Kartki chronologicznie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczecinek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczecinek. Pokaż wszystkie posty

Dozwolony spacer

16 kwietnia 2020, czwartek
tuż przed ósmą rano

Odkąd zakazali korzystania z wypożyczalni rowerów miejskich, a z Lubym do pracy chodzimy na zakładkę, drogę do zakładu pokonuję na piechotę. Pomimo tego, że komunikacja miejska jest za darmo, jakoś tak… Mimo wszystko, wolę się trzymać z dala. Może to i przesada, w końcu tutaj mamy tylko dwie osoby z potwierdzoną chorobą, które – de facto – nie przebywają już w mieście. Najbliższy szpital zakaźny znajduje się ponad 80 kilometrów stąd.

Teoretycznie mogłabym jeździć samochodem, w końcu po coś zrobiłam to prawo jazdy, czyż nie? Teoretycznie tak, ale… Ale po co? Od domu do zakładu mam jakieś niecałe dwa kilometry. Rzec by się chciało – rzut granatem. Znaczy, beretem. Poza tym mam zrezygnować z jedynej opcji spaceru na rzecz metalowej puszki? O co to, to nie! I to podwójnego spaceru, bo z pracy przecież trzeba też wrócić. Więc drepczę sobie grzecznie. Wychodzę z bloku, przecinam na skos teren zielony pomiędzy naszym blokiem, a następnymi, tworzącymi osiedle. Pokonuję kilka schodków w górę, skręcając przy pochyłym drzewie. Idę dalej, mijając po jednej i drugiej stronie czteropiętrowe bloki. Przemykam po szerokich schodach w dół, przecinam ulicę, znów kawałek trawnika, mijam Biedronkę oraz starszego pana z psem, by po kilkudziesięciu metrach znaleźć się przy głównej ulicy. Zwykle w tym momencie mija mnie autobus, którym bym jechała do pracy, gdyby nie sytuacja obecna.

Po lewej mijam deptak, który wychodzi wprost na plac przed dworcem. Budynek dworcowy widzę w niemal całej okazałości z tej odległości. Choć może okazałość to nadmiar grzeczności. Świetność budowla ma już dawno za sobą, choć wciąż można dostrzec dawny blask i urok bryły. Dwuskrzydłowe drzwi, z której odłazi brązowa farba, prowadzą do zabiedzonej hali dworcowej. Jest w niej pewien czar, i przy odrobinie dobrej woli oraz szczypty wyobraźni, można dostrzec dawne piękno. Zwłaszcza, kiedy podniesie się wzrok znad czarno-białej podłogi i spojrzy na sufit oraz freski biegnące tuż pod nim. Na pożółkłych ścianach wymalowano bowiem girlandę, na której niczym kwiaty rozmieszczono herby najbliższych miast, do których można byłoby się dostać koleją z tego właśnie dworca.

Jednak moja droga nie kieruje mnie do dworca, więc odwracam od niego wzrok i idę dalej, do ronda. Na rondzie prosto, ku wylotówce na Piłę, na wiadukt. Niczym mały rebeliant idę po ścieżce wyjeżdżonej przez rowerzystów i wydeptanej przez setki osób, które szły tędy przede mną, zamiast po chodniku biegnącym w dole. Dzięki temu unikam stromych i sypiących się schodków. Za to idę tuż przy ulicy, ale tym razem nie przeszkadza mi woń wydobywająca się z rur wydechowych mijających mnie samochodów. Maseczka chociaż na tyle się zdaje, choć co chwila parują mi okulary i przez to niemal nic nie widzę.

Przedwczoraj nie miałam maseczki, ale za to promienie słońca niemal oślepiały mnie, świecąc między ukwieconymi gałęziami krzewu, który rośnie nieopodal wieży ciśnień. Choć, gdy wstawałam rano, widok śniegu na trawniku pod sąsiednim blokiem niemal mnie zmroził. Śnieg! Były święta, to i śnieg musiał być. No tak… ale i tak się spóźnił, tak samo jak i na te poprzednie. Luby później wysłał mi wiadomość, chwilę przed ósmą, że gdy Kitka wstała i spojrzała za okno stwierdziła:
- Tak długo się wyspałam, że aż śnieżek spadł!
Cudnie.

