Kartki chronologicznie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piękno. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piękno. Pokaż wszystkie posty

Dozwolony spacer

16 kwietnia 2020, czwartek
tuż przed ósmą rano

Odkąd zakazali korzystania z wypożyczalni rowerów miejskich, a z Lubym do pracy chodzimy na zakładkę, drogę do zakładu pokonuję na piechotę. Pomimo tego, że komunikacja miejska jest za darmo, jakoś tak… Mimo wszystko, wolę się trzymać z dala. Może to i przesada, w końcu tutaj mamy tylko dwie osoby z potwierdzoną chorobą, które – de facto – nie przebywają już w mieście. Najbliższy szpital zakaźny znajduje się ponad 80 kilometrów stąd.

Teoretycznie mogłabym jeździć samochodem, w końcu po coś zrobiłam to prawo jazdy, czyż nie? Teoretycznie tak, ale… Ale po co? Od domu do zakładu mam jakieś niecałe dwa kilometry. Rzec by się chciało – rzut granatem. Znaczy, beretem. Poza tym mam zrezygnować z jedynej opcji spaceru na rzecz metalowej puszki? O co to, to nie! I to podwójnego spaceru, bo z pracy przecież trzeba też wrócić. Więc drepczę sobie grzecznie. Wychodzę z bloku, przecinam na skos teren zielony pomiędzy naszym blokiem, a następnymi, tworzącymi osiedle. Pokonuję kilka schodków w górę, skręcając przy pochyłym drzewie. Idę dalej, mijając po jednej i drugiej stronie czteropiętrowe bloki. Przemykam po szerokich schodach w dół, przecinam ulicę, znów kawałek trawnika, mijam Biedronkę oraz starszego pana z psem, by po kilkudziesięciu metrach znaleźć się przy głównej ulicy. Zwykle w tym momencie mija mnie autobus, którym bym jechała do pracy, gdyby nie sytuacja obecna.

Po lewej mijam deptak, który wychodzi wprost na plac przed dworcem. Budynek dworcowy widzę w niemal całej okazałości z tej odległości. Choć może okazałość to nadmiar grzeczności. Świetność budowla ma już dawno za sobą, choć wciąż można dostrzec dawny blask i urok bryły. Dwuskrzydłowe drzwi, z której odłazi brązowa farba, prowadzą do zabiedzonej hali dworcowej. Jest w niej pewien czar, i przy odrobinie dobrej woli oraz szczypty wyobraźni, można dostrzec dawne piękno. Zwłaszcza, kiedy podniesie się wzrok znad czarno-białej podłogi i spojrzy na sufit oraz freski biegnące tuż pod nim. Na pożółkłych ścianach wymalowano bowiem girlandę, na której niczym kwiaty rozmieszczono herby najbliższych miast, do których można byłoby się dostać koleją z tego właśnie dworca.

Jednak moja droga nie kieruje mnie do dworca, więc odwracam od niego wzrok i idę dalej, do ronda. Na rondzie prosto, ku wylotówce na Piłę, na wiadukt. Niczym mały rebeliant idę po ścieżce wyjeżdżonej przez rowerzystów i wydeptanej przez setki osób, które szły tędy przede mną, zamiast po chodniku biegnącym w dole. Dzięki temu unikam stromych i sypiących się schodków. Za to idę tuż przy ulicy, ale tym razem nie przeszkadza mi woń wydobywająca się z rur wydechowych mijających mnie samochodów. Maseczka chociaż na tyle się zdaje, choć co chwila parują mi okulary i przez to niemal nic nie widzę.

Przedwczoraj nie miałam maseczki, ale za to promienie słońca niemal oślepiały mnie, świecąc między ukwieconymi gałęziami krzewu, który rośnie nieopodal wieży ciśnień. Choć, gdy wstawałam rano, widok śniegu na trawniku pod sąsiednim blokiem niemal mnie zmroził. Śnieg! Były święta, to i śnieg musiał być. No tak… ale i tak się spóźnił, tak samo jak i na te poprzednie. Luby później wysłał mi wiadomość, chwilę przed ósmą, że gdy Kitka wstała i spojrzała za okno stwierdziła:
- Tak długo się wyspałam, że aż śnieżek spadł!
Cudnie.

Za to dzisiaj dzień rozpoczyna się lepką szarością, za to bez śniegu. Trudno i darmo, kiedy termometr pokazuje siedem stopni. Nawet odważyłam się przerzucić na kurtkę, a zimowy płaszcz odwiesiłam do szafy. Ciekawe, czy na długo?

Na chwilę zatrzymuję się na wiadukcie, by spojrzeć na stację z góry. Właśnie na peron pierwszy wjeżdża osobówka. Skąd jedzie? Dokąd? Ciekawe, jak wielu wiezie pasażerów? Pytania pozostawiam jednak bez odpowiedzi, i ruszam w dalszą drogę. Po chwili znajduję się na drugim brzegu. Za płotem wita mnie znajomy widok czarnego parowozu. Lokomotywa i dwa wagony wyglądają jak porzucona przez dziecko zabawka. Choć może nie tyle porzucona, co zapomniana. Czerwone elementy już wyblakły, białe zżółkły a czerń utraciła swą głębię, błękit na burtach wagoników też jakby mniej żywa. Do zobaczenia, Lokomotywo.

Odbijam od głównej ulicy w pierwszą możliwą na lewo i kontynuuję spacer. Krzewy przy chodniku już coraz śmielej się zielenią. Wiele wcześniej mijałam pyszniącą się złotem forsycję w czyimś przydomowym ogródku. Choć ogródek to chyba nie był, bardziej podwórko, bo za płotem stała sporych rozmiarów kamienica. Coś jak znajome mi skądinąd familoki. Nawet w głębi podwórka stoi niska zabudowa gospodarcza. Za kamienicą, w której mieszkała moja Babcia, stał podobny budyneczek. Dawniej pewnie służył za chlewik, później za coś między komórką a garażem. Za to na niedużym poddaszu mieszkały hodowane przez sąsiada gołębie. Tutaj raczej nikt gołębi nie hodował, ale wspomnienia i podobieństwa same wypłynęły. Chociaż gołąb się znalazł, zapewne przyleciał do karmnika, ale moje przejście go spłoszyło. Grzywacz zerwał się do lotu, jak tylko pojawiłam się w okolicy.

Na podwórku kamienicy stoi karmnik, dość ciekawy i w pewnym sensie skomplikowany w swej budowie. Wygląda na dość wysłużony, jak i cała ta okolica za płotem. Składa się z kilku domków, jeden – na samym szczycie, jest rzeczywiście platformą z daszkiem, na którym można wysypać ziarno. Poniżej są za to zawieszone domki, że tak to ujmę – dwuwymiarowe. Nie jest to zapewne jedna deska, ale wycięte to to jest w kształt domku i w środku ma wyrżnięty duży okrąg, u szczytu którego jest haczyk – dzięki temu w „domku” można zawiesić słoninę, bądź kulkę z ziarna. Całość pomalowana na żółto, czerwono i zielono. To znaczy, kiedyś – bo teraz przydałoby się odświeżyć, by kolory nabrały nieco życia.

