Kartki chronologicznie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty

Wycieczka na Biegun

6 grudnia 2013, piątek.
trzy ćwierci na piątą wieczór.


Orkan Ksawery. Interesujące, że w Stanach Zjednoczonych nazwy huraganów pochodzą od żeńskich imion. W Europie zaś wielki szkwał dostał imię męskie. Mniejsza jednak o to, kto jak nazywa naturalne zjawiska atmosferyczne. Tuż po czwartej wyszłam z pracy wprost na silne podmuchy wiatru. Opatuliłam się szczelnie płaszczem, chowając się za obszernym kołnierzem, który postawiony na sztorc chronił szyję i twarz. Niewiele widziałam, niczym rycerz z zamkniętą przyłbicą. Nic to jednak, w taką pogodę człowiek i tak nie ma zamiaru podziwiać krajobrazów. Ma inne zmartwienia na głowie. Od przystanku autobusowego dzielił mnie niecały kilometr. Udało mi się go przebyć bez większych problemów, ponieważ połowa drogi prowadzi przy ulicy z obu stron osłoniętej przez niewielki lasek, który skutecznie przeszkadzał silnym podmuchom w ewentualnym zwianiu mnie z chodnika.

Choć skupiałam się przede wszystkim na tym, aby iść, zauważyłam jednak rzecz, która poważnie mnie zaniepokoiła. Idąc na przystanek mijałam sznur samochodów, stojących w korku. Jasne, o tej porze zawsze jest korek – pracownicy biur i wyższych stanowisk okolicznych fabryk, czy też zakładów produkcyjnych, jak się to ładnie określa – wracają hurmem do domów. A ulic w tej okolicy jest dość ograniczona ilość (do dwóch głównych, które krzyżują się niecały kilometr od miejsca, gdzie pracuję). Jednak niepokoił mnie fakt iż wszystkie auta stały. Owszem, korki mają to do siebie, że samochody wleką się z prędkością kulawego ślimaka, ale te tutaj – uparcie stały. Nie wróżyło to niczego dobrego. Mimo to parłam przed siebie, bo nic innego nie miałam do wyboru.

Wreszcie dotarłam na przystanek. Przy wiacie stała para młodych osób, która starała się przy jej użyciu, ochronić się przed wiatrem. Niewiele to dawało. Wiatr wiał z różną siłą, atakując mnie śniegiem i zimnem. Samochody na drodze w kierunku Wrzeszcza stały. A lewy pas był zupełnie pusty. Minęła chwila. Potem dwie. Minut pięć, wreszcie dziesięć. Zadzwoniłam do Lubego, żeby się z nim pożegnać i oznajmić melodramatycznym tonem: 
"Idę, mój ukochany, w nieznane, w ciemny las, w wiatr i szkwał, w zaspy po kolana! Och, żegnaj, mój drogi, bo nie wiem, czy uda mi się do domu dotrzeć".

Tak, po dziesięciu minutach bezsensownego stania na przystanku, na który – jak podpowiadała moja kobieca intuicja z domieszką prekognicji – i tak nic nie zawita przez najbliższy czas a może i godzinę; ruszyłam poboczem ku nowej przygodzie. Nie przeszłam nawet dwustu metrów, kiedy natknęłam się na autobus. Zapukałam do drzwi. Kierowca rozmawiał przez telefon akurat i nie usłyszał. Zapukałam ponownie, nieco głośniej. Otworzył drzwi. Zadowolona z siebie, wsiadłam i rozsiadłam się. Pochwaliłam się Lubemu, że jeszcze żyję. Wyciągnęłam książkę i pogrążyłam się w lekturze. Jednak nie na długo. Cały czas staliśmy. A nie! Przepraszam, autobus przejechał w ciągu dziesięciu minut jakieś… dwa metry? W międzyczasie ze dwa razy przejechał lewym pasem radiowóz – w tę i nazad. Choć nie na sygnale, to jednak kogut był włączony. Niezbyt to dobra wróżba. Pozostali pasażerowie zaczęli dywagować – co się właściwie dzieje? Ktoś rzucił, że pewnie gdzieś tam dalej zdarzył się wypadek i droga musi być nieprzejezdna. Wypadek. W tych warunkach to w zasadzie nic nadzwyczajnego, ale wiem, co to oznacza… Swego czasu ze znajomymi się ratowaliśmy przed staniem w korku (też w autobusie; również gdzieś dalej był wypadek), wysiadając zeń i wracając do domu na piechotę. Tylko, że wówczas był to początek czerwca, było ciepło – wręcz upalnie, szłam całą grupą i do tego na przełaj, przez las, w środku dnia. Teraz sytuacja wyglądała nieco gorzej… Tak, czy siak, wysiadłam z drugą falą osób, która zdecydowała, że w zasadzie wolą iść piechotą do skrzyżowania z ważniejszą ulicą, gdzie prawdopodobnie samochody jeżdżą normalnie.