Za to dzisiaj dzień rozpoczyna się lepką szarością, za to bez śniegu. Trudno i darmo, kiedy termometr pokazuje siedem stopni. Nawet odważyłam się przerzucić na kurtkę, a zimowy płaszcz odwiesiłam do szafy. Ciekawe, czy na długo?

Na chwilę zatrzymuję się na wiadukcie, by spojrzeć na stację z góry. Właśnie na peron pierwszy wjeżdża osobówka. Skąd jedzie? Dokąd? Ciekawe, jak wielu wiezie pasażerów? Pytania pozostawiam jednak bez odpowiedzi, i ruszam w dalszą drogę. Po chwili znajduję się na drugim brzegu. Za płotem wita mnie znajomy widok czarnego parowozu. Lokomotywa i dwa wagony wyglądają jak porzucona przez dziecko zabawka. Choć może nie tyle porzucona, co zapomniana. Czerwone elementy już wyblakły, białe zżółkły a czerń utraciła swą głębię, błękit na burtach wagoników też jakby mniej żywa. Do zobaczenia, Lokomotywo.

Odbijam od głównej ulicy w pierwszą możliwą na lewo i kontynuuję spacer. Krzewy przy chodniku już coraz śmielej się zielenią. Wiele wcześniej mijałam pyszniącą się złotem forsycję w czyimś przydomowym ogródku. Choć ogródek to chyba nie był, bardziej podwórko, bo za płotem stała sporych rozmiarów kamienica. Coś jak znajome mi skądinąd familoki. Nawet w głębi podwórka stoi niska zabudowa gospodarcza. Za kamienicą, w której mieszkała moja Babcia, stał podobny budyneczek. Dawniej pewnie służył za chlewik, później za coś między komórką a garażem. Za to na niedużym poddaszu mieszkały hodowane przez sąsiada gołębie. Tutaj raczej nikt gołębi nie hodował, ale wspomnienia i podobieństwa same wypłynęły. Chociaż gołąb się znalazł, zapewne przyleciał do karmnika, ale moje przejście go spłoszyło. Grzywacz zerwał się do lotu, jak tylko pojawiłam się w okolicy.

Na podwórku kamienicy stoi karmnik, dość ciekawy i w pewnym sensie skomplikowany w swej budowie. Wygląda na dość wysłużony, jak i cała ta okolica za płotem. Składa się z kilku domków, jeden – na samym szczycie, jest rzeczywiście platformą z daszkiem, na którym można wysypać ziarno. Poniżej są za to zawieszone domki, że tak to ujmę – dwuwymiarowe. Nie jest to zapewne jedna deska, ale wycięte to to jest w kształt domku i w środku ma wyrżnięty duży okrąg, u szczytu którego jest haczyk – dzięki temu w „domku” można zawiesić słoninę, bądź kulkę z ziarna. Całość pomalowana na żółto, czerwono i zielono. To znaczy, kiedyś – bo teraz przydałoby się odświeżyć, by kolory nabrały nieco życia.

Przechodzę przez kołowrotek, odbijam kartę na zegarze. I pierwsze kroki kieruję do stróżówki, by stanąć w wyznaczonym miejscu. Ochroniarka spogląda na ekran, gdzie wyświetla jej się obraz z kamery termowizyjnej. Po chwili mówi mi „dziękuję”, a ja jej na to „do widzenia” i wychodzę. Jestem zdrowa, a przynajmniej nie mam gorączki, więc mogę iść i zająć stanowisko pracy. To nie takie hop-siup, jeszcze muszę przejść parędziesiąt metrów – mijam przejazd kolejowy, przechodzę przez drogę, by przejść wzdłuż żywopłotu oddzielającego drogę od biurowca, za biurowcem na skos – kolejny przejazd kolejowy, kolejne przecięcie drogi, przejście przez parking maszyn i już jestem u drzwi „kontenera”. Budynek wzniesiony został z prefabrykatów, całkiem spory, wygodny i nowoczesny. Nie ma co narzekać.

