląscy Komandosi

Zdarzyło się w 2003 roku

Siedzę na krawędzi świata, nogami majtając w kosmicznej przestrzeni. Największa z gwiazd uśmiecha się do mnie łagodnie. Macham do niej wesoło. 

Jak trafiłam na ten czat? Nie pamiętam. Może szukałam strony, gdzie mogłabym podpisać protest. A znalazłam czat. Protestu nigdy nie podpisałam, ale tak jak oni - tęskniłam za tym, co odeszło. Poznałam ich na czacie, niesamowicie pozytywnie zakręconych ludzi. Potrafiłam przesiadywać godzinami przy komputerze, ku ogromnemu niezadowoleniu mojej Szanownej Rodzicielki i Brata, z którym dzieliłam pokój. Rozmawialiśmy na czacie o wszystkim i o niczym, czyli jak parę lat później powiedział mi pewien pisarz: „o życiu i kosmosie”.

- O szesnastej pod Teatrem.
Zwykle tak się umawialiśmy. Nie trzeba było dodawać nic więcej, każdy wiedział, o który teatr chodzi. W wyznaczonym dniu i porze zjeżdżaliśmy się z różnych miejsc i miast. Po przybyciu – jeśli akurat było ciepło i sucho – siadałam na schodach przed Wyspiańskim i czekałam, aż przyjdą. Obserwowałam gołębie przechadzające się po placu. A jeśli ktoś inny przyszedł wcześniej:
- Cześć, Ayers! Dobrze cię widzieć!
I tu następowało krótkie, acz ciepłe powitanie "na misia". Po krótkim oczekiwaniu, schodziła się cała grupa. Sześć, czy osiem osób, może mniej, może więcej, różnie bywało. Każdy przynosił ze sobą całą masę dobrej energii. I to wystarczało. Oczywiście, ani razu nie byliśmy w teatrze.

Z nimi zaczęłam poznawać centrum rodzinnego miasta, w którym bywałam sporadycznie z powodu braku potrzeby. Ale przecież zaczęłam niedawno liceum, najwyższy czas poznać nieco więcej świata, który znajduje się poza otaczającym moją dzielnicę lasem. I przestać podchodzić do ludzi jak do wściekłego psa. Chociaż niektórzy to są jeszcze gorsi.

Scena Gugalander, albo Belka. Ciemne, zadymione wnętrza, każde o swoim własnym, niepowtarzalnym klimacie. Rozmowy prowadzone przy piwie i soku jabłkowym. Dlaczego jabłkowym?

Po pierwsze: niepełnoletni piwa nie pijają, a przynajmniej tego zawsze się trzymałam. Odmawiałam alkoholu, gdy któreś z nich proponowało, i szczęśliwie nikt nie wpadł na „genialny” pomysł wyśmiewania tego. Chwała im za to! Niech żyją w zdrowiu i szczęściu!
Po drugie: sok jabłkowy i jasne piwo w pewnym specyficznym, barowym oświetleniu – a właściwie przy jego braku – mają niemalże idealnie taki sam kolor. Prawda, wyróżniałam się, ale jednocześnie nie rzucało się to w oczy.

Pewnego razu, zdaje się, że Eddy, przyniósł ze sobą piłkę do siatkówki i jengę. Spotkaliśmy się, jak zwykle przed Teatrem, było nas kilka osób. Dziś nie pamiętam kto dokładnie, ale pewnie, byli ci, co przychodzili zwykle i zapamiętałam ich najlepiej z całej drużyny. Poszliśmy całą bandą w dół Alei, w oddali widząc porzucony przez Marsjan kosmiczny statek. Z każdym krokiem byliśmy coraz bliżej i bliżej. Wreszcie znaleźliśmy się wśród soczystej zieleni niedużego skweru, który bezpośrednio graniczy z wybrukowanym placem, gdzie nad Rondem dumnie górują trzy skrzydła odlane w brązie, dar mieszkańców Warszawy.

Rozsiedliśmy się na betonowych, niskich, kwadratowych murkach, znajdujących się u podnóża wznoszącego się delikatnie placu. Wysokie są nie bardziej niż do kolana, ale za to o powierzchni stołu na osiem osób. Tylko projektanci zapomnieli o krzesłach...
Zaczęliśmy zabawę pod pomnikiem. To była już druga taka, w jakiej miałam okazję uczestniczyć. Kilka dni wcześniej nasze spotkanie również obyło się pod pomnikiem. Wówczas ktoś przyniósł piłkę do nogi. Ochoczo poszliśmy na jeden z okolicznych placów, w efekcie - wciągnęliśmy do gry w piłkę samego Marszałka! Z wysokości paru metrów cokołu i grzbietu wiernej Kasztanki, był nam sprawiedliwym, lecz niestety - milczącym sędzią.

