Kartki chronologicznie

Spotkanie z Dr Chirurgiem

16 grudnia 2017, sobota
kwadrans na drugą po południu

Poród i połóg to nie jest najłatwiejszy okres w życiu kobiety, ale da się je przeżyć. W końcu trzeba być twardym Słowianinem, a nie miętkim ninją, czyż nie? Z drugiej strony, jak się człowiek nadwyręży to nie ma sensu zgrywać bohatera. Aczkolwiek próbowałam. Jednak po małej awanturze i zmyciu mi głowy przez Lubego i Teściową zgodziłam się pójść do lekarza, żeby obejrzał moje biodro, które po porodzie nie chciała ze mną współpracować jak na grzeczną część ciała przystało. (Choć były dni, albo raczej - pory dnia, w których nie dawało się we znaki - tak bardzo). Co prawda położna, która odwiedziła Kitkę i mnie tuż po powrocie do domu, pokiwała głową ze zrozumieniem, że tak... może boleć, ale że to minie. Mimo to, ani Luby, ani Teściowa nie byli przekonani, że chodzenie po domu o lasce to stan, który można przyjąć do wiadomości.

Udało mi się zapisać na wizytę blisko Gdańska Głównego, więc by móc obrócić w tę i nazad zanim Kitka zaczęłaby robić Teściowej awanturę, że jest głodna - wzięliśmy taryfę. Zresztą pan Złotówa był bardzo ciekawym człowiekiem, z którym można było spokojnie pogadać o życiu i kosmosie. Ponieważ Święta są za pasem, to i temat ten wypłynął jako pierwszy. Taksówkarz stwierdził, że obecnie Święta to zwykły biznes, a nie Święta. Wspomniał, że przez ostatnie lata jakoś tak się składało, że często miał dyżur w Wigilię.
- Jak wyjeżdżam na trasę, kupuję karton wódki i wiecie państwo? Wszystko uda mi się sprzedać.
- W życiu bym na to nie wpadł, żeby zamawiać taksówkę po wódkę w Wigilię - przyznał, z lekka zszokowany Luby. Cóż, człowiek uczy się całe życie. Szczerze? Też by mi to do głowy nie przyszło.

Jednak od pana Złotówy, większym ewenementem okazał się dr Chirurg, do którego udałam się na konsultacje z tym moim nieszczęsnym biodrem. Doktor, wysoki, starszy pan o miłej aparycji, choć z pozorem nieco oderwanego od świata człowiekiem, zaprosił mnie do gabinetu.
- Noga panią boli? - zapytał tuż po tym, jak wyłuszczyłam w czym rzecz. - To należy do ortopedy iść, bo chirurg to nogi skleja albo ucina - dorzucił z uśmiechem. - To kiedy pani rodziła? Czwartego grudnia? To jakby rodziła pani trzy godziny temu!
W istocie - to był mój pierwszy argument w rozmowie z Teściową i Lubym, że ból w nodze pewnie mi przejdzie prędzej czy później. W końcu połóg trwa sześć do ośmiu tygodni, a u mnie minął zaledwie tydzień. Przyznałam się lekarzowi, że noga dokucza mi tak bardzo, iż w domu zmuszona jestem chodzić o lasce - którą z jakiegoś powodu wiele lat temu w prezencie urodzinowym otrzymał Luby od swych kumpli z rodzinnych stron. Dr Chirurg pokiwał głową i skomentował tylko tak:
- Dobrze... Laskę nosić przy chorej nodze, jak dr House. - Za to na moje nieśmiałe stwierdzenie, że bolące miejsce - zgodnie z zaleceniem Teściowej - obkładam zmrożonymi i potłuczonymi liśćmi kapusty, rzucił z lekką dozą pogardy:
- Kapustą to może pani sobie głowę obłożyć, nawet kształt odpowiedni.
Ostatecznie dr Chirurg przepisał mi ibuprofen i zalecił wizytę u ortopedy. Dr Neurochirurga-Ortopedę też odwiedziłam, dwa dni później. Dr Neurochirurg-Ortopeda po krótkim wywiadzie stwierdził, że tak naprawdę to nie boli mnie biodro, tylko mięśnie, które z powodu wymuszonej pozycji się podkurczyły i ciągnie mnie w miejscu ich przyczepu do miednicy. Zalecił ćwiczenia rozciągające z taśmą i w zasadzie to tyle. Ćwiczyłam w wolnej chwili używając długiego, wełnianego szalika. Też jakoś dało radę. Noga wróciła do normy.