W końcu mogę zdjąć maseczkę, zdezynfekować dłonie, które i tak zaraz umyję po tym jak zostawię kurtkę w szafie. Wejdę na open-space i krótkim „dzień dobry” witam się z obecnymi już w pracy. Załoga okrojona o połowę, bo albo na urlopach, albo na pracy zdalnej. Przez to jakoś tak smutniej i ciszej, paradoksalnie trudniej się skupić na pracy, bo więcej czasu na myślenie jest... W dodatku przez to wszystko, siadam nie na swoim miejscu, by zachować dystans między mną a kierownikiem zmiany. Zajmuję miejsce mojej kierowniczki, ona natomiast pracuje w „izolatce” po naszym dyrektorze, który zmienił pracę jakiś czas temu. Pokój stoi więc na co dzień pusty, bo obecny woli siedzieć z większością. 

Do dziś środkowy pokój nazywamy czasem „u Jakuba”. Człowiek nie pracuje z nami już od prawie pół roku, a nadal zdarza nam się tak mówić o „jego” biurze. Pewnie dlatego, że nikt się nie kwapił wprowadzać tam po nim. W oderwaniu od wszystkiego, to brzmi teraz trochę jak nazwa karczmy. - To gdzie robimy spotkanie? - Może „u Jakuba”?

No cóż. Wielu ludzi siedzi teraz w domu, z wiadomych przyczyn, a ja zasiadam ponownie nad pracą i liczę pociągi. Cóż, że tak zacytuję „klasyka” z filmików asdfmovie – „I like trains…” A do tego zakwitł mi storczyk w pracy, który dostałam od naszej ekipy z okazji imienin w zeszłym roku. I kiedy sobie tak na niego popatruję, to czasem myślę sobie, że może fajnie byłoby mieć takiego w domu? Na razie jednak rośnie nam na parapecie fasola, ale to… to już zupełnie inna historia.

Wehikuł czasu

7 listopada 2019, czwartek
trzy ćwierci na trzecią po południu

Słuchawki w uszach, telefon na sercu, ręce w kieszeniach kurtki i można ruszyć na podbój świata. Przede mną słońce zniżało się, kładąc złote błyski na rudych liściach i zielonych igiełkach drzew rosnących w pobliżu ceglanego budynku przychodni. Raźnym krokiem zeszłam po schodach, prowadzących do głównej ulicy. Skręciłam w lewo i już tylko kilkanaście metrów dzieliło mnie od autobusowego przystanku. W tym roku miasto wyremontowało niemal wszystkie; duże wiaty, wygodne ławki i wyraźne wyświetlacze z odliczaniem do najbliższych odjazdów. Zerknęłam jeszcze raz na rozkład jazdy, by upewnić się co do trasy autobusów, które miały przybyć w przeciągu najbliższych pięciu minut. Wszystkie trzy jechały dokładnie tam, gdzie chciałam.

Najpierw przyjechał nowoczesny, ekologiczny autobus jeżdżący na prąd. Po mieście pomykało już kilka takich egzemplarzy. Naprawdę bajeranckie, nawet mają gniazdka USB. Tylko krzesełka mało wygodne, twarde i śliskie. Można jednak przeżyć. Zresztą, po co narzekać? Kiedy komunikacja jest darmowa! 
Zignorowałam jednak ten autobus, ponieważ na tę linię czekało więcej podróżnych. Skoro nie muszę się tłoczyć, to wskoczyłam do drugiego, który właśnie nadjechał. Kilkanaście metrów dalej widziałam, że zbliża się i ostatni z tej trójki - znów nowoczesny. Mój zaś był stary, wyświechtany dość, z krzesłami obitymi wysiedzianą i poprzecieraną materią. A do tego był praktycznie pusty, więc idealny. 

Rozsiadłam się na miejscu tuż za drugimi drzwiami, oddzielona od wszystkiego - a zwłaszcza od drzwi - szybą. Wehikuł ruszył, a mnie naszła nagła myśl, że - dawno nie jechałam autobusem. To znaczy zdarzało mi się ostatnio, nawet parę razy. Nawet na dość długie odległości, jak na możliwości tak niedużego miasta - to wręcz z jednego końca miasta na drugi. Całe piętnaście minut w autobusie! Szok! Na piechotę od tego punktu A do B, to byłaby niecała godzina.

