Kartki chronologicznie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mag. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mag. Pokaż wszystkie posty

Spotkanie z Dr Chirurgiem

16 grudnia 2017, sobota
kwadrans na drugą po południu

Poród i połóg to nie jest najłatwiejszy okres w życiu kobiety, ale da się je przeżyć. W końcu trzeba być twardym Słowianinem, a nie miętkim ninją, czyż nie? Z drugiej strony, jak się człowiek nadwyręży to nie ma sensu zgrywać bohatera. Aczkolwiek próbowałam. Jednak po małej awanturze i zmyciu mi głowy przez Lubego i Teściową zgodziłam się pójść do lekarza, żeby obejrzał moje biodro, które po porodzie nie chciała ze mną współpracować jak na grzeczną część ciała przystało. (Choć były dni, albo raczej - pory dnia, w których nie dawało się we znaki - tak bardzo). Co prawda położna, która odwiedziła Kitkę i mnie tuż po powrocie do domu, pokiwała głową ze zrozumieniem, że tak... może boleć, ale że to minie. Mimo to, ani Luby, ani Teściowa nie byli przekonani, że chodzenie po domu o lasce to stan, który można przyjąć do wiadomości.

Udało mi się zapisać na wizytę blisko Gdańska Głównego, więc by móc obrócić w tę i nazad zanim Kitka zaczęłaby robić Teściowej awanturę, że jest głodna - wzięliśmy taryfę. Zresztą pan Złotówa był bardzo ciekawym człowiekiem, z którym można było spokojnie pogadać o życiu i kosmosie. Ponieważ Święta są za pasem, to i temat ten wypłynął jako pierwszy. Taksówkarz stwierdził, że obecnie Święta to zwykły biznes, a nie Święta. Wspomniał, że przez ostatnie lata jakoś tak się składało, że często miał dyżur w Wigilię.
- Jak wyjeżdżam na trasę, kupuję karton wódki i wiecie państwo? Wszystko uda mi się sprzedać.
- W życiu bym na to nie wpadł, żeby zamawiać taksówkę po wódkę w Wigilię - przyznał, z lekka zszokowany Luby. Cóż, człowiek uczy się całe życie. Szczerze? Też by mi to do głowy nie przyszło.

Jednak od pana Złotówy, większym ewenementem okazał się dr Chirurg, do którego udałam się na konsultacje z tym moim nieszczęsnym biodrem. Doktor, wysoki, starszy pan o miłej aparycji, choć z pozorem nieco oderwanego od świata człowiekiem, zaprosił mnie do gabinetu.
- Noga panią boli? - zapytał tuż po tym, jak wyłuszczyłam w czym rzecz. - To należy do ortopedy iść, bo chirurg to nogi skleja albo ucina - dorzucił z uśmiechem. - To kiedy pani rodziła? Czwartego grudnia? To jakby rodziła pani trzy godziny temu!
W istocie - to był mój pierwszy argument w rozmowie z Teściową i Lubym, że ból w nodze pewnie mi przejdzie prędzej czy później. W końcu połóg trwa sześć do ośmiu tygodni, a u mnie minął zaledwie tydzień. Przyznałam się lekarzowi, że noga dokucza mi tak bardzo, iż w domu zmuszona jestem chodzić o lasce - którą z jakiegoś powodu wiele lat temu w prezencie urodzinowym otrzymał Luby od swych kumpli z rodzinnych stron. Dr Chirurg pokiwał głową i skomentował tylko tak:
- Dobrze... Laskę nosić przy chorej nodze, jak dr House. - Za to na moje nieśmiałe stwierdzenie, że bolące miejsce - zgodnie z zaleceniem Teściowej - obkładam zmrożonymi i potłuczonymi liśćmi kapusty, rzucił z lekką dozą pogardy:
- Kapustą to może pani sobie głowę obłożyć, nawet kształt odpowiedni.
Ostatecznie dr Chirurg przepisał mi ibuprofen i zalecił wizytę u ortopedy. Dr Neurochirurga-Ortopedę też odwiedziłam, dwa dni później. Dr Neurochirurg-Ortopeda po krótkim wywiadzie stwierdził, że tak naprawdę to nie boli mnie biodro, tylko mięśnie, które z powodu wymuszonej pozycji się podkurczyły i ciągnie mnie w miejscu ich przyczepu do miednicy. Zalecił ćwiczenia rozciągające z taśmą i w zasadzie to tyle. Ćwiczyłam w wolnej chwili używając długiego, wełnianego szalika. Też jakoś dało radę. Noga wróciła do normy.

