Kartki chronologicznie

Mamo, narysuj mi kotusia!

19 marca 2020, czwartek
pierwsza po południu

Nie wiem, jak do tego doszło, że powstał. Ale fakt faktem, pojawił się niespodziewanie, i być może zostanie na dłużej. W pewnej chwili, Kitka po prostu powiedziała do mnie:

- Mamo, narysuj kotusia!

Przywykłam już do potrzeb w ten sposób artykułowanych. Chociaż pilnujemy, by się zbytnio nie zapędzała w swoich żądaniach i dodawała – proszę. Więc bywa, że mówi – „Mamo, chrupkę! Mamo, proszę chrupkę! Ale cztery!” – tak, do żądań często jest dołączona również bardzo konkretna liczba. Ostatnio dochodzą do tego jeszcze krzyki i histeryczne płacze. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzą chrupki, biszkopty, czy inne policzalne ciasteczka. Wtedy wchodzimy w strefę targów, pisków, krzyków i łez. Ja staram się uspokoić jej rozkołatane nerwy, a przy okazji zbić liczbę do bardziej akceptowalnych poziomów, a Kitka obstaje przy czterech. Nie! Pięć! Oczywiście Kitka jeszcze nie jest z tych, co potrafią liczyć – bo kolejność liczb dla niej nie ma wielkiego znaczenia. Czasem sama się zapędzi i sądząc, że mówi większą liczbę, podaje najpierw pięć, a potem cztery, czasem trzy.

Przez pewien czas liczbę trzy zastępowało u niej słowo „tyle!”. Koniecznie z wykrzyknikiem. Miała taki okres w życiu, że cokolwiek nie dostawała do ręki – chrupkę, biszkopt, i tym podobne – zawsze musiało być tego sztuk dwie. Ponieważ najpierw dostawała jedna rączka, a druga nie mogła pozostawać gorsza. Trudno było ją tego oduczyć, zwłaszcza, jak w grę zaczęło wchodzić „tyle!”, ponieważ jej małe rączki zrobiły się ciut większe i pojemniejsze, więc jedna rączka była w stanie pomieścić dwa biszkopty… Co za tym idzie, w drugiej kitkowej łapce niespodziewanie robiło się miejsce na jeszcze jeden smakołyk. Teraz znów jest ciut większa i wie, że w jej łapkach zmieszczą się już co najmniej cztery chrupki, a paluszków to już na pewno pięć!

Niedawno jednak jej "matematyczne" zdolności mnie zaskoczyły, bo gdy doszło do targów, kiedy ona żądała czterech chrupek, a ja upierałam się przy dwóch – Kitka wypaliła: Osiem!

Ostatecznie i tak wyszło na moje. Jednak nie omieszkałam się podzielić odkryciem z Lubym, który po chwili namysłu doszedł do wniosku, że odpowiedź Kitki jest jego winą. Zdarzało mu się parę razy rzucić do niej (podczas owych przekąskowych targów) – ta, może osiem? Dziecko zapamiętało, i uraczyło mnie taką odpowiedzią. Może i Kitka ma dopiero dwa lata z okładem, ale jednak pamięć ma z tych naprawdę dobrych.

Nie dalej jak dzisiaj czytałam jej nową książkę, wczoraj ze dwa razy i dzisiaj kolejne trzy. Parę godzin później udało mi się ją przekonać, że nie posiadamy zmywarki i mama musi iść do kuchni umyć tę stertę naczyń. Zaproponowałam, żeby jak zwykle, poszła do kuchni razem ze mną. Żeby mieć ją na oku podczas zmywania, czy gotowania, staram się, żeby każdorazowo zabierała ze sobą krzesełko oraz jakąś książeczkę. Ustawia wówczas krzesełko w rogu, rozsiada się na nim i „czyta”. Dzisiaj było nie inaczej, wstawiła krzesełko do kuchni i pobiegła do pokoju. Po chwili wróciła z książeczką, którą czytałyśmy po śniadaniu. Słyszałam jak przeglądając tężę książeczkę, „czyta” z pamięci niektóre fragmenty, z czegoś co czytałyśmy ledwo parę razy. Z kilku książek niektóre wiersze i wierszyki zna już praktycznie na pamięć i jak czytamy książkę, służę jej wyłącznie za miejsce do siedzenia. Z drugiej strony, część mówi zupełnie po swojemu…
Była sobie raz grajeczka, pokochała grajkę. Król wyprawił im wesele i baja skończona – tak, to jedna z jej osobistych wersji „Bajki iskierki”. A na stacji stoi Lomokotywa – pomimo tego, że po sylabach wychodzi lokomotywa. Ale gdy proszę o powtórzenie, to reaguje jak Joey uczący się francuskiego z Phoebe.

Ale! Dość o językowych zdolnościach Kitki. Mam wygadany egzemplarz dziecka, po prostu. W każdym razie, Kitka w którymś momencie przysiadła się do stoliczka, na którym ma rozrzucone kartki i kredki. W pewnej chwili woła mnie, że będziemy rysować. Podaje mi kredkę i mówi:

- Mamo, narysuj mi kotusia! Proszę!

Pomimo „proszę”, wiem, że nie ma opcji odmowy.
- Mam ci narysować kotka, tak? – dopytuję, siadając na ziemi obok niej.
- Nie, kotusia! Narysuj mi kotusia! – mówi z naciskiem, jaki tylko potrafi wywierać dwulatek. Kotuś. Nie kotek, tylko kotuś. Biorę kredkę do ręki i patrzę z powagą na córkę.
- Hm… No dobrze. Ale jak wygląda kotuś? Jak kotek?
- Tak!
- Ale… ma skrzydełka? – zadaję podchwytliwe pytanie, ciekawa jak zareaguje Kitka.
- Tak!
- Jak motylek? – dopytuję, rysując kółko, które docelowo ma zostać kotusiową głową.
- Tak! – potwierdza moje przypuszczenie Kitka.
- I ogonek jak papużka?