Przechodzę przez kołowrotek, odbijam kartę na zegarze. I pierwsze kroki kieruję do stróżówki, by stanąć w wyznaczonym miejscu. Ochroniarka spogląda na ekran, gdzie wyświetla jej się obraz z kamery termowizyjnej. Po chwili mówi mi „dziękuję”, a ja jej na to „do widzenia” i wychodzę. Jestem zdrowa, a przynajmniej nie mam gorączki, więc mogę iść i zająć stanowisko pracy. To nie takie hop-siup, jeszcze muszę przejść parędziesiąt metrów – mijam przejazd kolejowy, przechodzę przez drogę, by przejść wzdłuż żywopłotu oddzielającego drogę od biurowca, za biurowcem na skos – kolejny przejazd kolejowy, kolejne przecięcie drogi, przejście przez parking maszyn i już jestem u drzwi „kontenera”. Budynek wzniesiony został z prefabrykatów, całkiem spory, wygodny i nowoczesny. Nie ma co narzekać.

W końcu mogę zdjąć maseczkę, zdezynfekować dłonie, które i tak zaraz umyję po tym jak zostawię kurtkę w szafie. Wejdę na open-space i krótkim „dzień dobry” witam się z obecnymi już w pracy. Załoga okrojona o połowę, bo albo na urlopach, albo na pracy zdalnej. Przez to jakoś tak smutniej i ciszej, paradoksalnie trudniej się skupić na pracy, bo więcej czasu na myślenie jest... W dodatku przez to wszystko, siadam nie na swoim miejscu, by zachować dystans między mną a kierownikiem zmiany. Zajmuję miejsce mojej kierowniczki, ona natomiast pracuje w „izolatce” po naszym dyrektorze, który zmienił pracę jakiś czas temu. Pokój stoi więc na co dzień pusty, bo obecny woli siedzieć z większością. 

Do dziś środkowy pokój nazywamy czasem „u Jakuba”. Człowiek nie pracuje z nami już od prawie pół roku, a nadal zdarza nam się tak mówić o „jego” biurze. Pewnie dlatego, że nikt się nie kwapił wprowadzać tam po nim. W oderwaniu od wszystkiego, to brzmi teraz trochę jak nazwa karczmy. - To gdzie robimy spotkanie? - Może „u Jakuba”?

No cóż. Wielu ludzi siedzi teraz w domu, z wiadomych przyczyn, a ja zasiadam ponownie nad pracą i liczę pociągi. Cóż, że tak zacytuję „klasyka” z filmików asdfmovie – „I like trains…” A do tego zakwitł mi storczyk w pracy, który dostałam od naszej ekipy z okazji imienin w zeszłym roku. I kiedy sobie tak na niego popatruję, to czasem myślę sobie, że może fajnie byłoby mieć takiego w domu? Na razie jednak rośnie nam na parapecie fasola, ale to… to już zupełnie inna historia.

Mamo, narysuj mi kotusia!

19 marca 2020, czwartek
pierwsza po południu

Nie wiem, jak do tego doszło, że powstał. Ale fakt faktem, pojawił się niespodziewanie, i być może zostanie na dłużej. W pewnej chwili, Kitka po prostu powiedziała do mnie:

- Mamo, narysuj kotusia!

Przywykłam już do potrzeb w ten sposób artykułowanych. Chociaż pilnujemy, by się zbytnio nie zapędzała w swoich żądaniach i dodawała – proszę. Więc bywa, że mówi – „Mamo, chrupkę! Mamo, proszę chrupkę! Ale cztery!” – tak, do żądań często jest dołączona również bardzo konkretna liczba. Ostatnio dochodzą do tego jeszcze krzyki i histeryczne płacze. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzą chrupki, biszkopty, czy inne policzalne ciasteczka. Wtedy wchodzimy w strefę targów, pisków, krzyków i łez. Ja staram się uspokoić jej rozkołatane nerwy, a przy okazji zbić liczbę do bardziej akceptowalnych poziomów, a Kitka obstaje przy czterech. Nie! Pięć! Oczywiście Kitka jeszcze nie jest z tych, co potrafią liczyć – bo kolejność liczb dla niej nie ma wielkiego znaczenia. Czasem sama się zapędzi i sądząc, że mówi większą liczbę, podaje najpierw pięć, a potem cztery, czasem trzy.

Przez pewien czas liczbę trzy zastępowało u niej słowo „tyle!”. Koniecznie z wykrzyknikiem. Miała taki okres w życiu, że cokolwiek nie dostawała do ręki – chrupkę, biszkopt, i tym podobne – zawsze musiało być tego sztuk dwie. Ponieważ najpierw dostawała jedna rączka, a druga nie mogła pozostawać gorsza. Trudno było ją tego oduczyć, zwłaszcza, jak w grę zaczęło wchodzić „tyle!”, ponieważ jej małe rączki zrobiły się ciut większe i pojemniejsze, więc jedna rączka była w stanie pomieścić dwa biszkopty… Co za tym idzie, w drugiej kitkowej łapce niespodziewanie robiło się miejsce na jeszcze jeden smakołyk. Teraz znów jest ciut większa i wie, że w jej łapkach zmieszczą się już co najmniej cztery chrupki, a paluszków to już na pewno pięć!

Niedawno jednak jej "matematyczne" zdolności mnie zaskoczyły, bo gdy doszło do targów, kiedy ona żądała czterech chrupek, a ja upierałam się przy dwóch – Kitka wypaliła: Osiem!

Ostatecznie i tak wyszło na moje. Jednak nie omieszkałam się podzielić odkryciem z Lubym, który po chwili namysłu doszedł do wniosku, że odpowiedź Kitki jest jego winą. Zdarzało mu się parę razy rzucić do niej (podczas owych przekąskowych targów) – ta, może osiem? Dziecko zapamiętało, i uraczyło mnie taką odpowiedzią. Może i Kitka ma dopiero dwa lata z okładem, ale jednak pamięć ma z tych naprawdę dobrych.

Nie dalej jak dzisiaj czytałam jej nową książkę, wczoraj ze dwa razy i dzisiaj kolejne trzy. Parę godzin później udało mi się ją przekonać, że nie posiadamy zmywarki i mama musi iść do kuchni umyć tę stertę naczyń. Zaproponowałam, żeby jak zwykle, poszła do kuchni razem ze mną. Żeby mieć ją na oku podczas zmywania, czy gotowania, staram się, żeby każdorazowo zabierała ze sobą krzesełko oraz jakąś książeczkę. Ustawia wówczas krzesełko w rogu, rozsiada się na nim i „czyta”. Dzisiaj było nie inaczej, wstawiła krzesełko do kuchni i pobiegła do pokoju. Po chwili wróciła z książeczką, którą czytałyśmy po śniadaniu. Słyszałam jak przeglądając tężę książeczkę, „czyta” z pamięci niektóre fragmenty, z czegoś co czytałyśmy ledwo parę razy. Z kilku książek niektóre wiersze i wierszyki zna już praktycznie na pamięć i jak czytamy książkę, służę jej wyłącznie za miejsce do siedzenia. Z drugiej strony, część mówi zupełnie po swojemu…
Była sobie raz grajeczka, pokochała grajkę. Król wyprawił im wesele i baja skończona – tak, to jedna z jej osobistych wersji „Bajki iskierki”. A na stacji stoi Lomokotywa – pomimo tego, że po sylabach wychodzi lokomotywa. Ale gdy proszę o powtórzenie, to reaguje jak Joey uczący się francuskiego z Phoebe.