I w ten sposób poznałam, jak mniej więcej, mogą się czuć polarnicy. Dopóki po obu stronach drogi osłaniał mnie las, było w porządku. Nawet widać było asfalt na lewym pasie. Parędziesiąt metrów dalej minęłam kolejny autobus. Z ciekawości spojrzałam do wewnątrz. Niewiele osób siedziało w środku, najwyraźniej reszta pasażerów zrobiła to, co i ja. Po prostu ruszyła dalej. 

Mniej miło zrobiło się, gdy wyszłam na otwartą przestrzeń, gdzie wiatr hulał w najlepsze i nawiewał całe hałdy śniegu na ulicę i auta. Pusty pas był biały, a samochody z ich lewej strony oblepiał śnieg. Minęłam kolejny autobus. Musiał tam stać już dość długo, bo cały bok i okna były zasłonięte nawianym śniegiem. Nawet nie byłabym w stanie zobaczyć, czy ktoś jeszcze tam został – poza kierowcą. Kawałek dalej dotarłam do przyczyny zatoru. Rzeczywiście miał miejsce wypadek. Wiatr, który chłostał mnie po twarzy drobinami śniegu, nie pozwolił przyjrzeć się dokładniej, co właściwie zaszło. Prawdopodobnie była to jakaś niegroźna stłuczka. Laweta, na którą już załadowano samochód, miała problem żeby wyjechać z zaspy. A mnie się nie udało uniknąć owej, gdy mijałam lawetę, i wdepnęłam w śnieg, mocząc spodnie aż do kolan.

Chwilami, kuląc się w sobie i próbując ukryć za kołnierzem płaszcza, miałam wrażenie, że czy miałabym na sobie kufajkę, czy letnią sukienkę to różnica byłaby niewielka. Wiatr był tak silny, a niesiony przez niego chłód tak przenikliwy, że czułam jak bez trudu omija cztery warstwy ubrań i dociera aż do gołej skóry. Wreszcie, po jakichś dwudziestu minutach przebijania się pod górkę, stawianiu oporu podmuchom, które nieustannie próbowały mnie zbić z nóg, albo rzucić na sznur stojących po lewej samochodów, dotarłam na przystanek przy głównej ulicy. Tak jak przewidziałam i inni, którzy wysiedli z owego autobusu, auta jeździły. Ale tylko w kierunku Wrzeszcza. Drugi pas stał, zakorkowany. Kilka minut minęło, nim podjechał autobus, jadący z Lotniska. Nic to jednak. Najważniejsze, że przyjechał.

Usiadłam obok pary, która wracała z lotniska, zapewne odwołano ich lot. Nic dziwnego. Nieopodal stała inna para. Prawdopodobnie pracownicy lotniska, którzy rozmawiali z mężczyzną, którego lot również został odwołany. Mimochodem słuchałam rozmów, nie chcąc skupiać się na zimnych dreszczach, które co jakiś czas przebiegały mi wzdłuż kręgosłupa. Sięgnęłam po chusteczkę higieniczną, miałam ją w kieszeni płaszcza. Z lekkim zaskoczeniem i rozbawieniem odkryłam, że wiatr nawiał mi śnieg do kieszeni. A namoknięta chusteczka do niczego się już nie nadawała.

- Skasuje mi pani bilet? – usłyszałam męski głos, który zwrócił się do pracownicy lotniska.
- Oczywiście – kobieta odebrała bilet od pytającego.
- Złoty pięćdziesiąt! – rzucił mężczyzna, z którym do tej pory rozmawiała.
- Ach, to by dopiero było! Kasować ludzi za kasowanie biletów – zaśmiał się jej kolega z pracy.
 (...)
- A jutro do pracy na szóstą – przypomniał koleżance.
- Ani mi nie mów! – odparła.