Ale! Nie uprzedzajmy faktów. Gdy wracaliśmy z Lubym, pod domem zaobserwowaliśmy interesujące zjawisko. A konkretnie kota - biało-czarnego kociaka, który wskoczył na niewielkie drzewko posadzone na jesieni pod naszym blokiem. Luby początkowo myślał, że kot skoczył na drzewko, bo dostrzegł tam jakiegoś ptaka - ale nie zauważyliśmy żadnego. Kociak przez chwilę wspinał się wyżej i wyżej. Przystanęliśmy kilkanaście metrów od niego, ciekawi jak rozwiąże problem zejścia. Wielokrotnie słyszałam, że koty mają z tym kłopot ze względu na budowę ich pazurów, które uniemożliwiają schodzenie głową w dół - a i też kocią niechęć do tego typu akrobacji. Jednak ten okaz kota był wyjątkowo sprytnym przedstawicielem swego rodu i z drzewa schodził tyłem. Zrobił to bardzo zręcznie i udanie, czym zasłużył sobie na cichą owację ode mnie. Zresztą, nie tylko my go obserwowaliśmy, ale również para z dzieckiem w wózku, która zatrzymała się w podobnej odległości, co i my.
- Na początku myślałem, że to sroka siadła na tym drzewie... Pewnie był zmiennokształtnym, który odwracał uwagę od innego zdarzenia - zawyrokował Luby, gdy ruszyliśmy do domu. - Bo na tym drzewie nic nie było, więc po co miałby na nie wskakiwać?
No właśnie, a dlaczego kura przeszła przez ulicę? Pewnie też była zmiennokształtna.

Pożegnanie z T-shirtem

17 grudnia 2017, niedziela
trzy ćwierci na dziewiątą rano

Za kilka dni wyprowadzamy się z obecnego lokum. Siłą rzeczy trzeba przejrzeć wszystko i zdecydować, co warto zabierać ze sobą na nowe mieszkanie, a z czym można się z mniejszym lub większym żalem rozstać.

Luby wczorajszym wieczorem wkroczył do szafy i posegregował ubrania. Doszedł do wniosku, że zachowa dwadzieścia koszul i chyba na razie powinien przystopować z zakupami nowych. Z drugiej strony zaś stwierdził, że ma masę T-shirtów, w których nie chodził, bo miał całą górę nowych - zresztą już dawno przerzucił się na czarne polówki i koszule z krótkim rękawem. Zatem T-shirty nie były już przez niego tak eksploatowane. Mimo to, gdy patrzył tak na te swoje koszulki, żal mu serce ściskało.

- Tyle wspomnień... - mruczał pod nosem, wyciągając kolejne sztuki z szafy. - Żal wyrzucać, ale i tak w nich nie chodzę - powiedział. Popatrzyłam na rosnący stos. Sama miałam podobny problem. Koszulki z różnych imprez z ciekawymi nadrukami były miłą i praktyczną pamiątką. No, ale ileż można je nosić? Zwłaszcza, gdy na T-shircie pyszni się napis Chemiliada 2013, albo Zlot Żaglowców 2009. Bogowie nieba i podziemi! 2009! Kto by pomyślał, że to było już ponad osiem lat temu! Gdzieś pomiędzy ubraniami mam jeszcze koszulkę, którą kupiliśmy w Bieszczadach... 10 lat temu. No i mimo iż jest już przykrótka i za ciasna, to wciąż leży w szufladzie - bo wspomnienia.
Jak je zachować, a jednocześnie nie trzymać w domu?
- A może byśmy tak porobili zdjęcia tym koszulkom i założyli album? - rzucam pół-żartem, pół-serio.
- W sumie...