Ponownie otrzymuję ze strony Kitki pełne entuzjazmu, zielone światło. W ten sposób otrzymałyśmy kotusia. I kotusie wyparły zwykłe kotki, o których narysowanie jak do tej pory notorycznie prosiła mnie Kitka. Potem dostałam kolejną kredkę i tę samą prośbę – o kotusia. Chyba dostałam po kolei wszystkie kolory, jakie w zasięgu ręki miała Kitka. Więc kartka bardzo szybko zapełniła się skrzydlatymi kotusiami.

Następnego dnia, Kitka znowu zasiadła do stolika i scenariusz się powtórzył. Co prawda bez pytań pomocniczych, bo już wiedziałam jak narysować kotusia. Novum była natomiast prośba o dorysowanie kotusiom nakryć głowy. Więc mamy teraz kartkę pełną kotusiów, z czego każdy ma co innego na głowie. Jeden ma więc cylinder, inny zaś wełnianą czapkę, następny ułańską rogatywkę, sombrero czy beret. Jak pokazałam Lubemu nasze dzieło, beret od razu rzucił mu się w oczy, po czym stwierdził, że może powinnam coś o nich napisać? Być może. Ale rysowanie kotusiów mnie tak wciągnęło, że zanim wymyślę jakie mogą mieć charakterki i przygody, to zasiadłam do tabletu i dałam się ponieść inspiracji, jaką otrzymałam od Kitki.
Zwykle tego nie robię, ale efekt przerósł moje oczekiwania i myślę, że pierwszy (oby nie ostatni) Kotuś zasługuje, by zaistnieć również tutaj.

 Kotuś

W ogrodzie z pajęczyny

19 lutego 2012, niedziela
ćwierć na dwunastą w nocy


Kolejna niedziela ma się ku końcowi. Pewnie, kiedy skończę pisać poniższe - będzie już poniedziałek. Chociaż kto wie? Może zdążę przed północą.

Mieszkanie na Oliwie to już historia. Może więc o niej powinnam powiedzieć więcej? Trudno mi przystać na zmiany, ale jak już coś zmienię i przywyknę, to potem żal mi to porzucać. Tak mniej więcej wyglądają moje odczucia w stosunku do Oliwy. W zasadzie – Starej Oliwy.
Okolica była wielce urokliwa. Niemal same stare, poniemieckie wille z lat dwudziestych i trzydziestych zeszłego wieku. Stare drzewa w przydomowych ogródkach. Właśnie, ogród…

Kawalerka była zaledwie przysposobionym do bycia osobnym mieszkaniem pokojem, wydzielonym z mieszkania na parterze żółtej willi. Dlatego nasze mieszkanko posiadało jedno, jedyne okno. Pod oknem stał duży, masywny, rozkładany stół. Nie z jakiejś tam płyty, ale z prawdziwego drewna. Mocny, ciężki stół. Na nim zaś stał laptop Lubego. Z racji poszukiwania pracy przez cały okres mieszkania na Oliwie, sporo czasu spędzałam przy komputerze. Raz na jakiś czas jednak trzeba było oderwać wzrok od monitora, podnosiłam go więc na okno.
Za nim rozciągał się widok na ogród...

Tuż przy ścianie willi rosły krzaki, których imion nie znam. Jednakże nie o krzewy chodzi… ale o ptaki, które raczyły raz na jakiś czas zaglądać do nas. Przysiadywały na gałęziach bliskich oknu. Zwłaszcza, gdy zima przypomniała sobie o istnieniu Pomorza. Krzewy i drzewa w ogrodzie pozbyły się resztek liści, więc jedyną ich ozdobą były przysiadające w gałęziach barwne, skoczne sikorki.

Swoją drogą mam chyba szczęście do dostrzegania, albo ostatnio bardziej zwracam uwagę na otoczenie? 

Pewnego razu szłam wzdłuż ulicy biegnącej przez las. Na granicy chodnika i linii drzew, wśród śniegu i krzaków, igrała wielość ptaszków. Nie mam pojęcia jakiego gatunku, bo nie były to zwyczajne wróble, ani też sikorki, które potrafiłabym nazwać. A wielkościowo pasowałyby do jednego i drugiego rodzaju ptaków. Jeśli dobrze pamiętam, miały czarne lub ciemne upierzenie z jaśniejszymi akcentami na głowie oraz skrzydłach, nie wiem czemu ale wydaje mi się, że miały żółtawy bądź pomarańczowy pasek na skrzydełkach. Ale były tak ruchliwe, że przyjrzenie się im dokładnie graniczyło z niemożliwością.
Innym znów razem dostrzegłam wyjątkowego ptaka, który przysiadł na krzewie tuż przy wejściu do sieni żółtej willi. Był niemal idealnie okrągły, zapewne starał się ogrzać strosząc pióra, a ubarwieniem przypominał nieco samicę kosa, ciemnobrązowe z jaśniejszymi plamkami. Nie mam bladego pojęcia, cóż to mogło być za boskie stworzenie.

Lubiłam ogród, który otaczał żółta willę. Lubiłam patrzeć, jak niebo barwi się na różowo, kiedy słońce z wolna zachodziło, by utonąć w morzu. Wszystkie drzewa i krzewy oraz pobliskie domostwa oblekały się w mroczniejący z każdą chwilą cień, stając się zaledwie kształtami na tle wieczornego nieba.