Dojeżdżaliśmy do ronda, gdzie dwie duże ulice się krzyżowały. Dziewczyna wyjęła komórkę i zadzwoniła do kumpeli:
– Hej! Przechowałabyś mnie przez noc? … Właśnie z pracy wracam, a jutro mam na szóstą i boję się, że nie dotrę. … Jestem wykończona, wracam już prawie dwie i pół godziny. … Nie, jestem najedzona. Spędziłam po pracy ponad pół godziny na lotnisku jeszcze, zjadłam obiad. To jak, mogę do ciebie wpaść? ... Super! Zaraz będę.
Pożegnała się z dwójką mężczyzn i wysiadła na najbliższym przystanku.

*

Mnie powrót do domu zajął jedynie dwie godziny. 
A doświadczenia quasi-polarnika? Bezcenne.


Między nami mówiąc

8 maja 2013, środa
dwie ćwierci na szóstą wieczór.
 
Po pracy postanowiliśmy z Lubym spotkać się na Wrzeszczu. Dawno nie mieliśmy takiego spokojnego wyjścia na obiad, gdzieś poza domem, a że i sposobność się znalazła i pogoda dopisywała, więc nic nie stało na przeszkodzie. We Wrzeszczu mamy upatrzone, nieduże bistro. Nie mogę wciąż wyjść z podziwu, co do jego wystroju. Można by rzec, że jest nieco kiczowaty. Rzucające się w oczy, jaskrawe kolory - zielenie, żółcie, czerwienie i róże; sztuczne kwiaty na stolikach i plastikowe, przeźroczyste krzesła. Z drugiej strony, nie chodzi bynajmniej o to, że wystrój mi się nie podoba; po prostu jest tak dziecinnie radosny, wiosenny nawet w środku zimy. Tak różny od tego, co zwykle widuję - stonowane kolory, ascetyczne wystroje lub wręcz przeciwnie: tak wiele nagromadzonych drobiazgów, że nie wiadomo na czym zawiesić oko. W każdym razie jest to jedno z naszych ulubionych miejsc, gdzie można smacznie zjeść i nie przepłacić. Poza tym mają bardzo dobre kompoty.

Usiadłam przy jednym z wolnych stolików w zaaranżowanym ogródku przed bistrem. Na stole stała donica z żółtymi kwiatami (żywymi, a nie sztucznymi) oraz fikuśna, żółta latarenka z podgrzewaczem. Widać było, że dopiero co uzupełniono latarenkę, ponieważ świeczka miała knot pokryty woskiem. Miło byłoby ją zapalić, ale przydałyby się zapałki - pomyślałam. 
Chciałam wprowadzić trochę romantycznego nastroju - pomimo tego, że przecież o tej porze roku wciąż jest zupełnie jasno. W każdym razie, zanim Luby zdążył wrócić do stolika - składał zamówienie wewnątrz lokalu - rozejrzałam się wokół; niemal od razu dostrzegłam czerwony kartonik leżący dokładnie pod naszym stołem. Czyżby...? - pomyślałam, czując lekką ekscytację. Czym prędzej schyliłam się... i rzeczywiście: podniosłam niewielką paczkę zapałek. Czasem nawet niewypowiedziane czary się udają.

Mniejsza jednak o wyczarowane z powietrza i zupełnym mimochodem zapałki. Kiedy spożywaliśmy spokojnie obiad, rozmawiając jak zwykle o RPG - dyskutując nad ostatnią sesją Ars Magica, nadchodzącą sesją Warhammer'a oraz kolejną sesją Maga: Wstąpienie - do parkanu podszedł około dziesięcioletni chłopiec z nieco umorusaną twarzą i rozwichrzoną fryzurą. Ubrany był w przybrudzoną, pasiastą koszulkę i krótkie spodenki. W jasnych oczach i szczerbatym uśmiechu krył się prawdziwy zawadiaka. Idąc tropem RPG, aż chciałoby się rzec: młody łotrzyk.
- Smacznego! - zawołał jeszcze z dala, wołając do mężczyzny, który samotnie siedział przy stole najbliżej kamienicy, w której znajduje się bistro. Jak później, opuszczając już ogródek, obejrzałam się na niego - oceniłabym pana na jakieś czterdzieści lat.
- Dziękuję.
- Jak słychać?! - zawołał radośnie chłopiec.
- Co ty do mnie mówisz? - zdziwił się mężczyzna, być może nie usłyszawszy pytania; lub nie rozumiejąc takiej konstrukcji. Chłopak obszedł ogrodzenie od zewnątrz i zbliżył się do stolika, przy którym siedział mężczyzna.
- Jak słychać? - powtórzył.
- Nie wiem, co ci na to odpowiedzieć - przyznał mężczyzna. - Chcesz kasy? - zapytał prosto z mostu.
- Tak.
- Ile? - Co prawda odpowiedź chłopca do nas nie dotarła, ale po chwili usłyszeliśmy zaskoczone: - …Stówę!? Popierdoliło cię?
- Na buty zbieram - odparł chłopiec, ale bardzo szybko zmniejszył stawkę. - Dwanaście pięćdziesiąt.
- Jak na fajki, to ci dam - stwierdził mężczyzna.
- Na fajki to nie chcę.
- A na piwo?
- Też nie.
- To ci nie dam! - Na taką odpowiedź, chłopiec natychmiast zmienił zdanie:
- No to na fajki.
- Dam ci dwa złote.
- Daj dwanaście pięćdziesiąt, będziesz moim najlepszym kolegą! - starał się go przekonać chłopiec.
- Nie chcę być twoim najlepszym kolegą, bo zdrajca jesteś! - padło kategoryczne stwierdzenie ze strony mężczyzny. Ostatecznie dodał jeszcze. - Masz tu dwa złote i sobie radź!
Następnie zapewne doszło do  tego, że chłopiec otrzymał od mężczyzny owe wycyganione przezeń dwa złote. Po czym - jak przypuszczam, pożegnał się z nim i odszedł. Kiedy opuszczaliśmy ogródek przed bistro, nie widziałam nigdzie chłopca. To niewątpliwie była jedna z tych co bardziej niezwykłych rozmów, jakich byłam świadkiem. Luby stwierdził, że ciągnie się za nami Paradoks, skoro przydarzają się nam takie rzeczy... Między nami mówiąc, przypuszczam, że to przez te zapałki.