Tak to wyglądało wczoraj. Dzisiaj zaś Luby faktycznie sięgnął po aparat i zaczął skrupulatnie fotografować koszulki. Pomagałam mu je odpowiednio ułożyć, aby jak najlepiej wyeksponować najróżniejsze nadruki. Nie liczyłam ile ostatecznie było tych T-shirtów, ale na pewno więcej niż dziesięć.
- A potem wywołamy te zdjęcia. Zrobimy album i schowamy go tak, by Kitka znalazła go mając naście lat. Będzie się zastanawiać - "o co chodzi?" - rzucił Luby, wrzucając koszulki do worka. - O, wiem! Schowamy go razem z Kamasutrą, żeby miała jeszcze większą rozkminę.
Zaśmiałam się serdecznie, próbując sobie wyobrazić minę córki za te kilkanaście lat. Pewnie dojdzie do wniosku, że jej rodzice nie do końca są "normalni". Ale myślę, że to, to już akurat będzie wiedzieć wcześniej.

Kurier

13 grudnia 2017, środa
trzydzieści pięć minut na pierwszą po południu

Udało mi się wreszcie uspokoić Kitkę i położyć do łóżeczka w towarzystwie niedźwiadka, którego dostała od Dziadków. Miś leży na brzuszku i opiera łebek o niebieską poduszkę, pilnując snów naszej Kitki. A jak się go odpowiednio dotknie, to zaczyna chrapać. Kitka wówczas wpatruje się w niego, marszcząc zabawnie lub otwierając oczy pełne szczerego zdziwienia. Tego południa sen jednak nie chciał przyjść, nawet Miś nie pomagał, bo Kitkę najwyraźniej męczyły problemy trawienne. Na chwilę jednak odpuściły i mała leżała grzecznie u siebie, a ja korzystałam z chwili - i także położyłam się, wpatrując w pomarańczowo-granatowe sowy nadrukowane na ochraniaczu.

Z lekkiego półsnu niespodziewanie wyrwał mnie dźwięk domofonu. Zerwałam się, ignorując rwący ból, który od porodu nie zechciał jeszcze opuścić lewego biodra. Kitka nie zwróciła uwagi na dzwonek, więc pokuśtykałam do drzwi. Z Lubym czekaliśmy na przesyłkę, więc tym bardziej zacisnęłam zęby. Faktycznie, przez domofon zapowiedział się kurier. Po chwili zapukał do drzwi mieszkania.

Wysoki, ciemnowłosy chłopak mógł być w podobnym wieku, co ja. Stał w dość swobodnej pozie, patrząc na mnie z ukosa. Wyglądał, jakby żuł gumę, ale co mnie to obchodziło? W lewym uchu miał słuchawkę bluetooth, która pewnie jest standardowym wyposażeniem kurierów. Z urody przypominał mi jakiegoś starego znajomego, ale zupełnie nie byłam w stanie dopasować do tej twarzy konkretnej osoby.

- Dzień dobry. Pani spod 2X prosiła, żeby zostawić przesyłkę u sąsiadów, a ona sobie ją odbierze później - powiedział niemal jednym tchem. Przez chwilę sądziłam, że się przesłyszałam. Zamrugałam zaskoczona.
- Słucham?
Kurier powtórzył wcześniejszą kwestię; że sąsiadka, że później sobie odbierze, że czy może zostawić paczkę u mnie?
- Nie, nie znam tej pani - odpowiedziałam wreszcie, gdy tylko odzyskałam rezon.
- No, może się pani nie zgodzić...
Mogę? Dziękuję za pozwolenie - pomyślałam, jednocześnie starałam się zapanować nad mimiką, by nie wykrzywić się w cierpkim uśmiechu.
- W takim razie odmawiam. Nie znam tej pani, nie przyjmę jej paczki - powiedziałam spokojnie. Kurier skrzywił się, wyraźnie liczył, że się zgodzę i będzie miał odfajkowaną kolejną przesyłkę. 
- No, dobrze. Po prostu była pani pierwsza... - mruknął. - Do widzenia - rzucił i gdy ja zamykałam drzwi, już pukał do sąsiadów obok. 