Lubiłam również strych żółtej willi. Ponieważ kawalerka nie posiadała wystarczająco dużo przestrzeni, aby móc suszyć w niej pranie, korzystaliśmy z poddasza. Zresztą… z powodu narożnego usytuowania kawalerki, w pokoju było chłodno i wilgotno, więc tym bardziej suszenie czegokolwiek nastręczało pewnych problemów. Chemiczny pochłaniacz wilgoci bardzo szybko tracił swoje właściwości. A pozostawienie herbatnika na noc poza zamkniętym pojemnikiem, sprawiało, że rano ciastko było wyjątkowo plastyczne. W każdym razie… pozwolono nam korzystać ze strychu.
Chodziłam więc na górę, aby pod dachem rozwiesić pranie. Nie wiem dlaczego, ale na wspomnienie tego, przychodzi mi na myśl fragment z "Przechadzki z Orfeuszem", Kaczmarskiego.

„Ostrożnie stawiaj stopy, po ludzkich stąpasz resztkach”.

Nie było to może aż tak makabryczne… Ale niewątpliwie należało się poruszać ostrożnie. Schody, co prawda były solidne. Jednocześnie były solidnie zarzucone najróżniejszymi szpargałami, które najwyraźniej nie były potrzebne, a zarazem nikt nie chciał ich wyrzucić. W każdym razie od pierwszego piętra aż po strych piętrzyły się przeszkody. Gdy jednak wreszcie udało się dotrzeć na górę, nadal należało pozostawać ostrożnym. Drzwi były zamykane na bardzo prosty skobel. Wystarczyło go podnieść…

„Nie ścigaj się z obłokiem, umarli się nie spieszą”

To był strych, dokładnie taki jaki sobie zawsze wyobrażałam. Tak właśnie według mnie wygląda idea strychu. Każdy krok budził z niebytu dźwięk, przeciągły jęk deski. Każdy krok zaburzał chaos kurzu, który pokrywał prowizoryczną podłogę. W paśmie światła, wpadającym przez okno, tańczyły drobiny pyłu. Jedyną wolną przestrzeń stanowiła ta, którą przeznaczono na suszarnię. Każdy inny kąt, każdy fragment strychu, zajmowany był przez zapomniany sprzęt. Fotele, krzesła, trójdrzwiowa szafa, szafeczki, i wiele innych. Przykryte kurzem lat i historii. Kojarzył mi się ze strychem, który wykreowałam w pewnej opowieści, jeszcze w czasach gdy miałam naście lat. Nie zauważyłam jednak tam żadnego kufra, ale zapewne w szafkach i komodach mogło kryć się niejedno. Kto wie, jak wiele może zostać pogrzebane na strychu? Wśród kurzu, pajęczyn i zapomnianych i porzuconych przedmiotów?

Ten strych, to było doskonałe miejsce, żeby schować się przed całym światem i samemu zostać jednym z zapomnianych sprzętów. To jednak nie wchodziło w rachubę. Nigdy nie było brane pod uwagę. Ale każde wejście na strych, było przeżyciem. W późniejszym czasie coraz mniej przyjemnym... ponieważ nadeszły chłodne, zimowe dni;  dłonie grabiały z zimna podczas rozwieszania rzeczy na tych paru sznurach, a pranie i tak nie chciało schnąć. W końcu, gdy właściciele włączyli ogrzewanie, zaczęliśmy suszyć pranie przy kaloryferze. Od tego czasu ani razu nie byłam już na strychu, niestety. Sprzęty pozostaną zapomniane, przykryte kurzem lat i swoich własnych historii, których nikt już nie usłyszy.

Moja mała, świecka tradycja

3 stycznia 2011, poniedziałek
czterdzieści minut na siódmą wieczór 

Dawno nie jechałam w tak zatłoczonym pociągu, choć - prawdę mówiąc - spodziewałam się czegoś mniej więcej w tym stylu. Ostatecznie to drugi stycznia. W chwilach zwątpienia myślałam: a mogłam jechać pociągiem o siódmej! Mogłam, ale nie pojechałam, bo spałam do dziewiątej. Pocieszałam się myślą, że mnie przynajmniej udało się wsiąść…

Sporo ludzi, którzy również chcieli jechać nie zdołali się zmieścić w pociągu. Mam wrażenie, że na peronie zostało więcej niż połowa oczekujących. Mnie udało się tylko dzięki uprzejmości chłopaka w rastafariańskiej czapce, który pomógł mi w ścisku przy drzwiach pociągu zdjąć plecak i umieścił go w toalecie, gdzie przebywała czwórka osób: trzy dziewczyny i chłopak z M.L. Kossakowską i jej „Siewcą Wiatru”, a także ich bagaże. Później ludziom, którym udało się przepchać przez korytarz ku toalecie, mówiliśmy: tutaj pan/pani nie skorzysta – awaria! Ewentualnie: Ale tam są cztery osoby i bagaże, i drzwi się nie zamykają… No, chyba, że to panu/pani nie przeszkadza? Lub wysyłaliśmy ich do toalety w wagonie obok, gdzie co prawda siedziało pięciu lub sześciu chłopa, ale za to byli bardziej „mobilni”, jak ktoś zauważył. Dwa razy wpuściliśmy do „naszej” toalety matkę z dzieckiem. Osoby w ubikacji stanęły twarzą do ściany, jedna w drzwiach i w ten sposób zdołali zapewnić chłopczykowi choćby minimum prywatności. Ktoś przy drugim razie krzyknął do nich: „Ustawić się! Pod ścianę!” Zresztą, to nie był jedyny objaw wisielczego humoru dnia wczorajszego:

Pewna dziewczyna rozmawiała przez telefon. Nie zazdrościłam jej szczególnie, mimo że miała walizkę, na której mogła usiąść – ja do dyspozycji miałam tylko pionową rurkę przy ścianie, na której powiesiłam torbę i reklamówkę z jedzeniem. Ba! Opierając się o ową rurkę udało mi się nawet parę razy przysnąć… Natomiast jasnooka dziewczyna jechała do Warszawy - z przesiadką w Poznaniu, a nasz zapchany pociąg z każdą chwilą nabierał coraz większego opóźnienia – bo choć od momentu w którym wsiadłam, nikomu nie otworzyliśmy drzwi aż do Poznaniam, to pociąg na każdej stacji stał po kilka-kilkanaście minut. W każdym razie, jak się rzekło - dziewczę rozmawiało przez telefon i w pewnym momencie powiedziała: Jadę pociągiem. A pewien młodzian stojący obok (nota bene mój kumpel z grupy! sic! Jaki ten świat mały) rzucił z głupia frant: …do Oświęcimia! Cóż,… „Historyczna rekonstrukcja pociągu śmierci” – jak rzekł pewien człowiek w innym, równie zatłoczonym pociągu.
Swoją drogą kumpel wracał z Sylwestra nad Morzem ze znajomymi (jak się później domyśliłam - czworo jego znajomych pilnowało w toalecie mojego plecaka). Wspólnie rozwiązywali krzyżówki. Jedna z dziewczyn czytała na głos pytania, a odpowiadali jej prawie wszyscy w okolicy. Niekoniecznie byli to jej znajomi. I tak to się jechało… Czasem informując osoby z toalety na jaką stację właśnie się wtoczyliśmy. Chłopak z rastafariańską czapką otwierał na stacjach drzwi – oczywiście tylko wtedy, kiedy za drzwiami nie było peronu! Po co? Cóż, czymś trzeba oddychać, prawda? I tak jechałam, przysypiając, a czasem rozmawiając z chłopakiem w trójkolorowej czapce i z jego dziewczyną, od czasu do czasu rzucając hasłem do krzyżówki. Jechałam z nadzieją, że – może w Poznaniu uda się wcisnąć do przedziału? Może…

Do Poznania dojechaliśmy z siedemdziesięciominutowym opóźnieniem. Udało mi się przedostać w głąb wagonu. Niestety nie mogłam liczyć na miejsce siedzące w przedziale, musiałam się zadowolić stojącą miejscówką przy oknie na korytarzu. Kawałek dalej stał kumpel z grupy ze swoimi znajomymi, części z nich nawet udało się znaleźć pojedyncze miejsca siedzące – na wysuwanych krzesełkach w korytarzu.
Obok mnie stała pani koło czterdziestki, jak śmiem uważać, która wsiadła w Poznaniu i, o dziwo!, była zadowolona z tego okropnego opóźnienia. Dlaczego? Chyba łatwo się domyślić – jechała z Warszawy do Opola z przesiadką w Poznaniu. Jak powiedziała jej poznańska kasjerka: Chyba jest pani jedyną osobą, która cieszy się z opóźnienia pociągu. Pewnie kasjerka miała rację. Trochę pokonwersowałam z panią „o życiu i kosmosie”, ja ją poczęstowałam cukierkiem, ona mnie wafelkiem. I jakoś się jechało. Za oknem szarość przechodziła w coraz ciemniejszy granat. Rzut okiem na zegarek, prawie piąta po południu. Powinniśmy już dojeżdżać do Wrocławia, gdyby nie to, że dopiero godzinę temu wyjechaliśmy z Poznania. Gdzieś z głębi ducha wyrywa się ciężkie westchnienie… Ostatecznie wyciągnęłam z torby książkę i zaczęłam czytać, na stojąco może to nie jest zbyt wygodna czynność, ale lepsze to niż gapienie się w mroczniejącą przestrzeń i zamartwianie się: a jeśli dojadę do Katowic tak późno, że nie zdążę na żaden autobus? To co wtedy?!

Ostatecznie usiąść w przedziale udało mi się dopiero we Wrocławiu, czyli koło dziewiętnastej. Tak! Dziewiętnastej! Kiedy według rozkładu zamieszczonego na stronie PKP Wrocław powinnam już mieć dawno za sobą, a za to wyjeżdżać właśnie z Kędzierzyna-Koźlego. Natomiast pierwszy (i ostatni) raz sprawdzany bilet miałam tuż przed Opolem, ha! Jakby kto chciał to do Żmigrodu od Kołobrzegu mógłby jechać za darmo. Cóż, mnie może jedynie pocieszać myśl, że za bilet zapłaciłam całe 10 złotych mniej niż w zeszłym roku dzięki zwiększeniu zniżki studenckiej z 37% na 51%. Z tej też przyczyny Luby również pojechał TLKą do Gdańska, zamiast osobówkami, które pewnie były równie, o ile nie bardziej, zatłoczone od pośpiesznych.