Natomiast na placu-cokole skrzydlatego pomnika zagraliśmy w siatkówkę. Bez siatki, bez boiska, bez podziału na drużyny. Czyli tak naprawdę po prostu odbijaliśmy piłkę między sobą. Dobrze się przy tym bawiliśmy. Ale kiedy już wszystkich ręce zaczęły boleć, wróciliśmy do betonowych siedzisk. Eddy wyjął jengę, zaś do pudełka schował butelkę z winem. No, tak. Nie wspomniałam o tym drobiazgu... większość lubiła pić Komandosy. Zresztą, oni też nazywali siebie, Komandosami*. Jeśli miałabym być szczera, nigdy nie spróbowałam tego trunku, nie mam pojęcia jak to smakuje. Wtedy odmówiłam, gdy mi proponowano, bo wcale nie piłam, a dzisiaj odmówiłabym – bo pijam tak rzadko, jakby wcale, a jeśli... to nie tego typu. W każdym razie ukrycie wina w pudełku po jendze było zabawnym posunięciem, ale koniecznym... Jakby nie patrzeć, znajdowaliśmy się w miejscu publicznym, a od pewnego czasu w życie wszedł zakaz takiej praktyki.

Jedni grali, inni się im przyglądali. W którymś momencie razem z Karanissą, Owcą i Myszą poszłyśmy pozwiedzać. Na placu, gdzie stoją skrzydła, od skweru aż do skarpy ciągnie się parę równoległych „ścieżek” wybrukowanych innego koloru kostką niż całość.
- Spójrzcie – powiedziałam do koleżanek. – Oto droga do Nikąd. – wskazałam na jedną ze ścieżek. Prowadziła prosto do nieba, które znajdowało się pomiędzy Superjednostką a innym budynkiem. Ruszyłam, za mną zaś koleżanki, podchwyciwszy chęć podróżowania do Nikąd.
- I jesteśmy.
Usiadłam na samym skraju placu, z nogami wiszącymi nad ziemią, która znajduje się w tamtym miejscu kilka metrów niżej. Usiadły tak, jak ja. Pod nami samochody jeździły po Rondzie. Środek Ronda natomiast przeobraził się przez ostatnie parę miesięcy w ogromną piaskownicę. Przypatrywałam się chwilę placowi budowy. A później poświęciłam nieco uwagi porzuconemu przez Marsjan spodkowi, który z odpowiedniej perspektywy wygląda raczej jak beret, albo może sombrero...

Siedzimy na krawędzi świata, nogami majtając w kosmicznej przestrzeni. Nad nami uśmiechnięte słońce, pod nami przejeżdżają samochody. Machamy przyjaźnie do kierowców i do pasażerów. W głos śmiejemy się, widząc ich zaskoczone miny,... 
...choć raz na jakiś czas, mniej zaskoczeni, także i do nas machają. 

____
*Komando Rock Radia (Śląsk) – ludzie, którzy brali udział w protestach w 2003 roku, kiedy KRRiTV wydała wyrok o odebraniu koncesji; Rock Radio Śląsk 96,3 FM zamilkło 13 września 2003 roku, po zaledwie dziesięciu miesiącach nadawania.

Między nami mówiąc

8 maja 2013, środa
dwie ćwierci na szóstą wieczór.
 
Po pracy postanowiliśmy z Lubym spotkać się na Wrzeszczu. Dawno nie mieliśmy takiego spokojnego wyjścia na obiad, gdzieś poza domem, a że i sposobność się znalazła i pogoda dopisywała, więc nic nie stało na przeszkodzie. We Wrzeszczu mamy upatrzone, nieduże bistro. Nie mogę wciąż wyjść z podziwu, co do jego wystroju. Można by rzec, że jest nieco kiczowaty. Rzucające się w oczy, jaskrawe kolory - zielenie, żółcie, czerwienie i róże; sztuczne kwiaty na stolikach i plastikowe, przeźroczyste krzesła. Z drugiej strony, nie chodzi bynajmniej o to, że wystrój mi się nie podoba; po prostu jest tak dziecinnie radosny, wiosenny nawet w środku zimy. Tak różny od tego, co zwykle widuję - stonowane kolory, ascetyczne wystroje lub wręcz przeciwnie: tak wiele nagromadzonych drobiazgów, że nie wiadomo na czym zawiesić oko. W każdym razie jest to jedno z naszych ulubionych miejsc, gdzie można smacznie zjeść i nie przepłacić. Poza tym mają bardzo dobre kompoty.