Ciekawe, czy faktycznie adresatka wyraziła taką prośbę, by zostawić paczkę u losowego mieszkańca bloku - czy kurierowi nie chciało się wchodzić na trzecie piętro? No i co to znaczyło, że byłam pierwsza? W sumie, może mieszkańcy parteru po prostu byli w pracy - pomyślałam, patrząc na dość wczesną porę. Nie miałam jednak czasu dalej roztrząsać tej kwestii, ponieważ Kitka znów się obudziła, męczona swoimi problemami, które w tej chwili stanowią dla niej większą część jej świata.

Śląscy Komandosi

Zdarzyło się w 2003 roku

Siedzę na krawędzi świata, nogami majtając w kosmicznej przestrzeni. Największa z gwiazd uśmiecha się do mnie łagodnie. Macham do niej wesoło. 

Jak trafiłam na ten czat? Nie pamiętam. Może szukałam strony, gdzie mogłabym podpisać protest. A znalazłam czat. Protestu nigdy nie podpisałam, ale tak jak oni - tęskniłam za tym, co odeszło. Poznałam ich na czacie, niesamowicie pozytywnie zakręconych ludzi. Potrafiłam przesiadywać godzinami przy komputerze, ku ogromnemu niezadowoleniu mojej Szanownej Rodzicielki i Brata, z którym dzieliłam pokój. Rozmawialiśmy na czacie o wszystkim i o niczym, czyli jak parę lat później powiedział mi pewien pisarz: „o życiu i kosmosie”.

- O szesnastej pod Teatrem.
Zwykle tak się umawialiśmy. Nie trzeba było dodawać nic więcej, każdy wiedział, o który teatr chodzi. W wyznaczonym dniu i porze zjeżdżaliśmy się z różnych miejsc i miast. Po przybyciu – jeśli akurat było ciepło i sucho – siadałam na schodach przed Wyspiańskim i czekałam, aż przyjdą. Obserwowałam gołębie przechadzające się po placu. A jeśli ktoś inny przyszedł wcześniej:
- Cześć, Ayers! Dobrze cię widzieć!
I tu następowało krótkie, acz ciepłe powitanie "na misia". Po krótkim oczekiwaniu, schodziła się cała grupa. Sześć, czy osiem osób, może mniej, może więcej, różnie bywało. Każdy przynosił ze sobą całą masę dobrej energii. I to wystarczało. Oczywiście, ani razu nie byliśmy w teatrze.

Z nimi zaczęłam poznawać centrum rodzinnego miasta, w którym bywałam sporadycznie z powodu braku potrzeby. Ale przecież zaczęłam niedawno liceum, najwyższy czas poznać nieco więcej świata, który znajduje się poza otaczającym moją dzielnicę lasem. I przestać podchodzić do ludzi jak do wściekłego psa. Chociaż niektórzy to są jeszcze gorsi.

Scena Gugalander, albo Belka. Ciemne, zadymione wnętrza, każde o swoim własnym, niepowtarzalnym klimacie. Rozmowy prowadzone przy piwie i soku jabłkowym. Dlaczego jabłkowym?

Po pierwsze: niepełnoletni piwa nie pijają, a przynajmniej tego zawsze się trzymałam. Odmawiałam alkoholu, gdy któreś z nich proponowało, i szczęśliwie nikt nie wpadł na „genialny” pomysł wyśmiewania tego. Chwała im za to! Niech żyją w zdrowiu i szczęściu!
Po drugie: sok jabłkowy i jasne piwo w pewnym specyficznym, barowym oświetleniu – a właściwie przy jego braku – mają niemalże idealnie taki sam kolor. Prawda, wyróżniałam się, ale jednocześnie nie rzucało się to w oczy.