Szczęśliwie do Katowic doturlał się ten pociąg pięć minut przed dziewiątą, czyli 105 minut po czasie. Jednak na tyle wcześnie, że miałam szansę na złapanie jeszcze parę ostatnich autobusów. Najbliższy odjeżdżał z alei Wojciecha Korfantego, siedemnaście minut po dziewiątej. Poszłam więc możliwie raźnym krokiem w tamtym kierunku.
- Właśnie znalazłem budynek z pocztówki! – słyszę głos za sobą. Mimowolnie, obejrzałam się. Na chodniku stał młody człowiek, który rozmawiał przez komórkę i patrzył wprost na podświetloną fasadę kinoteatru Rialto. Uśmiechnęłam się pod nosem, nie zatrzymując się, bo choć miałam spory zapas czasu to nie wiedziałam ile zajmie mi przejście kilku ulic i Rynku w padającym śniegu. No właśnie! Pierwsze, co mnie zaskoczyło w Katowicach to był śnieg! Gęsto padające, duże płatki śniegu. Kiedy wyjeżdżałam z Pomorza w ogóle nie padało.
Krótki spacer na al. Korfantego był niezwykle spokojny i w pewien sposób odrealniony. Samochodów jak na lekarstwo, ludzi prawie w ogóle. Cisza i spokój. Jak ktokolwiek mógłby powiedzieć, że to jedno z bardziej niebezpiecznych miast w kraju? No, jak!? Nie w takiej chwili jak wówczas.
Cienka warstwa świeżego śniegu pokryła bielą ulice, rynek i budynki. Grube płatki śniegu oblepiają mi czarny płaszcz, który już po kilku chwilach na ramionach staje się niemal zupełnie biały. Złote lampki błyszczą jak miniaturowe gwiazdki wśród ciemnych gałęzi wysokiej choinki. Na drzewach kołyszą się sznury światełek. A z niewiadomego źródła sączy się muzyka. Mnie zaś rodzi się idiotyczna myśl, że to scena jak z filmu. Ten gęsty śnieg wirujący w podmuchach wiatru. Te światła na choince, i drzewach, i rozpięte na drutach między pierzejami wąskiej ulicy. Ta niezwykła cisza, delikatnie mącona subtelną muzyką. Prawie jak w filmie.

Wreszcie dotarłam do przystanku, gdzie oszałamiający czar, w który zaplątałam się na Rynku, poluźnił swoje sploty. Pod wiatą siedział młody mężczyzna, być może miał za sobą trzydzieści lat, może trochę mniej, lub nieco więcej. Kulę trzymał opartą o nogę. Spojrzał na mnie z zaciekawieniem, które zresztą wyraził na głos, skąd jadę, że mam taki wielki plecak. Odpowiedziałam grzecznie. I tak mimochodem wdałam się w rozmowę – dość jednostronną, ponieważ byłam zbyt zmęczona, żeby ją prowadzić, a chłopakowi chyba nie przeszkadzały moje monosylabowe odpowiedzi. Albo po prostu nie dał nic po sobie poznać. Zresztą, nie wszystko, co powiedział zdołałam zrozumieć. Częściowo pewnie winne było tu zmęczenie, częściowo fakt, że stałam parę metrów od niego, prawie poza wiatą, częściowo – to, że chyba miał delikatną wadę wymowy, lub był po paru głębszych, a częściowo winne było to, że on do mnie godoł, a ja właśnie wróciłam z miejsca, gdzie się wyłącznie mówi. Gdyby nie to, że nie jestem zbyt śmiała w rzondzyniu to możliwe, że odpowiadałabym mu również w śląskim. Tak, to jedynie zamiast „tak” mówiłam mu „ja, ja…”, kiedy wspominał, że wie ile może wypić i kiedy jest ta granica, po której już nie będzie mógł chodzić o własnych siłach; lub kiedy mówił, że jego hobby to gra w jednorękiego bandytę – wspomniał, że pewnego razu wrzucił w automat 20 złotych, a udało mu się wygrać parę tysięcy. Choć przyznał, że właściwie to częściej się przegrywa. Ostatecznie, zanim zaczęłam czuć się naprawdę nieswojo, podjechał autobus, do którego wsiadłam. Mężczyzna natomiast został siedzieć na ławce pod wiatą.

Autobus był ciekawą odmianą po zatłoczonym pociągu, ponieważ wehikuł był praktycznie zupełnie pusty. Jechały nim trzy osoby: kierowca, starszy pan o posiwiałych już włosach oraz ja i mój plecak. Bardzo usilnie starałam się nie zasnąć w trakcie jazdy, przewidując, że dojadę na dzielnicę dużo wcześniej niż zwykle. W końcu wysiadłam, zostawiając kierowcę w towarzystwie śpiącego starszego pana, lub vice verso. Właściwie zastanawiałam się, czy starszy pan przypadkiem nie przespał swojego przystanku, ale cóż… Może rzeczywiście jechał dalej?

W domu byłam o wpół do jedenastej (z rodzinnego miasta Lubego wyjeżdżałam koło dwunastej). Normalny człowiek zjadłby coś, ewentualnie tylko zrobił sobie ciepłej herbaty, umył, być może rozpakowałby się po czym zmęczony poszedłby spać. No, ale przecież nie jestem normalna! Zrobiłam powyższe, nawet z ostatnim punktem włącznie - a jakże! Z tym, że dopiero koło drugiej w nocy. Dlaczego? To proste, bardzo proste – telewizyjna dwójka po północy puszczała drugą część transmisji Koncertu Noworocznego ze Złotej Sali Filharmonii Wiedeńskiej. Nie mogłam tego przegapić, zwłaszcza, że bardzo chciałabym odrodzić w sobie tę świecką tradycję, którą pielęgnowałam z Mamą. Do 01.01.2006 zawsze wspólnie oglądałyśmy Koncert Noworoczny.
Tegoroczny koncert był doprawdy niezwykły, bo poza tradycyjnymi utworami kończącymi go, czyli walcem „Nad pięknym modrym Dunajem” J. Straussa syna i „Marszem Radetzkyego” J. Straussa ojca, to nie znałam ani jednej z prezentowanych kompozycji. Choć bynajmniej nie jestem żadnym znawcą muzyki, po prostu lubię słuchać Straussów, a teraz poznałam parę nowych ich utworów. To miło. Choć szkoda, że w środku nocy i prawie zasypiając w trakcie.