Ale! Nie uprzedzajmy faktów. Gdy wracaliśmy z Lubym, pod domem zaobserwowaliśmy interesujące zjawisko. A konkretnie kota - biało-czarnego kociaka, który wskoczył na niewielkie drzewko posadzone na jesieni pod naszym blokiem. Luby początkowo myślał, że kot skoczył na drzewko, bo dostrzegł tam jakiegoś ptaka - ale nie zauważyliśmy żadnego. Kociak przez chwilę wspinał się wyżej i wyżej. Przystanęliśmy kilkanaście metrów od niego, ciekawi jak rozwiąże problem zejścia. Wielokrotnie słyszałam, że koty mają z tym kłopot ze względu na budowę ich pazurów, które uniemożliwiają schodzenie głową w dół - a i też kocią niechęć do tego typu akrobacji. Jednak ten okaz kota był wyjątkowo sprytnym przedstawicielem swego rodu i z drzewa schodził tyłem. Zrobił to bardzo zręcznie i udanie, czym zasłużył sobie na cichą owację ode mnie. Zresztą, nie tylko my go obserwowaliśmy, ale również para z dzieckiem w wózku, która zatrzymała się w podobnej odległości, co i my.
- Na początku myślałem, że to sroka siadła na tym drzewie... Pewnie był zmiennokształtnym, który odwracał uwagę od innego zdarzenia - zawyrokował Luby, gdy ruszyliśmy do domu. - Bo na tym drzewie nic nie było, więc po co miałby na nie wskakiwać?
No właśnie, a dlaczego kura przeszła przez ulicę? Pewnie też była zmiennokształtna.

Magia w praktyce

19 kwietnia 2014, sobota,
ćwierć na dwunastą w południe.

Od kilku minut stałam z Lubym na przystanku, oczekując autobusu, który według wszelkich znaków na niebie i ziemi miał przybyć „niebawem”. Jednak to niebawem strasznie zaczynało się dłużyć, a nas czas naglił. Przygryzłam wargę poważnie zastanawiając się nad pewną kwestią. Rozejrzałam się, ale autobusu nie było widać. Spojrzałam na Lubego.
- A może pójdziemy piechotą? – zapytałam.
- Zaraz przyjedzie.
- Nie mówię, że nie… tylko, no wiesz… – odchrząknęłam i uśmiechnęłam się przebiegle, zerkając w kierunku, z którego powinien był nadjechać autobus. – Może jednak pójdziemy piechotą? – zapytałam ponownie z odpowiednim naciskiem, odwracając się do Lubego.
- A… Jasne, racja. Nie ma sensu czekać – przyznał z powagą.
- Właśnie! No to idziemy! - stwierdziłam, wsuwając dłoń pod ramię Lubego. Odwróciliśmy się od przystanku i bardzo, bardzo powoli ruszyliśmy w kierunku, w którym chcieliśmy jechać.
- Po co komu autobus, skoro można się przejść… – dorzucił znacząco Luby.
- Dokładnie. Taki piękny dzień, dobry na spacer. - Podskórnie czułam, że to może się udać. Szliśmy naprawdę powoli, nie oglądając się. Jakbyśmy rzeczywiście mieli zamiar przejść te kilka kilometrów piechotą. Odeszliśmy dwa kroki od przystanku. To był ten moment, właśnie ten. Obejrzałam się. Na skrzyżowaniu, oczekując na światłach, stał autobus. Ten, którym mieliśmy jechać.
- Ha, udało się! Porządny rytuał Przywołania Autobusu – obwieściłam radośnie. – Chyba było wystarczająco przypadkowe, by nie było z tego Paradoksu, prawda? – zapytałam Lubego, nie kryjąc zadowolenia, gdy podchodziliśmy do podjeżdżającego w zatoczkę autobusu.

O RPG, kobietach i o sobie.

31 sierpnia 2003, niedziela.
Dwie ćwierci na ósmą wieczorem.

Jutro pierwszy dzień w nowej szkole. Liceum, jak to dumnie brzmi! Wreszcie wyrwę się z dusznego światka gimnazjum, spośród ludzi, którzy mnie nie cierpią i vice verso. Pyrek na Nowej Gildii zaprasza na forum Narilvatar, gdzie mają dział o bitewniakach. Ciekawe, może warto sprawdzić? Co prawda szkoda, że bitewniaki to taka droga zabawa… ale popatrzeć na figurki choćby z daleka też można.