Ale! Dość o językowych zdolnościach Kitki. Mam wygadany egzemplarz dziecka, po prostu. W każdym razie, Kitka w którymś momencie przysiadła się do stoliczka, na którym ma rozrzucone kartki i kredki. W pewnej chwili woła mnie, że będziemy rysować. Podaje mi kredkę i mówi:

- Mamo, narysuj mi kotusia! Proszę!

Pomimo „proszę”, wiem, że nie ma opcji odmowy.
- Mam ci narysować kotka, tak? – dopytuję, siadając na ziemi obok niej.
- Nie, kotusia! Narysuj mi kotusia! – mówi z naciskiem, jaki tylko potrafi wywierać dwulatek. Kotuś. Nie kotek, tylko kotuś. Biorę kredkę do ręki i patrzę z powagą na córkę.
- Hm… No dobrze. Ale jak wygląda kotuś? Jak kotek?
- Tak!
- Ale… ma skrzydełka? – zadaję podchwytliwe pytanie, ciekawa jak zareaguje Kitka.
- Tak!
- Jak motylek? – dopytuję, rysując kółko, które docelowo ma zostać kotusiową głową.
- Tak! – potwierdza moje przypuszczenie Kitka.
- I ogonek jak papużka?

Ponownie otrzymuję ze strony Kitki pełne entuzjazmu, zielone światło. W ten sposób otrzymałyśmy kotusia. I kotusie wyparły zwykłe kotki, o których narysowanie jak do tej pory notorycznie prosiła mnie Kitka. Potem dostałam kolejną kredkę i tę samą prośbę – o kotusia. Chyba dostałam po kolei wszystkie kolory, jakie w zasięgu ręki miała Kitka. Więc kartka bardzo szybko zapełniła się skrzydlatymi kotusiami.

Następnego dnia, Kitka znowu zasiadła do stolika i scenariusz się powtórzył. Co prawda bez pytań pomocniczych, bo już wiedziałam jak narysować kotusia. Novum była natomiast prośba o dorysowanie kotusiom nakryć głowy. Więc mamy teraz kartkę pełną kotusiów, z czego każdy ma co innego na głowie. Jeden ma więc cylinder, inny zaś wełnianą czapkę, następny ułańską rogatywkę, sombrero czy beret. Jak pokazałam Lubemu nasze dzieło, beret od razu rzucił mu się w oczy, po czym stwierdził, że może powinnam coś o nich napisać? Być może. Ale rysowanie kotusiów mnie tak wciągnęło, że zanim wymyślę jakie mogą mieć charakterki i przygody, to zasiadłam do tabletu i dałam się ponieść inspiracji, jaką otrzymałam od Kitki.
Zwykle tego nie robię, ale efekt przerósł moje oczekiwania i myślę, że pierwszy (oby nie ostatni) Kotuś zasługuje, by zaistnieć również tutaj.

 Kotuś

W ogrodzie z pajęczyny

19 lutego 2012, niedziela
ćwierć na dwunastą w nocy


Kolejna niedziela ma się ku końcowi. Pewnie, kiedy skończę pisać poniższe - będzie już poniedziałek. Chociaż kto wie? Może zdążę przed północą.

Mieszkanie na Oliwie to już historia. Może więc o niej powinnam powiedzieć więcej? Trudno mi przystać na zmiany, ale jak już coś zmienię i przywyknę, to potem żal mi to porzucać. Tak mniej więcej wyglądają moje odczucia w stosunku do Oliwy. W zasadzie – Starej Oliwy.
Okolica była wielce urokliwa. Niemal same stare, poniemieckie wille z lat dwudziestych i trzydziestych zeszłego wieku. Stare drzewa w przydomowych ogródkach. Właśnie, ogród…

Kawalerka była zaledwie przysposobionym do bycia osobnym mieszkaniem pokojem, wydzielonym z mieszkania na parterze żółtej willi. Dlatego nasze mieszkanko posiadało jedno, jedyne okno. Pod oknem stał duży, masywny, rozkładany stół. Nie z jakiejś tam płyty, ale z prawdziwego drewna. Mocny, ciężki stół. Na nim zaś stał laptop Lubego. Z racji poszukiwania pracy przez cały okres mieszkania na Oliwie, sporo czasu spędzałam przy komputerze. Raz na jakiś czas jednak trzeba było oderwać wzrok od monitora, podnosiłam go więc na okno.
Za nim rozciągał się widok na ogród...

Tuż przy ścianie willi rosły krzaki, których imion nie znam. Jednakże nie o krzewy chodzi… ale o ptaki, które raczyły raz na jakiś czas zaglądać do nas. Przysiadywały na gałęziach bliskich oknu. Zwłaszcza, gdy zima przypomniała sobie o istnieniu Pomorza. Krzewy i drzewa w ogrodzie pozbyły się resztek liści, więc jedyną ich ozdobą były przysiadające w gałęziach barwne, skoczne sikorki.

Swoją drogą mam chyba szczęście do dostrzegania, albo ostatnio bardziej zwracam uwagę na otoczenie? 

Pewnego razu szłam wzdłuż ulicy biegnącej przez las. Na granicy chodnika i linii drzew, wśród śniegu i krzaków, igrała wielość ptaszków. Nie mam pojęcia jakiego gatunku, bo nie były to zwyczajne wróble, ani też sikorki, które potrafiłabym nazwać. A wielkościowo pasowałyby do jednego i drugiego rodzaju ptaków. Jeśli dobrze pamiętam, miały czarne lub ciemne upierzenie z jaśniejszymi akcentami na głowie oraz skrzydłach, nie wiem czemu ale wydaje mi się, że miały żółtawy bądź pomarańczowy pasek na skrzydełkach. Ale były tak ruchliwe, że przyjrzenie się im dokładnie graniczyło z niemożliwością.
Innym znów razem dostrzegłam wyjątkowego ptaka, który przysiadł na krzewie tuż przy wejściu do sieni żółtej willi. Był niemal idealnie okrągły, zapewne starał się ogrzać strosząc pióra, a ubarwieniem przypominał nieco samicę kosa, ciemnobrązowe z jaśniejszymi plamkami. Nie mam bladego pojęcia, cóż to mogło być za boskie stworzenie.

Lubiłam ogród, który otaczał żółta willę. Lubiłam patrzeć, jak niebo barwi się na różowo, kiedy słońce z wolna zachodziło, by utonąć w morzu. Wszystkie drzewa i krzewy oraz pobliskie domostwa oblekały się w mroczniejący z każdą chwilą cień, stając się zaledwie kształtami na tle wieczornego nieba.

Lubiłam również strych żółtej willi. Ponieważ kawalerka nie posiadała wystarczająco dużo przestrzeni, aby móc suszyć w niej pranie, korzystaliśmy z poddasza. Zresztą… z powodu narożnego usytuowania kawalerki, w pokoju było chłodno i wilgotno, więc tym bardziej suszenie czegokolwiek nastręczało pewnych problemów. Chemiczny pochłaniacz wilgoci bardzo szybko tracił swoje właściwości. A pozostawienie herbatnika na noc poza zamkniętym pojemnikiem, sprawiało, że rano ciastko było wyjątkowo plastyczne. W każdym razie… pozwolono nam korzystać ze strychu.
Chodziłam więc na górę, aby pod dachem rozwiesić pranie. Nie wiem dlaczego, ale na wspomnienie tego, przychodzi mi na myśl fragment z "Przechadzki z Orfeuszem", Kaczmarskiego.