Wehikuł czasu

7 listopada 2019, czwartek
trzy ćwierci na trzecią po południu

Słuchawki w uszach, telefon na sercu, ręce w kieszeniach kurtki i można ruszyć na podbój świata. Przede mną słońce zniżało się, kładąc złote błyski na rudych liściach i zielonych igiełkach drzew rosnących w pobliżu ceglanego budynku przychodni. Raźnym krokiem zeszłam po schodach, prowadzących do głównej ulicy. Skręciłam w lewo i już tylko kilkanaście metrów dzieliło mnie od autobusowego przystanku. W tym roku miasto wyremontowało niemal wszystkie; duże wiaty, wygodne ławki i wyraźne wyświetlacze z odliczaniem do najbliższych odjazdów. Zerknęłam jeszcze raz na rozkład jazdy, by upewnić się co do trasy autobusów, które miały przybyć w przeciągu najbliższych pięciu minut. Wszystkie trzy jechały dokładnie tam, gdzie chciałam.

Najpierw przyjechał nowoczesny, ekologiczny autobus jeżdżący na prąd. Po mieście pomykało już kilka takich egzemplarzy. Naprawdę bajeranckie, nawet mają gniazdka USB. Tylko krzesełka mało wygodne, twarde i śliskie. Można jednak przeżyć. Zresztą, po co narzekać? Kiedy komunikacja jest darmowa! 
Zignorowałam jednak ten autobus, ponieważ na tę linię czekało więcej podróżnych. Skoro nie muszę się tłoczyć, to wskoczyłam do drugiego, który właśnie nadjechał. Kilkanaście metrów dalej widziałam, że zbliża się i ostatni z tej trójki - znów nowoczesny. Mój zaś był stary, wyświechtany dość, z krzesłami obitymi wysiedzianą i poprzecieraną materią. A do tego był praktycznie pusty, więc idealny. 

Rozsiadłam się na miejscu tuż za drugimi drzwiami, oddzielona od wszystkiego - a zwłaszcza od drzwi - szybą. Wehikuł ruszył, a mnie naszła nagła myśl, że - dawno nie jechałam autobusem. To znaczy zdarzało mi się ostatnio, nawet parę razy. Nawet na dość długie odległości, jak na możliwości tak niedużego miasta - to wręcz z jednego końca miasta na drugi. Całe piętnaście minut w autobusie! Szok! Na piechotę od tego punktu A do B, to byłaby niecała godzina.

Odkąd zamieszkałam w Szczecinku omal zapomniałam jak to jest poruszać się po mieście komunikacją miejską. Po pierwsze - całe miasto można obejść na piechotę i nawet człowiek się przy tym specjalnie nie spoci. Chyba, że akurat jest gorąco. Po drugie - mamy samochód. Szok i niedowierzanie. Więc zwykle poruszamy się po mieście samochodem, albo na piechotę przy lepszej pogodzie - zwłaszcza w weekendy. Mimo to... usiąść wygodnie na niewygodnym krzesełku w autobusie. Otworzyć książkę, zatopić się w muzyce. Zapomnieć o świecie. Tęsknię za tym czasem. Ile książek przeczytałam w drodze do szkoły, ile notatek przejrzałam, ile historii wymyśliłam, ile muzyki wysłuchałam. Tego nikt nie zliczy! Chociaż bywały i trudne chwile w komunikacji, zwłaszcza jak jeździło się w przepełnionych wehikułach "na jamochłona" - przyklejona do szyby.

Dawno, dawno temu... w innym świecie i w innym mieście, gdy słońce było bogiem (bo wierzono, że gdzieś tam istnieje ponad chmurami z pary wodnej i dymu), a ja chodziłam do liceum - pardon - jeździłam, doszło do pewnej kuriozalnej sytuacji. W Katowicach, jak niegdyś w wielu innych miastach, bardzo popularną marką autobusów były Ikarus. Ponoć już tam nie jeżdżą, ponoć ostatnie Ikarusy opuściły katowickie drogi z końcem 2016 roku. Ponoć. Na pewno Katowice mają sporo starych autobusów, ale może innych marek. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz byłam w Katowicach, może faktycznie to był 2016? Teraz, jeśli już uda mi się trafić w rodzinne strony, częściej jeżdżę tyską komunikacją, która od dawna prezentowała się o wiele młodziej od katowickiej. Ale mniejsza o to. 

W każdym razie, nie pamiętam już dokładnie - kiedy to się wydarzyło. Myślę, że gdzieś w okolicach drugiej klasy liceum. Na pewno poranek był chłodny, bo miało to miejsce późną jesienią. Może mniej więcej w listopadzie, takim jak mamy teraz? Musiało być już po zmianie czasu, bo rano niebo było szare i zimne. Jechałam na ósmą do szkoły, pierwsza tego dnia miała być lekcja fizyki. Pewnie jakoś dziesięć, piętnaście po siódmej wsiadłam do autobusu. Mało powiedzieć wsiadłam, wepchnęłam się razem z niemałym tłumem oczekujących na ten transport. A z każdym kolejnym przystankiem, ludzi tylko przybywało. Pocieszające było to, że musiało być mi ciepło, gdy stałam w gęstniejącym tłumie. Byłam jako ta łyżka w maminym eintopfie* - tak gęsto, że się nie przewróci.

W okolicy Nikiszowca dosiadła się kolejna spora grupa ludzi, kilkoro osób kojarzyłam, bo to byli koledzy z mojej klasy bądź szkoły w ogóle. W każdym razie, autobus z trudem zamknął drzwi. Miał już ruszać, gdy o owe oparło się zbyt wiele pleców i plecaków. Pomimo wyraźnych napisów, by nie opierać się o drzwi! Zakaz nie był, jak się miało okazać, bezpodstawny. 
Nagle - trach! Dolne zawiasy nie wytrzymały obciążenia. Skrzydła się wyprostowały i odstawały od autobusu na dobrych kilkanaście centymetrów. Kierowca zatrzymał się natychmiast i grzecznie, acz stanowczo wyprosił wszystkich z pojazdu. Po tym, jak wszyscy wysiedli, autobus ruszył do zajezdni. Nie było innego wyjścia, jak znaleźć sobie inny transport. Poszliśmy gromadnie pod kościół św. Anny i tam złapaliśmy "Dwunastkę". Na szczęście nie trafiliśmy na pociąg, to znaczy na zamknięte rogatki między Nikiszowcem a Szopienicami. O, tam jak się miało pecha, to stało się podwójnie! To była trasa towarowa, i zdarzało się, że pociąg zmieniał akurat tory... Czterdzieści węglarek w jedną stronę, i z powrotem... A czasem i jeszcze raz, już po właściwym torze. 