Zarejestrowałam się na forum. Pod zupełnie innym pseudonimem, niż ten, którego używałam dotychczas. Tak po prostu. Wzięłam pierwsze lepsze imię, które przyszło mi do głowy. Ellaine. Nie pamiętam już, dlaczego przez dwa l, skoro powinno być przez jedno. Nieistotne. Dopiero po latach zdam sobie sprawę z tego, że to nawiązanie do „Ani z Zielonego Wzgórza” i jej odgrywania Elaine, pani z Shallot. To ta scena z przeciekającą łódką. Dziewiętnastowieczny LARP pełną gębą!

Nie minęło dziesięć minut, nie zdążyłam nawet się dobrze przyjrzeć rozkładowi forum. Ledwo udało mi się zlokalizować dział z bitewniakami,… kiedy nagle wyskoczyło okienko z powiadomieniem o otrzymaniu prywatnej wiadomości. Lord Draven. Administrator. Napisał do mnie, mniej więcej w te słowa:
„Hej, Ellaine - masz ładnego nick’a! Będziesz grać w mieście?”
Ale, że jak…? W jakim mieście? Jakie grać!?

Ależ oczywiście, że będę, tylko wyjaśnij proszę, o co chodzi? – odpisałam Dravenowi. Jasne, że mogło to brzmieć inaczej, wiele wody upłynęło. Jednak pierwsza postać, którą grałam przez kolejnych parę lat (lecz nie jedyna, którą wprowadziłam do miasta Narilvatar, pięknego portu położonego na największej z wysp Moonshae na Morzu Mieczy w Zapomnianych Krainach) – powstała dosłownie ad hoc. W końcu trochę tej fantastyki czytałam. Więc bez znajomości świata i RPG w ogóle, stworzenie postaci? co to dla mnie! I tak oto w dzień, w którym zarejestrowałam się na forum Narilvatar, powstała elfka imieniem (a jakże!) – Ellaine.

A bitewniaki? Cóż, rozegrałam jedną bitwę w LOTR'a w sklepie o nazwie "Bard". Ograłam trzynastolatka, samej będąc ze trzy-cztery lata starszą. I w nagrodę dostałam figrukę Uruk-Hai z łukiem. To jedyna pamiątka po mojej krótkiej fascynacji bitewniakami. Parę lat później kolega poznany na forum Narilvatar pomalował mi ją, za co jestem mu ogromnie wdzięczna, bo to naprawdę kawał dobrej roboty.

*

Od tamtego, letniego wieczoru, minęło bez mała 11 lat! Szmat czasu. Chciałoby się rzec – niemal pół życia. Dlaczego o tym w ogóle piszę? Otóż skłonił mnie do wspomnień aktualny Karnawał Blogowy, którego tematem są Kobiety. Pomijam tu kwestię, że nie należę do fandomu.
Na konwencie fantastyki byłam raz, kilka lat temu (chyba z co najmniej dziewięć). I to tylko dlatego, że był organizowany w moim rodzinnym mieście, akurat nie miałam nic do roboty i miałam 10 złotych w kieszeni. Wystarczyło, żeby wejść. No to weszłam. Ludzi było niewielu, więcej organizatorów, niż uczestników. Trafiłam do sali, gdzie był konkurs plastyczny. Narysowałam na zadany temat (kotołaki - łatwizna. Narysowałam moją wersję egipskiej Bastet). Zdobyłam trzecie miejsce. Zgarnęłam nagrodę (trzy pierwsze tomy trzech różnych mang) i wróciłam do domu na kolację. Na tym kończą się moje… A nie, wybaczcie! W zeszłym roku okoliczny Klub Fantastyki zorganizował konwent - wejście było wolne, no to wpadliśmy z Lubym i przyjacielem na prelekcję o starym Świecie Mroku. Nie dowiedzieliśmy się niczego nowego o systemie, ale to nic. Przy okazji Luby zdobył wiedzę o ewentualnych ścieżkach dźwiękowych, które mógłby wykorzystać na sesjach Maga. A, no i kilka lat temu byłam na jubileuszu Śląskiego Klubu Fantastyki, podczas którego zorganizowano spotkanie z Andrzejem Sapkowskim. I to wsjo, jeśli chodzi o mnie i fandom, który w moim pojęciu urasta do jakiegoś mitycznego stwora z głębin... tyle dziwnych rzeczy się o nim słyszy.