„Ostrożnie stawiaj stopy, po ludzkich stąpasz resztkach”.

Nie było to może aż tak makabryczne… Ale niewątpliwie należało się poruszać ostrożnie. Schody, co prawda były solidne. Jednocześnie były solidnie zarzucone najróżniejszymi szpargałami, które najwyraźniej nie były potrzebne, a zarazem nikt nie chciał ich wyrzucić. W każdym razie od pierwszego piętra aż po strych piętrzyły się przeszkody. Gdy jednak wreszcie udało się dotrzeć na górę, nadal należało pozostawać ostrożnym. Drzwi były zamykane na bardzo prosty skobel. Wystarczyło go podnieść…

„Nie ścigaj się z obłokiem, umarli się nie spieszą”

To był strych, dokładnie taki jaki sobie zawsze wyobrażałam. Tak właśnie według mnie wygląda idea strychu. Każdy krok budził z niebytu dźwięk, przeciągły jęk deski. Każdy krok zaburzał chaos kurzu, który pokrywał prowizoryczną podłogę. W paśmie światła, wpadającym przez okno, tańczyły drobiny pyłu. Jedyną wolną przestrzeń stanowiła ta, którą przeznaczono na suszarnię. Każdy inny kąt, każdy fragment strychu, zajmowany był przez zapomniany sprzęt. Fotele, krzesła, trójdrzwiowa szafa, szafeczki, i wiele innych. Przykryte kurzem lat i historii. Kojarzył mi się ze strychem, który wykreowałam w pewnej opowieści, jeszcze w czasach gdy miałam naście lat. Nie zauważyłam jednak tam żadnego kufra, ale zapewne w szafkach i komodach mogło kryć się niejedno. Kto wie, jak wiele może zostać pogrzebane na strychu? Wśród kurzu, pajęczyn i zapomnianych i porzuconych przedmiotów?

Ten strych, to było doskonałe miejsce, żeby schować się przed całym światem i samemu zostać jednym z zapomnianych sprzętów. To jednak nie wchodziło w rachubę. Nigdy nie było brane pod uwagę. Ale każde wejście na strych, było przeżyciem. W późniejszym czasie coraz mniej przyjemnym... ponieważ nadeszły chłodne, zimowe dni;  dłonie grabiały z zimna podczas rozwieszania rzeczy na tych paru sznurach, a pranie i tak nie chciało schnąć. W końcu, gdy właściciele włączyli ogrzewanie, zaczęliśmy suszyć pranie przy kaloryferze. Od tego czasu ani razu nie byłam już na strychu, niestety. Sprzęty pozostaną zapomniane, przykryte kurzem lat i swoich własnych historii, których nikt już nie usłyszy.

Rękopis znaleziony w pękniętym wazonie

12 kwietnia 2011, wtorek
ćwierć na dziesiątą wieczorem

Dawno, dawno temu… W trakcie rozmowy z Lubym, ów zaczął się zastanawiać nad tym, dlaczego ludzie ukrywają swoje pamiętniki. Zdaje się impulsem dla tej wymiany zdań był artykuł o tym, że ktoś gdzieś odnalazł zapiski kogoś, które zostały ukryte gdzieś. To gdzie i czyje były to zeszyty nie ma absolutnie najmniejszego znaczenia w tym miejscu dla dalszych rozważań. W końcu nie w tym rzecz. Chyba to wtedy, przypadkiem zupełnym, dzięki pomocy wujka Google i ciotki Wiki natknęliśmy się na „Pamiętnik znaleziony w wannie”, Stanisława Lema.

Przyznaję, że nigdy nie przeczytałam tej powieści, może kiedyś. Właściwie nigdy nie zdołałam przeczytać żadnej powieści Stanisława Lema. Aczkolwiek próbowałam i wciąż mam nadzieję, że uda mi się skończyć ją czytać – półtorej roku temu zaczęłam lekturę „Głosu Pana”, według jednego z moich znajomych to najtrudniejsza książka Lema, jaką czytał – a mówił, że przeczytał większość. Cóż… Jeśli spadać to z wysokiego konia, prawda? Czy jak brzmiało to przysłowie. W każdym razie od ponad roku nie zajrzałam do tej książki ponownie, grzecznie stoi na półce i czeka napoczęta, tak jak „Pan Wołodyjowski”, znanego skądinąd Henryka Sienkiewicza oraz „Katedra Marii Panny w Paryżu”, Wiktora Hugo.

*dopisek na marginesie: z tych wymienionych tylko jedną przeczytałam do końca, tę trzecią.

Wracając jednak do „Pamiętnika…” prosto z wanny, czemu o tym piszę? Chciałam to miejsce nazwać – rękopisem znalezionym w wannie (albo pod wanną), żeby było zabawnie i dowcipnie. Skoro jednak Stanisław Lem mnie ubiegł, co za tym idzie - musiałam zmienić koncepcję. Po prostu nie wypada ściągać.

W sumie, jak się na tym głębiej zastanowić, to dlaczego ludzie ukrywają swoje pamiętniki? Chyba tego nie zrozumiem, może dlatego, że mój pamiętnik – a przyznam się bez bicia, że prowadzę takowy z różnym szczęściem od 13 sierpnia 2003 roku – nigdy nie był ukrywany. Ewentualny znalazca nie mógłby się więc poszczycić, że odnalazł pamiętnik w wyjątkowo przemyślnie urządzonej skrytce. Aktualnie zeszyt leży wśród wielu szpargałów i książek na kawowym stoliczku, który stoi na środku pokoju - zazwyczaj. Zazwyczaj, ponieważ ze względu na łatwość przenoszenia go, czasem ląduje bliżej mebli, albo okna w zależności od moich humorów i potrzeb. Można by rzec, że mój pokój każdego dnia jest inaczej umeblowany dzięki mobilności rozklekotanego stoliczka kawowego, który niewątpliwie pamięta lepsze czasy, gdy jego nazwa odpowiadała funkcji, którą spełniał.

Wiele lat spędził w salonie mojej Babci, w otoczeniu dwóch prostych foteli obitych czerwoną tapicerką. Zwykle przykryte były narzutami w kolorowe pasy – czerwone po bokach oraz jeśli mnie pamięć nie myli z akcentami bieli, zieleni, niebieskiego i jeszcze innych barw. Przy stoliku stała wysoka lampa ze złocistym abażurem. A nieopodal, już pod samą ścianą – pomiędzy kaflowym piecem a witrynką, umieszczony na niewysokiej, drewnianej podstawce znajdował się ogromny wazon, w który zawsze wetknięte były sztuczne słoneczniki. Dziś nie powiem Wam ile ich dokładnie było, ale wydaje mi się, że co najmniej trzy.