Dzisiaj zdarza mi się czekać na przejeździe kolejowym, by wydostać się z pracy. Mamy bocznicę na terenie zakładu, a ja codziennie widzę przetaczanie wagonów z okien biura. Ale to już zupełnie inna historia.

Odrywam wzrok od pozłacanego nieba, a myśli od wspomnień z innej epoki. Wyjmuję z torby "Wehikuł czasu", może zdołam przeczytać choć ze dwie strony, nim będzie trzeba wysiąść.

*niem./śląski - potrawa jednogarnkowa, w moim domu to była zwykle bardzo gęsta zupa (np. pomidorowa czy krupnik) lub gulasz. Osobiście bardzo lubię dania, których przygotowanie brudzi mało rzeczy. Moje ulubione, zwłaszcza, gdy to moja jest kolej na zmywanie.

Rękopis znaleziony w pękniętym wazonie

12 kwietnia 2011, wtorek
ćwierć na dziesiątą wieczorem

Dawno, dawno temu… W trakcie rozmowy z Lubym, ów zaczął się zastanawiać nad tym, dlaczego ludzie ukrywają swoje pamiętniki. Zdaje się impulsem dla tej wymiany zdań był artykuł o tym, że ktoś gdzieś odnalazł zapiski kogoś, które zostały ukryte gdzieś. To gdzie i czyje były to zeszyty nie ma absolutnie najmniejszego znaczenia w tym miejscu dla dalszych rozważań. W końcu nie w tym rzecz. Chyba to wtedy, przypadkiem zupełnym, dzięki pomocy wujka Google i ciotki Wiki natknęliśmy się na „Pamiętnik znaleziony w wannie”, Stanisława Lema.

Przyznaję, że nigdy nie przeczytałam tej powieści, może kiedyś. Właściwie nigdy nie zdołałam przeczytać żadnej powieści Stanisława Lema. Aczkolwiek próbowałam i wciąż mam nadzieję, że uda mi się skończyć ją czytać – półtorej roku temu zaczęłam lekturę „Głosu Pana”, według jednego z moich znajomych to najtrudniejsza książka Lema, jaką czytał – a mówił, że przeczytał większość. Cóż… Jeśli spadać to z wysokiego konia, prawda? Czy jak brzmiało to przysłowie. W każdym razie od ponad roku nie zajrzałam do tej książki ponownie, grzecznie stoi na półce i czeka napoczęta, tak jak „Pan Wołodyjowski”, znanego skądinąd Henryka Sienkiewicza oraz „Katedra Marii Panny w Paryżu”, Wiktora Hugo.

*dopisek na marginesie: z tych wymienionych tylko jedną przeczytałam do końca, tę trzecią.

Wracając jednak do „Pamiętnika…” prosto z wanny, czemu o tym piszę? Chciałam to miejsce nazwać – rękopisem znalezionym w wannie (albo pod wanną), żeby było zabawnie i dowcipnie. Skoro jednak Stanisław Lem mnie ubiegł, co za tym idzie - musiałam zmienić koncepcję. Po prostu nie wypada ściągać.

W sumie, jak się na tym głębiej zastanowić, to dlaczego ludzie ukrywają swoje pamiętniki? Chyba tego nie zrozumiem, może dlatego, że mój pamiętnik – a przyznam się bez bicia, że prowadzę takowy z różnym szczęściem od 13 sierpnia 2003 roku – nigdy nie był ukrywany. Ewentualny znalazca nie mógłby się więc poszczycić, że odnalazł pamiętnik w wyjątkowo przemyślnie urządzonej skrytce. Aktualnie zeszyt leży wśród wielu szpargałów i książek na kawowym stoliczku, który stoi na środku pokoju - zazwyczaj. Zazwyczaj, ponieważ ze względu na łatwość przenoszenia go, czasem ląduje bliżej mebli, albo okna w zależności od moich humorów i potrzeb. Można by rzec, że mój pokój każdego dnia jest inaczej umeblowany dzięki mobilności rozklekotanego stoliczka kawowego, który niewątpliwie pamięta lepsze czasy, gdy jego nazwa odpowiadała funkcji, którą spełniał.

Wiele lat spędził w salonie mojej Babci, w otoczeniu dwóch prostych foteli obitych czerwoną tapicerką. Zwykle przykryte były narzutami w kolorowe pasy – czerwone po bokach oraz jeśli mnie pamięć nie myli z akcentami bieli, zieleni, niebieskiego i jeszcze innych barw. Przy stoliku stała wysoka lampa ze złocistym abażurem. A nieopodal, już pod samą ścianą – pomiędzy kaflowym piecem a witrynką, umieszczony na niewysokiej, drewnianej podstawce znajdował się ogromny wazon, w który zawsze wetknięte były sztuczne słoneczniki. Dziś nie powiem Wam ile ich dokładnie było, ale wydaje mi się, że co najmniej trzy.