Miało być o kobietach w RPG, tak? Od jakiegoś czasu podczytuję sobie to i owo na różnych rpgowych blogach. Bardziej z nudów, niż potrzeby serca (bo cóż można robić po powrocie z pracy, jak akurat nie ma sesji?). I ciągle przewija się tekst o tym, jak niewiele jest kobiet w fandomie. Jaka to nierówność i niesprawiedliwość do tego doprowadziła? Moja odpowiedź: Nie mam bladego pojęcia. I szczerze mnie to dziwi, ponieważ w swoim życiu poznałam całkiem sporo grających dziewczyn (i prowadzących zresztą też, u niektórych miałam nawet zaszczyt zagrać kilka sesji).

Przez 11 lat doświadczenia z RPG, nigdy nie czułam się jak ewenement w świecie gier fabularnych. W żaden sposób nie byłam ani szykanowana, ani wyróżniana z okazji tego, że jestem kobietą. Grałam na dokładnie takich samych zasadach jak wszyscy inni. Po prostu odgrywając postać i doskonale się bawiąc w towarzystwie kolegów i koleżanek. W końcu o to w tym chodzi, czyż nie? O zabawę. Dlaczego ktokolwiek miałby być w niej wyróżniany, traktowany lepiej bądź gorzej, tylko dlatego, że jest lub nie jest kobietą?. Gdyby ktoś mnie traktował inaczej niż pozostałych w drużynie, tylko dlatego, że jestem jedyną dziewczyną w pokoju, to podziękowałabym za taką imprezę.

No, co innego, kiedy przychodzę na sesję prosto z pracy… totalnie wypruta mentalnie i wprost mówię MG, że czuję się paskudnie, ale chcę grać – tylko uprzedzam, że mogę mieć wolniejszy czas reakcji. Ale to zupełnie inna sprawa, bo bycie trochę bardziej zmęczonym po ciężkim dniu pracy może się zdarzyć każdemu, bez względu na wiek i płeć. Czasem nawet i MG nam mówił, że „wiecie, co? źle się czuję, nie mam gotowego scenariusza, macie tutaj piaskownicę – bawcie się”. I jest git. A my się doskonale bawimy odgrywając nasze postacie. Któregoś razu prowadziliśmy tak zażartą dyskusję (wszystko, co mówiliśmy, mówiliśmy jako postaci; żadne tam tematy poboczne), że MG przez ponad godzinę nie miał, co robić. Spokojnie zjadł obiad, wypił piwo i czekał, aż dojdziemy do konsensusu i ruszymy się z miejsca, żeby chociaż mógł nam opisać wygląd ulicy.

*

Spędziłam kilka świetnych lat w mieście Narilvatar, przewinęło się przezeń parę moich postaci, z czego Ellaine była do samego końca (choć w międzyczasie zginęła, ale że to były D&D, więc ją wskrzeszono w świątyni, a co); aż do dnia, gdy forum zostało zamknięte (ponad pięć lat istnienia to i tak niemało). Później dopiero przyszły sesje na żywo. Początki były dla mnie trudne, głównie z powodu chronicznej nieśmiałości, z której wychodzę właśnie dzięki graniu w RPG. Tak czy inaczej, moimi pierwszymi MG w RPG przy stole były kobiety.

Nie zapomnę mojej pierwszej i jedynej (niestety) sesji w systemie Earthdawn. Zresztą to była również moja pierwsza sesja rpg przy stole. Prowadziła moja przyjaciółka z liceum. Poza mną w drużynie był jej Ówczesny Facet oraz Młodszy Brat. Ja: krwawa elfka, mag. Ówczesny Facet: wojownik. Młodszy Brat: złodziejaszek. Efekt? Mag zorganizowała obronę wioski przed zombie, okradła dom ze srebrnych sztućców (zarobiła 144 sztuk srebra) i odsunęła kamienną płytę nagrobną, żeby dostać się do szczątków jakiegoś paskudnego czarnoksiężnika… i tak, obrabowała grób z magicznych artefaktów. Na usprawiedliwienie kolegów mogę rzec tyle, że to była ich pierwsza sesja RPG w ogóle. Ja to chociaż grałam w PBF’y. A oni po prostu chcieli spróbować RPG. 