To był taki miły, kawowy kącik u Babci. W zimie od kaflowego pieca biło przyjemne ciepło, choć może to już tylko wytwór mojej wyobraźni? Dziś, zamiast wysokiego pieca wyłożonego ciemno-brązowymi kaflami stoi komoda. Zresztą, to już zupełnie inne mieszkanie, choć wciąż istnieje w nim coś nieuchwytnego, coś co zmusza do wspomnień. Może to ciche tykanie Zegara i mocny ton, który wybija godziny i nieco delikatniejszy, dzielący godzinę na pół?

On się nie zmienił. Ani o jotę. Wciąż wyniosły, o czarnym drewnie, a może malowany na czarno? Nigdy nie dochodziłam prawdy o jego kolorze. Zawsze był czarny, po prostu. Dwa ciężkie, pozłacane ciężarki obniżają się z wolna, z każdą sekundą, którą odmierza wahadło o okrągłym, zdobnym sercu. Pamiętam ten charakterystyczny dźwięk przesuwanego łańcucha, kiedy Mama uważnie podnosiła ciężarki. Najpierw ten po lewej, później ten z prawej. A może odwrotnie?

Wtedy jeszcze musiała uważać na stolik przy wersalce, na którym stał duży, ale chyba czarno-biały telewizor. Pod spodem, na półeczce stało radio – całkiem spore, o intrygującym wyglądzie (albo dla mnie było spore, gdy się ma lat kilka wszystko wydaje się większe). Nie było podobne do niedużego, przenośnego radyjka o jednym głośniku i jednej kieszeni kasetowej, które znajdowało się u nas w domu. Tamto w ogóle nie miało kieszeni, w dodatku miało drewnianą obudowę, a nie plastikową jak nasz poczciwy, czarny Grundig. Posiadało jeden głośnik obity jasną, beżową dziurkowaną materią. Pod nim była ciemna listwa ze skalą i dużą liczbą napisów a pod nią beżowe przyciski, których przeznaczenia nigdy nie odgadłam, no i oczywiście dwa pokrętła – jedno odpowiadało za głośność, drugim przeszukiwało się skalę. Mama kiedyś wspomniała, że Dziadek słuchał na tym odbiorniku Radia Wolna Europa. Co stało się ze starym, dziadkowym radiem? Któż to może wiedzieć? Może znalazło przytulny kąt gdzieś na wysypisku, lub w radiowym raju, dokąd wędrują stare radia po dobrze wysłużonym życiu. Może owo drewniane cudo spotkało tam czarnego Grundiga, który wiele lat służył u mnie w domu.

Z całej gromady mebli pozostał na swoim miejscu już tylko Zegar. Do dzisiaj ma pękniętą szybę w drzwiczkach, które chronią złotą tarczę o czarnych cyfrach i wskazówkach przed nadmierną ilością kurzu. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że szyba pękła. Dla mnie od zawsze była taka, jaka jest. Po prostu. Dlatego widok Zegara zawsze uruchamia pewien mechanizm w mojej duszy, jakby ktoś otworzył tamę… Strumień wspomnień opływa mnie wówczas bez żadnych przeszkód.

Do tego wszystkiego dochodzi widok z okna. On nie zmienił się niemal w ogóle. Tylko pociągi rzadziej przejeżdżają. Widok na ulicę przy której po obu stronach stoi ciąg poczerniałych sadzą kamienic, czyli familoków. Drugi koniec ulicy również zamknięty jest kamienicą, tynk zapewne miał jakiś kolor… Dziś pozostała tylko szarość przełamana jedynie barwą, zwykle zieloną lub żółtą, którą mieszkańcy obramowali okna swych mieszkań. Zaś pomiędzy pierzejami na kablach zawieszone zostały lampy, które huśtają się przy silniejszych podmuchach.

Kilka dni temu, późnym wieczorem opuszczałam gościnne mury starej kamienicy. Ostrożnie schodziłam po nieremontowanych od dawna, drewnianych schodach. Niemal zatrzymałam się w pół kroku, już na parterze, kiedy przez szybę w drzwiach wyjściowych zobaczyłam pełną perspektywę ulicy aż do zamykającej ją kamienicy. Widok był tak niesamowity i nieoczekiwany, że przez dłuższą chwilę nie wiedziałam, gdzie się znajduję. Byłam już wcześniej w tym miejscu, gdzie wymieniono stare, drewniane drzwi na nowe – plastikowe, po tym jak zamontowano domofon z otwieraniem drzwi kodem. Nigdy jednak nie zwróciłam uwagi na ten niezwykły widok. Tego wieczora był nieco przerażający, jakby żywcem przeniesiony z dreszczowca:

Ciemne kamienice. Z co poniektórych okien sączyło się blade światło, przytłumione przez zaciągnięte zasłony. Równolegle zaparkowane samochody. W okolicy jednej z bram stało dwóch lub trzech młodych ludzi ubranych w luźne, dresowe stroje. To jeszcze nie byłoby tak dramatyczne, gdyby nie atramentowa czerń nieba przesłoniętego gęstymi chmurami. I wiatr, silny wiatr wiejący prosto w twarz i boleśnie wtłaczający wydychane powietrze z powrotem do płuc. Wiatr, który z ogromną siłą kołysał zawieszonymi nad ulicą latarniami. Niewątpliwie nielekkie lampy były dla niego niczym papierowe lampiony podwieszone na sznurkach. Żółte plamy światła rzucanego przez latarnie przesuwały się po ulicy, sprawiając, że cienie wokół zaczynały poruszać się w niezrozumiałym, tajemniczym i dzikim tańcu. Do wtóru grał im szum wiatru zmieszany z przejmującym skrzypieniem wydawanym przez kable i kołyszące się lampy… Gdy wreszcie wyszłam na główną ulicę poczułam nagłą ulgę i mimochodem zwolniłam kroku, choć przecież tak naprawdę - nie było czego się bać.

Bezpiecznie wróciłam do domu.

Zdjęcie z wakacji


19 września 2018, środa
pięćdziesiąt pięć minut na pierwszą po południu

Późno-letnie słońce przygrzewało przyjemnie. Rozsiadłam się na ławce w parku, patrząc na kołyszące się pod lekkim dotykiem wiatru sitowie. Muzyka płynąca ze słuchawek wypełniała mi umysł, a promienie ogrzewały mi twarz. Kitka spała w wózku, osłonięta od wiatru i nadmiaru słońca budką, za to ja mogłam się rozkoszować tą chwilą spokoju. Można byłoby rzec: Chwilo trwaj!
Chwilę jednak przerwał mi nieznajomy, który przyszedł od strony pobliskiej szachownicy, przy której co dziennie widuję starszych panów - chciałoby się rzec - pochylonych nad kolejnymi meczami. Trudno jednak pochylać się nad miejskimi szachami, chyba tylko, by podnieść piony. W późniejszym czasie miasto postawiło zaraz obok wielkiej szachownicy kamienny stół i ławki, na którego blacie wmontowana jest mała szachownica. Dzięki temu panowie mogli rozgrywać więcej niż jeden mecz jednocześnie. Swoją drogą, to było bardzo budujące - widzieć ich przy szachach, a nie na przykład pod sklepem. Bo panowie, dość już posunięci w wieku, przesiadywali tam długie godziny i to właściwie co dziennie, jeśli była odpowiednia pogoda. Jako, że ja wędruję tamtędy równie regularnie, to widywaliśmy się bardzo często. Parokrotnie przyuważyłam, że panowie mieli ze sobą kartki - prawdopodobnie spisywali pozycje pionów i figur, gdy nadchodził czas powrotów do domu.