Pewnego razu, zdaje się, że Eddy, przyniósł ze sobą piłkę do siatkówki i jengę. Spotkaliśmy się, jak zwykle przed Teatrem, było nas kilka osób. Dziś nie pamiętam kto dokładnie, ale pewnie, byli ci, co przychodzili zwykle i zapamiętałam ich najlepiej z całej drużyny. Poszliśmy całą bandą w dół Alei, w oddali widząc porzucony przez Marsjan kosmiczny statek. Z każdym krokiem byliśmy coraz bliżej i bliżej. Wreszcie znaleźliśmy się wśród soczystej zieleni niedużego skweru, który bezpośrednio graniczy z wybrukowanym placem, gdzie nad Rondem dumnie górują trzy skrzydła odlane w brązie, dar mieszkańców Warszawy.

Rozsiedliśmy się na betonowych, niskich, kwadratowych murkach, znajdujących się u podnóża wznoszącego się delikatnie placu. Wysokie są nie bardziej niż do kolana, ale za to o powierzchni stołu na osiem osób. Tylko projektanci zapomnieli o krzesłach...
Zaczęliśmy zabawę pod pomnikiem. To była już druga taka, w jakiej miałam okazję uczestniczyć. Kilka dni wcześniej nasze spotkanie również obyło się pod pomnikiem. Wówczas ktoś przyniósł piłkę do nogi. Ochoczo poszliśmy na jeden z okolicznych placów, w efekcie - wciągnęliśmy do gry w piłkę samego Marszałka! Z wysokości paru metrów cokołu i grzbietu wiernej Kasztanki, był nam sprawiedliwym, lecz niestety - milczącym sędzią.

Natomiast na placu-cokole skrzydlatego pomnika zagraliśmy w siatkówkę. Bez siatki, bez boiska, bez podziału na drużyny. Czyli tak naprawdę po prostu odbijaliśmy piłkę między sobą. Dobrze się przy tym bawiliśmy. Ale kiedy już wszystkich ręce zaczęły boleć, wróciliśmy do betonowych siedzisk. Eddy wyjął jengę, zaś do pudełka schował butelkę z winem. No, tak. Nie wspomniałam o tym drobiazgu... większość lubiła pić Komandosy. Zresztą, oni też nazywali siebie, Komandosami*. Jeśli miałabym być szczera, nigdy nie spróbowałam tego trunku, nie mam pojęcia jak to smakuje. Wtedy odmówiłam, gdy mi proponowano, bo wcale nie piłam, a dzisiaj odmówiłabym – bo pijam tak rzadko, jakby wcale, a jeśli... to nie tego typu. W każdym razie ukrycie wina w pudełku po jendze było zabawnym posunięciem, ale koniecznym... Jakby nie patrzeć, znajdowaliśmy się w miejscu publicznym, a od pewnego czasu w życie wszedł zakaz takiej praktyki.

Jedni grali, inni się im przyglądali. W którymś momencie razem z Karanissą, Owcą i Myszą poszłyśmy pozwiedzać. Na placu, gdzie stoją skrzydła, od skweru aż do skarpy ciągnie się parę równoległych „ścieżek” wybrukowanych innego koloru kostką niż całość.
- Spójrzcie – powiedziałam do koleżanek. – Oto droga do Nikąd. – wskazałam na jedną ze ścieżek. Prowadziła prosto do nieba, które znajdowało się pomiędzy Superjednostką a innym budynkiem. Ruszyłam, za mną zaś koleżanki, podchwyciwszy chęć podróżowania do Nikąd.
- I jesteśmy.
Usiadłam na samym skraju placu, z nogami wiszącymi nad ziemią, która znajduje się w tamtym miejscu kilka metrów niżej. Usiadły tak, jak ja. Pod nami samochody jeździły po Rondzie. Środek Ronda natomiast przeobraził się przez ostatnie parę miesięcy w ogromną piaskownicę. Przypatrywałam się chwilę placowi budowy. A później poświęciłam nieco uwagi porzuconemu przez Marsjan spodkowi, który z odpowiedniej perspektywy wygląda raczej jak beret, albo może sombrero...