Niemożność

17 lutego 2013, niedziela
około drugiej po południu.


Jak mówi jedna z ważniejszych zasad RPG – nigdy nie rozdzielaj drużyny, bo niechybnie ktoś zginie! Mimo to – zaryzykowaliśmy.

Wracając z Zamku Królewskiego, rozdzieliśmy się kawałek przed miejscem, gdzie mieszkają Siostry, na których zaproszenie przybyliśmy do stolicy. Młodsza z sióstr, kolega oraz Luby wysiedli przystanek wcześniej, aby zrobić niezbędne zakupy, zaś starsza siostra i ja wysiadłyśmy pod domem, aby zacząć przygotowania do obiadu. Tego dnia mieliśmy w planach jeszcze zwiedzić Muzeum Powstania Warszawskiego, więc wszystko należało odpowiednio zgrać w czasie, aby nam go nie zabrakło.

Zginąć, na szczęście, nikt nie zginął. Jednak ze starszą z Sióstr miałyśmy dość nieoczekiwane spotkanie.

Tuż po tym, jak przeszłyśmy przez ulicę i już, już kierowałyśmy się do bramy kamienicy, w której mieszkają Siostry… zaczepił nas mężczyzna pod okularami, który swe pięćdziesiąte urodziny obchodził, co najmniej dziesięć lat temu. Nieznajomy ubrany był w brązowy, prosty płaszcz do kolan. Spod futrzanej czapki-uszanki wystawały białe włosy. Starszy pan miał niewyróżniającą się niczym powierzchowność. Wydawał się nawet całkiem sympatyczny.

- Przepraszam, panie studiują, więc na pewno będą panie wiedzieć! – zaczepił nas w te słowa. Wymieniłam zaskoczone spojrzenie z koleżanką, która tak jak i ja, zatrzymała się w pół kroku. Zupełnie nie mogłam zrozumieć, skąd w głosie nieznajomego brzmiała taka pewność, że jesteśmy studentkami. Czy to po prostu był komplement? 
Mężczyzna, niezrażony naszym zdziwieniem, kontynuował: 
– Chodzi mi to po głowie od dłuższego czasu, ale nie mogę sobie przypomnieć… jak nazywa się ta prowincja, którą Anglicy oddali Chinom? To było jakoś w ciągu ostatnich dziesięciu lat – powiedział, starszy pan. Z rodzącą się paniką, próbowałam sobie przypomnieć wszystko, czego na studiach dowiedziałam się o historii Chin, zwłaszcza tej najnowszej. Jednak nie kojarzyłam, żeby w ostatnim czasie ich powierzchnia się powiększyła. 
- Szanghaj? Hongkong? – zasugerowałam, choć tylko to drugie miasto było oddane Anglikom na „wieczną dzierżawę” i rzeczywiście pod chińską jurysdykcję powróciło z końcem lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Później przypomniał mi się jeszcze Makau, jednak to miasto podlegało Portugalczykom, zanim wróciło do Chin w 1999.
Starszy pan jednak machnął lekceważąco ręką na moją odpowiedź: 
- Nie, nie! – pokręcił głową energicznie. – To nie, to! Chodzi o terytorium… prowincję. W ciągu ostatnich dziesięciu lat… mam to w głowie, ale nie mogę sobie przypomnieć – tłumaczył nieznajomy, coraz bardziej zirytowany tą niemożnością.