W każdym razie, tego dnia naszedł nas starszy pan, którego nigdy wcześniej - ani nigdy później już - nie widziałam. Nieznajomy był niewysoki, raczej nie wyższy ode mnie. Nosił się schludnie, ubrany w ciemne barwy, pomimo jasnego i ciepłego dnia. Białe, krótkie włosy błyszczały w promieniach słońca. Starszy pan uśmiechnął się do mnie uprzejmie, co jedynie potwierdziło moje pierwsze wrażenie, że mam do czynienia z miłym człowiekiem. Odpowiedziałam uśmiechem, wyjmując słuchawki z uszu. Przy drugim rzucie oka dostrzegłam, że mężczyzna niósł ze sobą torbę, taką jak na aparat fotograficzny.
- Przepraszam, że przeszkadzam... Czy zrobi mi pani zdjęcie? - zapytał, podchodząc bliżej. - Trzydzieści lat temu byłem ostatni raz w Szczecinku - dodał, słowem wyjaśnienia. - Poodwiedzałem starych znajomych, ale zajęci wszyscy i nie mam z kim chodzić po okolicy... Zrobiłem wiele zdjęć w mieście, ale chciałbym mieć też jakieś swoje, a dzisiaj wyjeżdżam - dodał. Chętnie przystałam na prośbę starszego pana i wykonałam dla niego parę ujęć na tle rozświetlonego sitowia. - Już dzisiaj będą wiele kilometrów stąd, bo pojadą ze mną do domu, do Wrocławia - powiedział, gdy zrobiłam zdjęcia.
- Trzydzieści lat... To wiele musiało się zmienić w Szczecinku - zagadnęłam mimochodem, oddając mu aparat. Sama widziałam jak co nieco zmieniło się w okolicy na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat, bo od tylu mniej więcej dość regularnie zaglądałam do rodzinnego miasta Lubego. Wiem jak zmieniły się Katowice odkąd z nich wyjechałam. A trzydzieści lat? To przecież tyle, co ja chodzę po tym świecie...
- O tak, bardzo dużo - przyznał starszy pan z uśmiechem. - ...ale na dobre. Bo we Wrocławiu, wie pani, to zmieniło się na gorsze, teraz to już nawet parki zabudowują. Jak zabudowywali pustki to było dobre, ale teraz... To tylko o kasę chodzi - westchnął ze smutkiem, pakując aparat do torby. W końcu pożegnał się ze mną i ruszył w dalszą drogę. Ja zaś zostałam, obracając w myślach jego ostatnie słowa, by móc zapamiętać to spotkanie jak najlepiej. Aż przypomniało mi się, że w sumie we Wrocławiu też już mnie nie było z dziesięć lat...

Podbój Śródmieścia

 22 października 2010, piątek.
Ćwierć na siódmą rano.

Miałam dzisiaj dzień wolny, jak co piątek w tym semestrze (i paru poprzednich). Jednak nie uchronił mnie ten fakt przed wstaniem o szóstej, dokładniej kwadrans po. Ostatni raz w tym roku musiałam pojechać do biura Archiwum, w którym odbywałam praktyki przez trzy tygodnie na przełomie września i października. Po co tam jechałam? Cóż, polubiłam panią A., jednak to nie jedyny i najważniejszy powód, dla którego ruszyłam się z łóżka o tej barbarzyńskiej porze. Musiałam odebrać Raport z odbytej praktyki zawodowej, który w późniejszym czasie muszę przedłożyć koordynatorowi praktyk na Uczelni. Nic wielkiego, ot świstek papieru. Ale odebrać trzeba, a nawet wypada.

Ranek był chłodny, zresztą nic nadzwyczajnego, ostatecznie październik ma się ku końcowi. Szczęśliwie jednak niebo było przepięknie błękitne, czy też turkusowe, a słońce przeświecało przez rude i żółte liście drzew ozłacając je swym blaskiem. Znów znalazłam się o kwadrans za wcześnie przed Starym Bankiem. Weszłam na dziedziniec przez nieduże drzwi, wycięte w jednym ze skrzydeł bramy, przymknąwszy je za sobą. Swoją drogą, strasznie dużo policyjnych wozów parkowało przed Starym Bankiem, chyba do Nowego przywieźli pieniądze.

Już wewnątrz budynku przysiadłam na oknie półpiętra i sięgnęłam po zbiór esejów Krzysztofa Karwata, zatytułowany: "Ten przeklęty Śląsk". Wypożyczyłam to ze dwa tygodnie temu, ale ponieważ nie wypożyczam książek pojedynczo tylko co najmniej parami, tak najpierw zapoznałam się bliżej z powieścią Doroty Terakowskiej, "Tam gdzie spadają Anioły", a później sięgnęłam po "Ostatnią Sagę", Marcina Mortki (szczęśliwie to nie jest pierwszy tom trylogii, Wikipedia kłamie). Tak więc, teraz przyszła kolej na "Ten przeklęty Śląsk", eseje pouczające, choć przerażające w swej treści. Przynajmniej na razie.

Z jednym z oryginałów Raportu opuściłam Stary Bank pięć minut po ósmej. Słońce wciąż obdarowywało blaskiem Katowice, choć niestety skąpiło już ciepła. Ruszyłam przed siebie z zamiarem zwojowania świata! No, może niecałego, ale przynajmniej tego kawałka, który można obejść piechotą bez potrzeby wsiadania w autobus. Teren do zawojowania więc obejmował, mniej więcej, wyłącznie Śródmieście, które czasem z rozpędu nazywam starówką - co jest oczywistą bzdurą. Katowice nie mają starówki. Katowice to nomen omen Śródmieście, cała reszta została do Katowic dokooptowana (ostatni raz miasto powiększyło się w 1975, a Giszowiec przyłączono w 1960 razem z miastem Szopienice). Zresztą, same Katowice są późniejsze od niektórych katowickich dzielnic. Trochę zabawne to mi się wydaje, wyobraźcie sobie, że w tym miejscu nie ma miasta Katowice, tylko Dąb? Albo Bogucice?

W każdym razie, z powodu posiadania nadmiernej ilości wolnego czasu, przeszłam się lekkim krokiem do stalowo-szklanego wieżowca, w którym mieści się Hotel. Centrum handlowe, gdzie praktycznie wszystkie sklepy są jeszcze pozamykane wydaje się takie ciche i przyjazne. A przynajmniej dla mnie. W tle zaś płynęła z głośników muzyka pop. Postanowiłam pozwiedzać, nacieszyć się ciepłem panującym w budynku i tym niezwykłym spokojem, gdzie wszystko zdaje się jeszcze spać. Wjechałam schodami na pierwsze piętro, gdzie wpadłam na genialny pomysł, że pojadę wyżej jeszcze, żeby sprawdzić, co grają w kinie tam się znajdującym. Zupełnie z głowy mi wypadło, że pracuje tam moja kumpela z grupy.