Z góry uprzedzam, że ten wpis w zasadzie nie dążył do żadnego głębokiego wniosku. Po prostu chciałam się wkręcić w Karnawał (w myśl starej forumowej zasady: nie znam się, ale chętnie się wypowiem) - jako wieloletni gracz RPG, ostatnio bardziej aktywny, uznałam, że dlaczego nie dorzucić kilku słów od siebie? Parę lat temu zyskałam stałą grupę dobrych znajomych, z którymi gramy regularnie. Aktualnie na tapecie mamy Świat Mroku (Mag i Demon). A ja zaczęłam prowadzić InSpectres, jako wprawkę do poważnego Mistrzowania… może w następnym systemie ze Świata Mroku (Technokracja? brzmi dumnie).

*

Tak czy inaczej, oczywiście zdarzało się, że bardzo często byłam jedyną dziewczyną w drużynie. Zwykle jednak jest nas dwie w drużynie, co czasem wystarczy, by rzec, że stanowimy większość (na sesjach Demona drużyna składa się z trzech osób: koleżanka, Luby i ja). A kiedy od ludzi poznanych na innym forum, którzy są spoza mojej najbliższej paczki rpgowej słyszę, że oni to nigdy nie mieli dziewczyny w drużynie, albo że mało jest grających kobiet… To zastanawiam się, gdzie ja żyłam przez te 11 lat, albo gdzie oni żyją… albo dlaczego dziewczyny nie chcą z nimi grać?

*

Z tego miejsca chciałabym pozdrowić wszystkie dziewczyny, które poznałam na Narilvatarze  - z którymi grałam via forum lub również na żywo. Z częścią z niżej wymienionych nadal mam kontakt lub wciąż zdarza się nam razem grać w jednej drużynie (albo pod ich przewodnictwem):

Aislinn, Airesis, Daiva, Eirenn, Hebi, Froggie, Lara, Lev, Rapsodia, Ravenna, Sol, Tordis, Trissy, Turelie, Womanek, Werdandi, Zellas, oraz wiele innych, których przez słabą pamięć nie wymieniłam.

A także pozdrawiam nie mniej drogie dziewczyn z Festiwalu Setsuban (był to ponad dwuletni pbf, którego niestety nie zdołaliśmy zakończyć):

Hanako, Tsuneari, Tomoe, Pao, Rei, Ryosaki, Sayoko, Yukiko, i wiele innych, których nie wymieniłam, nie przez niechęć, lecz krótką pamięć.

Pozdrowienia ślę również dla Ayenn, z którą gram w Maga: Przebudzenie. Dla Cotu, z którą pracuję. Oraz dla Ariestrii, którą miałam okazję niedawno poznać.

*

Fandomie, fandomie… cóż jest tak odpychającego w Tobie, że kobiety nie chcą z Tobą grać?

Między nami mówiąc

8 maja 2013, środa
dwie ćwierci na szóstą wieczór.
 
Po pracy postanowiliśmy z Lubym spotkać się na Wrzeszczu. Dawno nie mieliśmy takiego spokojnego wyjścia na obiad, gdzieś poza domem, a że i sposobność się znalazła i pogoda dopisywała, więc nic nie stało na przeszkodzie. We Wrzeszczu mamy upatrzone, nieduże bistro. Nie mogę wciąż wyjść z podziwu, co do jego wystroju. Można by rzec, że jest nieco kiczowaty. Rzucające się w oczy, jaskrawe kolory - zielenie, żółcie, czerwienie i róże; sztuczne kwiaty na stolikach i plastikowe, przeźroczyste krzesła. Z drugiej strony, nie chodzi bynajmniej o to, że wystrój mi się nie podoba; po prostu jest tak dziecinnie radosny, wiosenny nawet w środku zimy. Tak różny od tego, co zwykle widuję - stonowane kolory, ascetyczne wystroje lub wręcz przeciwnie: tak wiele nagromadzonych drobiazgów, że nie wiadomo na czym zawiesić oko. W każdym razie jest to jedno z naszych ulubionych miejsc, gdzie można smacznie zjeść i nie przepłacić. Poza tym mają bardzo dobre kompoty.