Niestety, również nie mogłam sobie przypomnieć, żeby Chiny cokolwiek odzyskiwały w tym wieku. Ostatecznie przeprosiłyśmy pana za niemożliwość udzielenia pomocy w tym temacie. Zostawiłyśmy za sobą biednego, starszego człowieka z jego problemem, same zaś poszłyśmy do domu szykować obiad.

Koniec Świata przy winie

24 lutego 2013, niedziela,
ćwierć na siódmą wieczór.


Kilka tygodni temu w skrzynce pocztowej znalazłam niezaadresowaną, zaklejoną kopertę. "Kolejna reklama?" – pomyślałam zdegustowana, wchodząc do mieszkania. Po zdjęciu okrycia i butów oraz rzuceniu kluczy na stół, rozerwałam kopertę, aby zobaczyć co też tym razem licho przyniosło. Wbrew początkowemu przeświadczeniu, wewnątrz znajdował się list… o tyle niezwykły, że pochodził od Świadka Jehowy. Na kartce w kratkę, wyciętej z zeszytu o formacie A4, pewna Krystyna napisała do nas list. Ręcznie. Bardzo starannym, schludnym pismem; niestety nie uchroniła się przed paroma błędami ortograficznymi. Z moim skrzywieniem pod tym względem, oczywiście pierwsze co, to właśnie one rzuciły mi się w oczy podczas czytania. W każdym razie w liście pani Krystyna poruszyła, chodliwy odkąd sięgam pamięcią, temat końca świata. Pani Krystyna zaznaczyła, że nie należy wierzyć w żaden z podawanych przez ludzi termin Dnia Zagłady, gdyż w Piśmie powiedziane zostało, iż żaden człowiek nie będzie znał dnia, ni godziny.

Siedząc przy lampce wina z przyjacielem, zaczęliśmy się zagłębiać w treść listu. Ze szczególną uwagą pochyliliśmy się nad kwestią daty końca świata i tego, że żadna z głoszonych przez człowieka, nigdy nie będzie tą właściwą. Więc… gdyby tak każdy kolejny dzień ogłaszać właśnie tym, w którym skończy się świat? Wówczas koniec nigdy nie mógłby nadejść, ponieważ człowiek nie zna dnia, ani godziny, czyż nie? To, zdaje się, byłby najprostszy sposób na uniknięcie zagłady… Luby wesoło podsumował nasze rozmyślania:
- W ten sposób można by strollować Boga!
- Można trollować różne byty – przyznał nasz przyjaciel ostrożnie, zupełnie nie podzielając entuzjazmu Lubego. - Ale trollowanie Boga…? Myślę, że to dość ryzykowne – zauważył trzeźwo, ostatecznie zamykając dyskusję na temat końca świata i sposobu na jego obejście.

Walentyki wg RPGowców


6 lutego 2013, środa
dwadzieścia minut na siódmą wieczorem


- To gdzie zabierzesz mnie z okazji Walentynek? – mimochodem zapytał Luby, siadając obok mnie na kanapie. Spojrzałam na niego zaskoczona znad lektury. "Czyżby zapomniał?" – przemknęło mi przez myśl. Milczałam przez chwilę.
- Jak to gdzie? Będziemy polować na demony – powiedziałam wreszcie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.