Na drugie piętro jednak musiałam wejść po ruchomych schodach, ponieważ wbrew swej nazwie były nieruchome. Fakt ten przyjęłam z pewnym rozbawieniem, przypominając sobie równie martwe schody ruchome na katowickim dworcu. Jestem pewna, że kiedyś widziałam jak działają, ale chyba nie miałam wówczas więcej niż pięć lat.
- No, nie mam pytań! - przywitał mnie okrzyk koleżanki, która wyprostowała się za półokrągłą ladą, gdzie umieszczono kasy. Również ucieszyłam się na widok kumpeli. Spędziłam z nią około pół godziny, nie chcąc dłużej przeszkadzać w pracy. Choć szczęśliwie przez te parędziesiąt minut nie miała wiele roboty, więc mogłyśmy spokojnie porozmawiać, o życiu, kosmosie, a przy okazji i o filmach.
- Widziałaś film - Dorian Gray? - pytam, przeglądając ulotki rozłożone na kontuarze. - To na podstawie książki jest, tak?
- Tak. Całkiem ciekawe, polecam.
- Hm... Może najpierw książkę przeczytam? - myślę na głos.
- No, jeśli nie czytałaś, to koniecznie musisz. I przeczytaj ją przed obejrzeniem filmu. Ale ten też zapowiada się ciekawie - mówi, podając mi ulotkę z filmu "Pozwól mi wejść". Nie przepadam za horrorami, więc jeszcze nie wiem, czy się wybiorę. Ale kto wie? Może, ewentualnie?
Z czystej ciekawości zaglądałam, co też kryje się po drugiej stronie kontuaru. Przyuważyłam parę interesujących rzeczy, masę ulotek, telefon stacjonarny...
- A kuszy tam nie masz? - zapytałam. - Na niespokojnych klientów? Wiesz, jak w tych średniowiecznych karczmach. Albo tych w fantastyce.
- Nie, nie mam. Choć to kuszący pomysł...
- Albo wiesz, zamiast kuszy to może takie coś do strzelania zszywkami? - zasugerowałam ze śmiechem. - Jakby się ktoś miał awanturować...
- To wtedy wzywam ochronę - stwierdziła. No tak, ochrona, prawie jak kusza - tylko pewno trudniej schować ich pod ladą.

W końcu jednak postanowiłam ruszyć na dalszy podbój Śródmieścia. Po drodze, przy alei Wojciecha Korfantego, zaopatrzyłam się w prowiant. Ostatecznie lepiej iść na wszelkie boje z pełnym żołądkiem. Jest tam jedna taka przyjemna piekarnia, bardzo tanio nie mają - to fakt, chociaż ceny są porównywalne z cenami wypieków dostępnych w centrach innych miast w Polsce. Ale za to dobre kołoczki sprzedają, choć odruchowo poprosiłam o drożdżówkę, zamiast zapytać jak człowiek - z czym mocie te kołoczki?

Po wyjściu z piekarni, miarowo stukając obcasami o trotuar, ruszyłam raźnym krokiem w kierunku Rynku. Następnie weszłam w ulicę świętego Jana i, idąc w dół, minęłam odnowiony parę lat temu kinoteatr "Rialto", na dłużej zawieszając wzrok na płaskorzeźbie, przedstawiającej rozpędzoną kwadrygę. Ale ostatecznie skręciłam w lewo, by przeciąć trójpasmową ulicę jednokierunkową - Dworcową, tę przez którą niegdyś moja przyjaciółka przeszła z zamkniętymi oczami. Ze strachu.

Weszłam w ulicę Plebiscytową, której remont kiedyś przyuważyłam. Efekt jest zadowalający. Teraz jest to ocieniona z obu stron ciągiem kamienic, jednokierunkowa uliczka, wąska dość ale z wygodnymi, wybrukowanymi kostką chodnikami oraz z rozlokowanymi na nich po obu stronach ulicy ławeczkami. Przydatne bardzo, zwłaszcza, gdy się człowiekowi nagle robi słabo.

Minęłam remontowaną kamienicę a przed sobą usłyszałam tłuczone szkło. Zastanawiam się kto jesienne porządki przeprowadza poprzez dewastację?, kiedy wreszcie zobaczyłam kilku robotników wybijających witryny na parterze jednej z narożnych kamienic. Ot, kolejny remont. Podniosłam wzrok ku górze. Tam, gdzie Plebiscytowa krzyżuje się z Powstańców, w pełni porannego, październikowego słońca, na tle przejrzystego nieba pyszniła się ciemna kopuła z wysoką iglicą, znajdująca się na jednym ze skrzydeł Pałacu Biskupiego.

W końcu dotarłam do skrzyżowania, na zalaną słońcem Powstańców. Po prawej znajduje się plac, naprzeciwko którego stoi ogromna Archikatedra. Świątynia niemal całkiem zasłania znajdujący się za nią Pałac, który w przeciwieństwie do niej ma ciemną elewację. Przeszłam na drugą stronę ulicy, gdyż miałam zamiar skręcić w jedną z przecznic, odchodzących na prawo od głównej ulicy. Wolnym krokiem szłam więc w dół ulicy Powstańców, po lewej mijając długi i cieszący oko budynek, w którym siedzibę ma Kompania Węglowa. Jeden z wielu cudów katowickiego modernizmu!

Mijam kolejne przecznice. Sienkiewicza, Lompy, Rybnicka! Mam cię! Skręciłam w ulicę wciąż wypełnioną zielenią i imponującymi wierzbami, rosnącymi przed niewysokimi, ale za to długimi i interesującymi budynkami. Zresztą ciemne domy wydawały się niknąć wśród drzew i krzewów rosnących w przed domowych ogródkach. W końcu dotarłam do niewielkiego i niepozornego dość budyneczku, tak różnego od tych, które mijałam do tej pory. Widać, że zbudowano go w innym czasie, gdyż dalej znajduje się już osiedle bloków. Jestem na miejscu. Cóż się tam mieści? Ot, biblioteka. Miejska Biblioteka Publiczna w Katowicach, Filia nr 30 z oddziałami literatury fantastyczno-naukowej.

Ciekawiej niż w domu

 22 listopada 2010, poniedziałek
trzy ćwierci na piątą po południu.

Dziś mijał termin zwrotu książek z MBP, filia nr 30 z oddziałami literatury fantastyczno-naukowej. Chcąc nie chcąc, ale bardziej chcąc niż nie chcąc, poszłam spacerowym krokiem ku południowej części Śródmieścia. Lubię tę część miasta. Brukowane ulice i chodniki, co rusz odnawiane kamienice i monumentalne budowle modernistyczne z międzywojnia. Miejsce pełne magii.
Przechodziłam nieopodal gmachu Sejmu Śląskiego, pardon – Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego. Nieodmiennie zachwycam się jego klasycystycznym kształtem, rozmachem i dostojeństwem. A kiedy przypomnę sobie, że miałam zaszczyt gościć w progach tego zacnego budynku, to na samo wspomnienie robi mi się miło. Zwłaszcza, że miałam przyjemność zasiadania przez pewien czas w Marmurowej Sali, tej właśnie na której wzorowano salę Sejmu RP. Później zaś, gdy opuszczałam już gościnne mury Sejmu Śląskiego, nie odpuściłam sobie tej przyjemności i zamiast wymknąć się cichaczem, zeszłam po marmurowych schodach pokrytych czerwonym kobiercem i wyszłam głównymi drzwiami. Niezapomniane przeżycie. Przez ułamek sekundy poczułam się niczym Bardzo Ważna Osoba.