Usiadłam przy jednym z wolnych stolików w zaaranżowanym ogródku przed bistrem. Na stole stała donica z żółtymi kwiatami (żywymi, a nie sztucznymi) oraz fikuśna, żółta latarenka z podgrzewaczem. Widać było, że dopiero co uzupełniono latarenkę, ponieważ świeczka miała knot pokryty woskiem. Miło byłoby ją zapalić, ale przydałyby się zapałki - pomyślałam. 
Chciałam wprowadzić trochę romantycznego nastroju - pomimo tego, że przecież o tej porze roku wciąż jest zupełnie jasno. W każdym razie, zanim Luby zdążył wrócić do stolika - składał zamówienie wewnątrz lokalu - rozejrzałam się wokół; niemal od razu dostrzegłam czerwony kartonik leżący dokładnie pod naszym stołem. Czyżby...? - pomyślałam, czując lekką ekscytację. Czym prędzej schyliłam się... i rzeczywiście: podniosłam niewielką paczkę zapałek. Czasem nawet niewypowiedziane czary się udają.

Mniejsza jednak o wyczarowane z powietrza i zupełnym mimochodem zapałki. Kiedy spożywaliśmy spokojnie obiad, rozmawiając jak zwykle o RPG - dyskutując nad ostatnią sesją Ars Magica, nadchodzącą sesją Warhammer'a oraz kolejną sesją Maga: Wstąpienie - do parkanu podszedł około dziesięcioletni chłopiec z nieco umorusaną twarzą i rozwichrzoną fryzurą. Ubrany był w przybrudzoną, pasiastą koszulkę i krótkie spodenki. W jasnych oczach i szczerbatym uśmiechu krył się prawdziwy zawadiaka. Idąc tropem RPG, aż chciałoby się rzec: młody łotrzyk.
- Smacznego! - zawołał jeszcze z dala, wołając do mężczyzny, który samotnie siedział przy stole najbliżej kamienicy, w której znajduje się bistro. Jak później, opuszczając już ogródek, obejrzałam się na niego - oceniłabym pana na jakieś czterdzieści lat.
- Dziękuję.
- Jak słychać?! - zawołał radośnie chłopiec.
- Co ty do mnie mówisz? - zdziwił się mężczyzna, być może nie usłyszawszy pytania; lub nie rozumiejąc takiej konstrukcji. Chłopak obszedł ogrodzenie od zewnątrz i zbliżył się do stolika, przy którym siedział mężczyzna.
- Jak słychać? - powtórzył.
- Nie wiem, co ci na to odpowiedzieć - przyznał mężczyzna. - Chcesz kasy? - zapytał prosto z mostu.
- Tak.
- Ile? - Co prawda odpowiedź chłopca do nas nie dotarła, ale po chwili usłyszeliśmy zaskoczone: - …Stówę!? Popierdoliło cię?
- Na buty zbieram - odparł chłopiec, ale bardzo szybko zmniejszył stawkę. - Dwanaście pięćdziesiąt.
- Jak na fajki, to ci dam - stwierdził mężczyzna.
- Na fajki to nie chcę.
- A na piwo?
- Też nie.
- To ci nie dam! - Na taką odpowiedź, chłopiec natychmiast zmienił zdanie:
- No to na fajki.
- Dam ci dwa złote.
- Daj dwanaście pięćdziesiąt, będziesz moim najlepszym kolegą! - starał się go przekonać chłopiec.
- Nie chcę być twoim najlepszym kolegą, bo zdrajca jesteś! - padło kategoryczne stwierdzenie ze strony mężczyzny. Ostatecznie dodał jeszcze. - Masz tu dwa złote i sobie radź!
Następnie zapewne doszło do  tego, że chłopiec otrzymał od mężczyzny owe wycyganione przezeń dwa złote. Po czym - jak przypuszczam, pożegnał się z nim i odszedł. Kiedy opuszczaliśmy ogródek przed bistro, nie widziałam nigdzie chłopca. To niewątpliwie była jedna z tych co bardziej niezwykłych rozmów, jakich byłam świadkiem. Luby stwierdził, że ciągnie się za nami Paradoks, skoro przydarzają się nam takie rzeczy... Między nami mówiąc, przypuszczam, że to przez te zapałki.

Piwo ze Stańczykiem

8 maja 2010, sobota
czwarta po południu.