Muzyka duszy

4 lutego 2013, poniedziałek
siódma wieczór 

- Słuchasz tak hipsterskiej muzyki, że nawet żaden hipster jej nigdy nie słyszał! – orzekł mój Luby, gdy z głośników laptopa popłynęła muzyka lat 50.tych.
Zupełnie nie jest dla mnie zrozumiałe, dlaczego tak uważa. Po pierwsze, nie ma w tym nic „hipsterskiego” – nie deklaruję wszem i wobec, jaka jestem wyjątkowa, ponieważ słucham innej muzyki niż wszyscy. Wcale też nie słucham innej niż wszyscy... Zresztą, czasem wydaje mi się, że łatwiej byłoby mi wymienić style muzyczne, których nie słucham, niż te, które słucham. Muzyka jest mową, o tyle prostszą, że bez słów. Nie potrzeba słowniczka, ani rozmówek, żeby rozumieć jeśli się w nią wsłuchać. Nawet jeśli piosenkarz śpiewa w języku, którego nie rozumiem, to sama melodia niesie dawkę emocji, które wpływają na mój stan. Swego czasu zasłuchiwałam się w twórczości Jacka Kaczmarskiego. Był idealny na każdą chandrę – wcale nie polepszał nastroju, absolutnie. Pogarszał sprawę do granic możliwości, ale natarczywie burzył krew i nie dawał spokoju. W końcu człowiek miał dość, wyłączał muzykę – i zabierał się za siebie.
19. lutego 2012, niedziela
ćwierć na dwunastą w nocy

Słuchanie Kaczmarskiego jest strasznie wciągające. Cały czas myślę o tym, żeby zmienić muzykę, posłuchać RMF Classic czy po prostu instrumentalnych utworów, ale nie... wciąż na tapecie jest twórczość Kaczmarskiego. Tak dawno go nie słuchałam, że teraz ciężko ucho oderwać od słuchawki. Albo i odwrotnie.

Zresztą, rozmawiałam akurat z kolegą o tym. Zapytałam, czy zna utwory Kaczmarskiego. Odparł, że a i owszem. Wymienił mi kilka ulubionych tytułów. Na to mu odparłam, że no - ja właśnie słucham Arki Noego. Na co kumpel zapytał:
- A co ma piernik do wiatraka?
Na szczęście zanim zdążyłam się zdziwić, o co mu chodzi, on zorientował się, że nie miałam na myśli dziecięcego zespołu, tylko utwór o tym tytule.

Podczas pisania pierwszego akapitu (bo powyższą wstawkę udało mi się wygrzebać spomiędzy kartek rękopisu z pękniętego wazonu, oczywiście) przez chwilę byłam w późnych latach 60.tych, razem z chłopakami z Led Zeppelin. Teraz w słuchawkach słyszę tak doskonale znane „Highway to hell”, AC-piorun-DC. Nie piszę tego, żeby cokolwiek udowodnić, bo po co? Równie dobrze mogłabym słuchać teraz 3. koncertu fletowego e-mol, Rondo, niejakiego Saverio Mercandante; albo któregoś z utworów Carrantouhill.  Swoją drogą, ostatnio zasłuchiwałam się w Archive; zwłaszcza w utworze „Bullets”, który został wykorzystany w zajawce do gry Cyberpunk; ale chyba bardziej zainteresowała mnie ichnia „Hatchet” i „Empty bottel”. Swoją drogą ten zespół ma tak różnorodne utwory, że aż czasem ciężko sobie wyobrazić, że tak niepodobne do siebie melodie mogą wychodzić od tych samych artystów. Ale przecież o to chodzi? Muzyka to język bez słów. Czasem doprowadza do stanów euforycznych, innym razem wycisza i pomaga zasnąć, a to znów dręczy i ryje w duszy głębokie, czarne korytarze, nie dając ani chwili spokoju.

15 listopada 2011 roku,
trzy kwadranse na czwartą po południu.


Jak małe duszki unoszą się pasma pary znad powierzchni kawy z mlekiem, tak z głośników laptopa płyną dźwięki Dream Theater.

- Czego ty słuchasz? - zapytał zaskoczony Luby, wchodząc do mieszkania.
- Dream Theater - odpowiedziałam, odwracając rybne paluszki, żeby z obu stron były równie dobrze wysmażone.
- Tego technicznego metalu? Od kiedy? – nie mógł wyjść ze zdziwienia.
- Hm... Chyba jeszcze się wtedy nie znaliśmy – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.
Zawsze człowiek dowiaduje się o drugim człowieku czegoś nowego. Z każdym dniem.
Zresztą, też później odkryłam, że Luby słuchał muzyki, której bym się po nim nie spodziewała.

To, żeby było już zupełnie chaotycznie… i by piękną klamrą zamknąć owe wynurzenia, które w zasadzie wzięły się absolutnie znikąd i zupełnie nie są do niczego potrzebne. Nie ograniczajmy się!
Swing, jezz, i szalone lata 30.te…
Proszę Państwa, oto Benny Goodman!
I jego „Sing, sing, sing” - proszę klikać w poniższy link.
(Przyznam się szczerze, że pierwszy raz słyszę ten utwór, ale i tak mi się podoba. Może dlatego, że nastrojem kojarzy mi się z muzyką graną w kantynie Mos Eisley)