Wrócę jednak ze słonecznych wspomnień do listopada zroszonego chłodną mżawką. Weszłam w ulicę Rybnicką, nie poświęciwszy tym razem wielkiej uwagi budynkom po obu jej stronach. Akurat byłam zajęta rozmową telefoniczną, ale to taki tam wtręt na marginesie. W każdym razie, już po chwili wspinałam się po schodach w budynku bibliotecznym. Za kontuarem nie było żadnej z bibliotekarek, więc raźnym krokiem weszłam między regały.

Nie macie pojęcia jakim dla mnie zaskoczeniem było, kiedy dowiedziałam się, że niektóre z bibliotek nie przewidują takiej możliwości, jak wyżej opisana. Osobiście nie wyobrażam sobie, jak niby miałabym korzystać z księgozbioru nie mogąc nawet obejrzeć zgromadzonego na półkach zasobu?* Mówią, żeby nie oceniać książek po okładkach, ale w bibliotece, gdzie nawet okładki nie jest mi dane obejrzeć, po czym mam poznać, że książka mnie zainteresuje? Po opisie bibliograficznym na karcie w katalogu?! Oburzające. Mogę się póki co cieszyć, że te filie MBP, do których jestem zapisana nie mają zakazu buszowania między regałami. To byłoby naprawdę przykre.

*Co prawda zasób to mają archiwa, zaś biblioteki zbiory, ale chyba zostanie mi to wybaczone?

Ponieważ już dwukrotnie byłam w bibliotece nr 30. i miałam okazję poznać rozkład działów, tak też doskonale wiedziałam, gdzie stoją regały z fantastyką. Bardzo dużo regałów z jeszcze większą ilością fantastyki. Poza mną, wśród półek, przechadzały się cztery dziewczyny, które po krótkim rzucie oka oceniłabym na przełom podstawówki i gimnazjum, ewentualnie bardziej gimnazjum niż podstawówka. Raczej nie wyżej. Zachowywały się dość głośno, co początkowo mnie irytowało, ale w końcu to nie czytelnia. Przymknęłam na to oko. Za to muszę przyznać, że nie dało się ich nie słuchać. Kiedy rozglądałam się po półkach, dochodziły do mnie strzępki ich rozmów:

- O! ... Rybnicka, mieszkam na Rybnickiej! To o mnie!
- Zobacz - „Inni”.
- To o nas! Jesteśmy inne!

Chwilę później:
- Kto napisał Krzyżaków?
- Sienkiewicz, Henryk.
- Mam ich!
- W miękkiej okładce?
- Nie.
- To nie chcę.

Nagle odezwał się telefon jednej z dziewcząt:
- Cześć, mamo. Jestem w bibliotece z... (tu padły imiona).
- Mnie nie wymieniaj! – mówi jedna z wymienionych. – Jestem tu incognito.
- ...Nie chcę jeszcze wracać do domu ...W bibliotece jest ciekawiej niż w domu. Dobrze. Z przykrością muszę stwierdzić, że mam tylko trzydzieści złotych. – Po chwili rozmowa telefoniczna dobiegła końca, a dziewczyna zwróciła się do koleżanek z tekstem: – Moja mama mówi tak cicho, że musiałam przełączyć na głośno mówiący!

Później dziewczęta usiadły na podłodze między regałami i każda zaczęła czytać książkę, którą miała w ręku. Któraś z nich, wnioskując z tego, co czytała, jednak wzięła "Krzyżaków". W każdym razie – czytały na głos. Sądzę, że sobie przeszkadzały, a z drugiej strony żadna nie chciała ustąpić, więc może jednak dobrze się bawiły przy okazji.

Ostatecznie, trochę niechętnie – bo cóż jeszcze ciekawego mogłabym się dowiedzieć zostając dłużej w owej bibliotece (w której rzeczywiście wydawało się, że jest ciekawiej niż w domu) – poszłam z wybranymi książkami do kontuaru, za którym stały aż dwie bibliotekarki. Wcześniej nie było żadnej.
- Wie pani, że to jest drugi tom? – zapytała jedna z nich, odbierając ode mnie „Niech żyje Polska! Hura!”.
- Tak, ale czytałam pierwszy – odpowiedziałam, nie informując kobiety przy okazji, że to chyba i tak nie ma znaczenia skoro to zbiór opowiadań. – Czy tutaj można przedłużać termin zwrotu?
- Ależ naturalnie, lubimy przedłużać! – Bibliotekarka uśmiechnęła się, zapewne nie rozumiejąc skąd u mnie tak dziwaczne pytanie. Cóż, w mojej macierzystej bibliotece (że się tak wyrażę) bywają książki, których terminu zwrotu się nie przedłuża, zwykle są to najbardziej poczytne lektury. Ale cieszę się, że na Rybnickiej tego nie praktykują, dzięki temu mogę mieć w domu opowiadania Teda Chianga przez kolejny miesiąc.

Zachwyt

Dla jedynego

Zachodzące słońce rozpromienia dachy mijanych kamienic. Posypane sadzą mury nabierają jaśniejszych barw. Obserwuję je z zachwytem, czuję, że drzemie w nich duch, którego nie potrafię ogarnąć ułomnymi zmysłami. Pulsują życiem, choć wydają się być tak surowe. Trwają. I za to należy im się podziw. Mimo przeciwności losu, mimo odpadającego tynku, mimo odrapanych okiennych ram, mimo uszkodzonych cegieł. Trwają, chroniąc swych lokatorów. Surowe z zewnątrz, ale tak naprawdę niesamowicie opiekuńcze. Niczym rodzic.

A tuż obok stoi dopiero, co odnowiona czynszówka, zachwyca czystym kolorem ścian i zdobieniami. Spójrz, po jednej ze ścian pną się kamienne kwiaty. A tam, widzisz? Twarz o nieodgadnionym wejrzeniu. Jak wiele widziały te niewzruszone oczy? Jak często wiał w nie wiatr? A tutaj, Atlas na swych barkach wspiera balkon cały. Na pewno go nie upuści, możesz być o to spokojny.

Nie wiem, jak to się dzieje, że zachwycasz mnie co dzień. Za każdym razem znajduję w Tobie coś nowego, niezwykłego. Nie przestajesz mnie intrygować. Widzę w Tobie piękno, które nie wiedzieć czemu tak wielu umyka. Dlaczego otwierasz się właśnie przede mną? Nie wiem, ale jestem Ci dozgonnie wdzięczna, że uśmiechasz się do mnie odkąd Cię znam. Wiesz, że Cię ubóstwiam? Rozumiem, że bywasz zazdrosne o inne. Nie musisz się martwić, nawet jeśli inne mi się podobają, to Ty jesteś i będziesz na pierwszym miejscu. Już na zawsze. Może w przyszłości zamieszkam, gdzieś daleko od Ciebie, ale wiem, że będziesz blisko mojego serca. W końcu urodziłam się w Tobie, wychowałeś mnie, ukształtowałeś i rozkochałeś w sobie.
Dobrze, że jesteście, moje ukochane Katowice.

- 1:00, 26 marca 2010.