Usiadłam przy jednym z wolnych stolików w zaaranżowanym ogródku przed bistrem. Na stole stała donica z żółtymi kwiatami (żywymi, a nie sztucznymi) oraz fikuśna, żółta latarenka z podgrzewaczem. Widać było, że dopiero co uzupełniono latarenkę, ponieważ świeczka miała knot pokryty woskiem. Miło byłoby ją zapalić, ale przydałyby się zapałki - pomyślałam. 
Chciałam wprowadzić trochę romantycznego nastroju - pomimo tego, że przecież o tej porze roku wciąż jest zupełnie jasno. W każdym razie, zanim Luby zdążył wrócić do stolika - składał zamówienie wewnątrz lokalu - rozejrzałam się wokół; niemal od razu dostrzegłam czerwony kartonik leżący dokładnie pod naszym stołem. Czyżby...? - pomyślałam, czując lekką ekscytację. Czym prędzej schyliłam się... i rzeczywiście: podniosłam niewielką paczkę zapałek. Czasem nawet niewypowiedziane czary się udają.

Mniejsza jednak o wyczarowane z powietrza i zupełnym mimochodem zapałki. Kiedy spożywaliśmy spokojnie obiad, rozmawiając jak zwykle o RPG - dyskutując nad ostatnią sesją Ars Magica, nadchodzącą sesją Warhammer'a oraz kolejną sesją Maga: Wstąpienie - do parkanu podszedł około dziesięcioletni chłopiec z nieco umorusaną twarzą i rozwichrzoną fryzurą. Ubrany był w przybrudzoną, pasiastą koszulkę i krótkie spodenki. W jasnych oczach i szczerbatym uśmiechu krył się prawdziwy zawadiaka. Idąc tropem RPG, aż chciałoby się rzec: młody łotrzyk.
- Smacznego! - zawołał jeszcze z dala, wołając do mężczyzny, który samotnie siedział przy stole najbliżej kamienicy, w której znajduje się bistro. Jak później, opuszczając już ogródek, obejrzałam się na niego - oceniłabym pana na jakieś czterdzieści lat.
- Dziękuję.
- Jak słychać?! - zawołał radośnie chłopiec.
- Co ty do mnie mówisz? - zdziwił się mężczyzna, być może nie usłyszawszy pytania; lub nie rozumiejąc takiej konstrukcji. Chłopak obszedł ogrodzenie od zewnątrz i zbliżył się do stolika, przy którym siedział mężczyzna.
- Jak słychać? - powtórzył.
- Nie wiem, co ci na to odpowiedzieć - przyznał mężczyzna. - Chcesz kasy? - zapytał prosto z mostu.
- Tak.
- Ile? - Co prawda odpowiedź chłopca do nas nie dotarła, ale po chwili usłyszeliśmy zaskoczone: - …Stówę!? Popierdoliło cię?
- Na buty zbieram - odparł chłopiec, ale bardzo szybko zmniejszył stawkę. - Dwanaście pięćdziesiąt.
- Jak na fajki, to ci dam - stwierdził mężczyzna.
- Na fajki to nie chcę.
- A na piwo?
- Też nie.
- To ci nie dam! - Na taką odpowiedź, chłopiec natychmiast zmienił zdanie:
- No to na fajki.
- Dam ci dwa złote.
- Daj dwanaście pięćdziesiąt, będziesz moim najlepszym kolegą! - starał się go przekonać chłopiec.
- Nie chcę być twoim najlepszym kolegą, bo zdrajca jesteś! - padło kategoryczne stwierdzenie ze strony mężczyzny. Ostatecznie dodał jeszcze. - Masz tu dwa złote i sobie radź!
Następnie zapewne doszło do  tego, że chłopiec otrzymał od mężczyzny owe wycyganione przezeń dwa złote. Po czym - jak przypuszczam, pożegnał się z nim i odszedł. Kiedy opuszczaliśmy ogródek przed bistro, nie widziałam nigdzie chłopca. To niewątpliwie była jedna z tych co bardziej niezwykłych rozmów, jakich byłam świadkiem. Luby stwierdził, że ciągnie się za nami Paradoks, skoro przydarzają się nam takie rzeczy... Między nami mówiąc, przypuszczam, że to przez te zapałki.

Mag?

2 grudnia 2012, niedziela.
Ćwierć na jedenastą w nocy.