W dzień przed wyjazdem Lubego udało nam się spotkać z Lucyferią. Poszliśmy do herbaciarni, zwanej "Fanaberią". Wypróbowaliśmy kolejne trzy rodzaje herbat. Przyjaciółka wybrała herbatę czarną, truflowo-truskawkową, Luby jakiś gatunek wietnamskiej - jej aromat dziwnie mi się z rybą kojarzył. Luby także stwierdził, że smakuje ona nieco, jakby ktoś ugotował wodorosty, w które zawija się sushi. Natomiast ja wybrałam mieszankę dwóch zielonych herbat z wieloma owocowymi i kwiatowymi akcentami. Mieszanka nosiła przyjemną nazwę: Mona Lisa. Przy okazji uraczyliśmy się tradycyjnym tureckim ciastem, które co dziwne nazywa się Marlenka. Ale było smaczne, polecam.
Ponieważ po tej zadumie nad czarkami-muszlami, doszliśmy do wniosku, że osiemnasta to młoda godzina - postanowiliśmy zmienić lokal. Poszliśmy w miasto, w poszukiwaniu miłych knajp. I tak schwyciliśmy chwilę! A właściwie dzień, wylądowawszy w Carpe Diem. Tam zdarzyła się nam dość zabawna sytuacja. Wyekspediowałyśmy Lubego do baru, by zamówił dla nas złoty trunek. Luby powrócił do nas z zamówieniem i uśmiechem od ucha do ucha. I odezwał się w te słowa:
- Barmanka zapytała, czy macie dowody!
- O, jakie to miłe! Dawno nikt mnie nie pytał o dowód - stwierdziła Lucyferia. A ja uśmiechnęłam się szeroko.
- Uroczo. A mamy jej pokazać? Wyjąć i pomachać? - zapytałam ze śmiechem.
- Nie, nie musicie. Powiedziałem jej, że gdybym zgolił wąsy i brodę też by mnie pytała o dowód.
Ubawiliśmy się setnie. Lucyferia stwierdziła, że jej o dowód nie pytają, bo bywa w takiej knajpie, gdzie nikt nikogo o dowód nie pyta. Mnie nie pytają, bo rzadko kupuję piwo, ostatnim razem - zdaje się półtora roku temu, kiedy kupowałam dla pewnych panów na prezent świąteczny dwie małpki sprzedawczyni, która nota bene jest rówieśniczką mojej starszej siostry i chodziła z nią do klasy, zapytała tylko:
- Ciebie chyba nie muszę pytać o dowód? Skończyłaś osiemnastkę?
- Tak, nawet parę lat temu.
Na poważnie, to tylko raz mnie poproszono o dowód i musiałam go pokazać, bo inaczej bym nie dostała zamówienia (i dobrze, w gruncie rzeczy). To było na poważnie, ale o tyle zabawne, że poproszono mnie o okazanie dokumentu dokładnie w dzień moich dwudziestych pierwszych urodzin.

Później znów postanowiliśmy zmienić lokal.
- To gdzie idziemy? - zapytała Lucyferia.
- Hm, może do Starej Bramy? - rzucam propozycją.
- Nie ma już Starej Bramy.
- Och, to może Belka?
- Nie ma Belki.
- Kochanie, kiedy ty ostatni raz wychodziłaś z domu? - zapytał z przekąsem Luby.
- Och, po prostu nie chodzę po knajpach! - zaperzyłam się. W końcu nieznajomość miejsc rozpusty powinna o mnie dobrze świadczyć, a nie świadczyć przeciwko mnie, prawda? Po paru próbach jednak przypomniały mi się miejsca, w których byłam z koleżankami i nawet wciąż istnieją. Akurat tak się złożyło, że jedno z nich znajdowało się rzut beretem od miejsca, w którym byliśmy. Skręciliśmy w ulicę odchodzącą w lewo od 3ego Maja i tym prostym sposobem, wylądowaliśmy w Red Pubie. Klimatyczne miejsce, swoją drogą.
Usiedliśmy w spokojnym kątku na wygodnych pufach, a po drugiej stronie pod ścianą stało krzesło, właściwie fotel. Drewniany fotel z materiałowym obiciem siedziska i oparcia.
- Spójrzcie, prawie jak krzesło Stańczyka - głośno wyraziłam skojarzenie.
- Faktycznie - zgodzili się ze mną. - Tylko tamto stało chyba odwrotnie - zauważa Lucyferia.
- No tak, ale można by usiąść w nim, tak jak Stańczyk, zrobić zdjęcie a potem odbić je w poziomie - stwierdziłam, nie widząc żadnego problemu. Przyznali mi rację, ale żadne z nas ostatecznie nie udawało Stańczyka. Zdjęć też nie było, po prostu nie ruszyliśmy się z zajmowanej przez nas niszy.

Ostatecznie przy rozmowie i piwie tak miło mijał czas, że ani się obejrzeliśmy, a musieliśmy się rozstać, gdyż w innym wypadku z Lubym nie mielibyśmy powrotnego autobusu. Niestety, największym mankamentem katowickiej komunikacji miejskiej jest absolutny brak nocnych kursów w kierunku mojej dzielnicy. Niestety, po dwudziestej drugiej są ostatnie z autobusów, później w większości startują dopiero tuż przed lub tuż po piątej rano.