Siedzimy na krawędzi świata, nogami majtając w kosmicznej przestrzeni. Nad nami uśmiechnięte słońce, pod nami przejeżdżają samochody. Machamy przyjaźnie do kierowców i do pasażerów. W głos śmiejemy się, widząc ich zaskoczone miny,... 
...choć raz na jakiś czas, mniej zaskoczeni, także i do nas machają. 

____
*Komando Rock Radia (Śląsk) – ludzie, którzy brali udział w protestach w 2003 roku, kiedy KRRiTV wydała wyrok o odebraniu koncesji; Rock Radio Śląsk 96,3 FM zamilkło 13 września 2003 roku, po zaledwie dziesięciu miesiącach nadawania.

Świąteczne plany

12 grudnia 2017, wtorek
trzy ćwierci na jedenastą wieczór.

Jak to przed świętami, należy ustalić - kto, gdzie i z kim spędzi wigilijny wieczór. Brat wspominał, że będzie go spędzać niedaleko moich Teściów, więc zaproszony został na drugi dzień świąt. Jednak od słowa, do słowa wyszło, że sprawa się rypła i zostaje na miejscu. Zrobiło się smutno, bo nie widzieliśmy się od początku roku. 

Wspominał, że nie pojedzie do ciotki, ani do kuzyna na sylwestra. Co jeszcze bardziej sprawiło, że zrobiło mi się go szkoda. Próbowałam przekonać go, że może jednak warto ruszyć się z domu i poodwiedzać różnych ludzi - skoro i tak ma mieć urlop do końca roku, warto go wykorzystać. Przypomniały mi się wówczas wszystkie te rajdy po Polsce, w które rok w rok zamieniały się moje urlopy. Trasa była zawsze ta sama, lub podobna - Częstochowa, Katowice, Tychy, Szczecinek, Gdańsk. Czasem wpadał dodatkowo Będzin, albo Siecino. Gdzieś w rozmowie wyszło, że być może jednak pojedzie odwiedzić koleżankę w któryś dzień świąt, skoro nie może być u niej na Wigilii. 

- To przecież rzut kamieniem do nas! - mówię mu. - Wsiadasz w pociąg bezpośredni i jesteś. Odbierze cię Teść, albo Luby jeśli będzie akurat mógł - proponuję i zachęcam. Brat przytakuje i czuję, że może weźmie to pod rozwagę: - Dawno się nie widzieliśmy. Ile to już? Od stycznia jakoś będzie, bo przecież później zaszłam w ciążę i już nie ruszałam się z domu. A tak, będziesz miał okazję zobaczyć nas i Kitkę. Miejsce się znajdzie do spania. Rozmawiałam już o tym z Teściową, czuj się zaproszony - mówię dalej, malując przed nim wspaniałą wizję spotkania z młodszą siostrą i siostrzenicą.
- Tak, tak... Jasne. A to jak długo tam będziecie? - pyta w końcu.
- No, przez jakieś najbliższe trzy lata... - odpowiadam, nie kryjąc rozbawienia. Czyżby zapomniał?
- Że... co?! - zdziwił się wyraźnie. A ja śmieję się w najlepsze do słuchawki, wprawiając Brata w jeszcze większą konsternację. W końcu jednak dociera do niego, co powiedziałam. Przypomina sobie nasze wcześniejsze rozmowy. - A! Racja. - Zaczyna się śmiać razem ze mną.

Szykują się wielkie zmiany. Choć część już przybyła na świat, by go nam zmienić i zorganizować na nowo. A niebawem będziemy organizować się na nowych śmieciach ze starymi szpargałami. Tylko najpierw trzeba je wszystkie spakować.