Stałam z Lubym nieopodal wiaty przystankowej, wpatrując się w pomarańczowy blask bijący od latarni po drugiej stronie autobusowej pętli. Światło rozpraszało się na nagich gałęziach pobliskich drzew i spływało po pochyłościach okolicznych budek sklepowych. Kilka kroków od nas, tuż przy autobusie, który za kilka chwil miał ruszyć w trasę, mała dziewczynka wyrywała się młodemu mężczyźnie wzywając na pomoc policję. Przyglądaliśmy się temu z uśmiechem zażenowania i politowania. „Ratunku! Policja! Zostawcie mnie! Puść!” – wołała dziewczynka, usilnie próbując się wydostać z objęć mężczyzny. Wierzgała niczym dzikie stworzenie. Zaś matka dziewczynki bezskutecznie próbowała ubrać latorośl w kurtkę i czapkę.
- Nie jest mi zimno! Puśćcie mnie! – krzyczała mała. Ostatecznie wygrał argument, że jak nie pozwoli się ubrać, to już nigdy więcej nie przyjdzie z mamą odebrać ojca z pracy. Dziewczynka uspokoiła się na tyle, aby ubranie okrycia wierzchniego było w ogóle możliwe. Kiedy dziecko miało już na sobie kurtkę – o! nie liczcie, że dało na siebie ubrać czapkę i szalik! A skąd! Pobiegło radośnie w kierunku peronu Szybkiej Kolei Miejskiej z okrzykiem: "Idę na pociąg!"

Nie wiem, jakie były dalsze losy niepokornej Dziewczynki, gdyż na scenę wstąpił zupełnie inny bohater.

Z naprzeciwległego końca pętli nadchodził mężczyzna ubrany w granatowy, ortalionowy płaszcz. W prawej ręce niósł wypchaną czarną aktówkę, która zapewne niejedno z nim już przeszła. Na głowie miał zwykłą, ciemną, wełnianą czapkę. Nie wyróżniał się urodą. Mógł mieć za sobą już około pięćdziesięciu lat. Szedł równym, szybkim krokiem, a w jego postawie można było wyczuć napięcie i rosnące wzburzenie, które niespodziewanie zyskało ujście. Z nieruchomym spojrzeniem, zaczął rzucać inwektywami, mniej więcej w kierunku, w którym staliśmy.

- Marian, ch*ju! – z takim okrzykiem szedł przez ulicę, prześlizgując się wzrokiem po naszej dwójce. W jego czarnych oczach widziałam nienawiść. Przez chwilę naprawdę bałam się, że zwraca się do mojego Lubego. Jednak nie, przeszedł mimo. I stanął na wprost… automatu biletowego, krzycząc dalej: – Marian, jesteś dla mnie zwykłą k*rwą! – po czym wskazującym palcem groził: - A ciebie, ch*ju, za to że przyznałeś, że jesteś jego synem – obedrę ze skóry!

Patrzyliśmy na tę scenę w osłupieniu. Podobnie jak pozostali ludzie, oczekujący autobusu. Mężczyzna nie wydawał się być pijany, choć gdy przechodził, miałam wrażenie, że trochę wionie od niego alkoholem. Ani tym bardziej nie był naćpany. A mimo to – wygrażał się automatowi. Poszedł dalej. Znikając nam z oczu.

Gdy już siedzieliśmy w autobusie, zaczęłam zastanawiać się, gdzie właściwie podział się ów gniewny mężczyzna? Nie widzieliśmy dokąd poszedł po obrzuceniu automatu przekleństwami. Wydawało mi się, że przeszedł pomiędzy automatem a wiatą… I dalej już go nie widziałam. Zniknął.

Ostatnio Luby studiuje podręcznik do gry RPG – „Mag: Wstąpienie”. W owym opisani zostali magowie, których pochłonęło szaleństwo i robią wokół siebie wiele zamieszania, odwracając uwagę ludzi i rzeczywistości od swojej magii. Jadąc do domu, zaczęliśmy się zastanawiać, czy przypadkiem nie minął nas właśnie jeden z nich. Może między wiatą a automatem znajdowało się przejście do innego świata, a wyzwiska były tylko wyjątkowo zawoalowaną inkantacją, która otwierała portal? Któż to wie… a my dostrzegliśmy ten niuans i zastanawiamy się nad tym tylko dlatego, że jak większość graczy rpg na swojej „karcie postaci” moglibyśmy zaznaczyć, co najmniej jedną „kropkę” w umiejętności „okultyzm”?

W każdym razie zgadzam się z Lubym:
Rzeczywistość nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.