To był taki miły, kawowy kącik u Babci. W zimie od kaflowego pieca biło przyjemne ciepło, choć może to już tylko wytwór mojej wyobraźni? Dziś, zamiast wysokiego pieca wyłożonego ciemno-brązowymi kaflami stoi komoda. Zresztą, to już zupełnie inne mieszkanie, choć wciąż istnieje w nim coś nieuchwytnego, coś co zmusza do wspomnień. Może to ciche tykanie Zegara i mocny ton, który wybija godziny i nieco delikatniejszy, dzielący godzinę na pół?

On się nie zmienił. Ani o jotę. Wciąż wyniosły, o czarnym drewnie, a może malowany na czarno? Nigdy nie dochodziłam prawdy o jego kolorze. Zawsze był czarny, po prostu. Dwa ciężkie, pozłacane ciężarki obniżają się z wolna, z każdą sekundą, którą odmierza wahadło o okrągłym, zdobnym sercu. Pamiętam ten charakterystyczny dźwięk przesuwanego łańcucha, kiedy Mama uważnie podnosiła ciężarki. Najpierw ten po lewej, później ten z prawej. A może odwrotnie?

Wtedy jeszcze musiała uważać na stolik przy wersalce, na którym stał duży, ale chyba czarno-biały telewizor. Pod spodem, na półeczce stało radio – całkiem spore, o intrygującym wyglądzie (albo dla mnie było spore, gdy się ma lat kilka wszystko wydaje się większe). Nie było podobne do niedużego, przenośnego radyjka o jednym głośniku i jednej kieszeni kasetowej, które znajdowało się u nas w domu. Tamto w ogóle nie miało kieszeni, w dodatku miało drewnianą obudowę, a nie plastikową jak nasz poczciwy, czarny Grundig. Posiadało jeden głośnik obity jasną, beżową dziurkowaną materią. Pod nim była ciemna listwa ze skalą i dużą liczbą napisów a pod nią beżowe przyciski, których przeznaczenia nigdy nie odgadłam, no i oczywiście dwa pokrętła – jedno odpowiadało za głośność, drugim przeszukiwało się skalę. Mama kiedyś wspomniała, że Dziadek słuchał na tym odbiorniku Radia Wolna Europa. Co stało się ze starym, dziadkowym radiem? Któż to może wiedzieć? Może znalazło przytulny kąt gdzieś na wysypisku, lub w radiowym raju, dokąd wędrują stare radia po dobrze wysłużonym życiu. Może owo drewniane cudo spotkało tam czarnego Grundiga, który wiele lat służył u mnie w domu.

Z całej gromady mebli pozostał na swoim miejscu już tylko Zegar. Do dzisiaj ma pękniętą szybę w drzwiczkach, które chronią złotą tarczę o czarnych cyfrach i wskazówkach przed nadmierną ilością kurzu. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że szyba pękła. Dla mnie od zawsze była taka, jaka jest. Po prostu. Dlatego widok Zegara zawsze uruchamia pewien mechanizm w mojej duszy, jakby ktoś otworzył tamę… Strumień wspomnień opływa mnie wówczas bez żadnych przeszkód.

Do tego wszystkiego dochodzi widok z okna. On nie zmienił się niemal w ogóle. Tylko pociągi rzadziej przejeżdżają. Widok na ulicę przy której po obu stronach stoi ciąg poczerniałych sadzą kamienic, czyli familoków. Drugi koniec ulicy również zamknięty jest kamienicą, tynk zapewne miał jakiś kolor… Dziś pozostała tylko szarość przełamana jedynie barwą, zwykle zieloną lub żółtą, którą mieszkańcy obramowali okna swych mieszkań. Zaś pomiędzy pierzejami na kablach zawieszone zostały lampy, które huśtają się przy silniejszych podmuchach.

Kilka dni temu, późnym wieczorem opuszczałam gościnne mury starej kamienicy. Ostrożnie schodziłam po nieremontowanych od dawna, drewnianych schodach. Niemal zatrzymałam się w pół kroku, już na parterze, kiedy przez szybę w drzwiach wyjściowych zobaczyłam pełną perspektywę ulicy aż do zamykającej ją kamienicy. Widok był tak niesamowity i nieoczekiwany, że przez dłuższą chwilę nie wiedziałam, gdzie się znajduję. Byłam już wcześniej w tym miejscu, gdzie wymieniono stare, drewniane drzwi na nowe – plastikowe, po tym jak zamontowano domofon z otwieraniem drzwi kodem. Nigdy jednak nie zwróciłam uwagi na ten niezwykły widok. Tego wieczora był nieco przerażający, jakby żywcem przeniesiony z dreszczowca:

Ciemne kamienice. Z co poniektórych okien sączyło się blade światło, przytłumione przez zaciągnięte zasłony. Równolegle zaparkowane samochody. W okolicy jednej z bram stało dwóch lub trzech młodych ludzi ubranych w luźne, dresowe stroje. To jeszcze nie byłoby tak dramatyczne, gdyby nie atramentowa czerń nieba przesłoniętego gęstymi chmurami. I wiatr, silny wiatr wiejący prosto w twarz i boleśnie wtłaczający wydychane powietrze z powrotem do płuc. Wiatr, który z ogromną siłą kołysał zawieszonymi nad ulicą latarniami. Niewątpliwie nielekkie lampy były dla niego niczym papierowe lampiony podwieszone na sznurkach. Żółte plamy światła rzucanego przez latarnie przesuwały się po ulicy, sprawiając, że cienie wokół zaczynały poruszać się w niezrozumiałym, tajemniczym i dzikim tańcu. Do wtóru grał im szum wiatru zmieszany z przejmującym skrzypieniem wydawanym przez kable i kołyszące się lampy… Gdy wreszcie wyszłam na główną ulicę poczułam nagłą ulgę i mimochodem zwolniłam kroku, choć przecież tak naprawdę - nie było czego się bać.

Bezpiecznie wróciłam do domu.