Odkąd zamieszkałam w Szczecinku omal zapomniałam jak to jest poruszać się po mieście komunikacją miejską. Po pierwsze - całe miasto można obejść na piechotę i nawet człowiek się przy tym specjalnie nie spoci. Chyba, że akurat jest gorąco. Po drugie - mamy samochód. Szok i niedowierzanie. Więc zwykle poruszamy się po mieście samochodem, albo na piechotę przy lepszej pogodzie - zwłaszcza w weekendy. Mimo to... usiąść wygodnie na niewygodnym krzesełku w autobusie. Otworzyć książkę, zatopić się w muzyce. Zapomnieć o świecie. Tęsknię za tym czasem. Ile książek przeczytałam w drodze do szkoły, ile notatek przejrzałam, ile historii wymyśliłam, ile muzyki wysłuchałam. Tego nikt nie zliczy! Chociaż bywały i trudne chwile w komunikacji, zwłaszcza jak jeździło się w przepełnionych wehikułach "na jamochłona" - przyklejona do szyby.

Dawno, dawno temu... w innym świecie i w innym mieście, gdy słońce było bogiem (bo wierzono, że gdzieś tam istnieje ponad chmurami z pary wodnej i dymu), a ja chodziłam do liceum - pardon - jeździłam, doszło do pewnej kuriozalnej sytuacji. W Katowicach, jak niegdyś w wielu innych miastach, bardzo popularną marką autobusów były Ikarus. Ponoć już tam nie jeżdżą, ponoć ostatnie Ikarusy opuściły katowickie drogi z końcem 2016 roku. Ponoć. Na pewno Katowice mają sporo starych autobusów, ale może innych marek. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz byłam w Katowicach, może faktycznie to był 2016? Teraz, jeśli już uda mi się trafić w rodzinne strony, częściej jeżdżę tyską komunikacją, która od dawna prezentowała się o wiele młodziej od katowickiej. Ale mniejsza o to. 

W każdym razie, nie pamiętam już dokładnie - kiedy to się wydarzyło. Myślę, że gdzieś w okolicach drugiej klasy liceum. Na pewno poranek był chłodny, bo miało to miejsce późną jesienią. Może mniej więcej w listopadzie, takim jak mamy teraz? Musiało być już po zmianie czasu, bo rano niebo było szare i zimne. Jechałam na ósmą do szkoły, pierwsza tego dnia miała być lekcja fizyki. Pewnie jakoś dziesięć, piętnaście po siódmej wsiadłam do autobusu. Mało powiedzieć wsiadłam, wepchnęłam się razem z niemałym tłumem oczekujących na ten transport. A z każdym kolejnym przystankiem, ludzi tylko przybywało. Pocieszające było to, że musiało być mi ciepło, gdy stałam w gęstniejącym tłumie. Byłam jako ta łyżka w maminym eintopfie* - tak gęsto, że się nie przewróci.

W okolicy Nikiszowca dosiadła się kolejna spora grupa ludzi, kilkoro osób kojarzyłam, bo to byli koledzy z mojej klasy bądź szkoły w ogóle. W każdym razie, autobus z trudem zamknął drzwi. Miał już ruszać, gdy o owe oparło się zbyt wiele pleców i plecaków. Pomimo wyraźnych napisów, by nie opierać się o drzwi! Zakaz nie był, jak się miało okazać, bezpodstawny. 
Nagle - trach! Dolne zawiasy nie wytrzymały obciążenia. Skrzydła się wyprostowały i odstawały od autobusu na dobrych kilkanaście centymetrów. Kierowca zatrzymał się natychmiast i grzecznie, acz stanowczo wyprosił wszystkich z pojazdu. Po tym, jak wszyscy wysiedli, autobus ruszył do zajezdni. Nie było innego wyjścia, jak znaleźć sobie inny transport. Poszliśmy gromadnie pod kościół św. Anny i tam złapaliśmy "Dwunastkę". Na szczęście nie trafiliśmy na pociąg, to znaczy na zamknięte rogatki między Nikiszowcem a Szopienicami. O, tam jak się miało pecha, to stało się podwójnie! To była trasa towarowa, i zdarzało się, że pociąg zmieniał akurat tory... Czterdzieści węglarek w jedną stronę, i z powrotem... A czasem i jeszcze raz, już po właściwym torze. 

Dzisiaj zdarza mi się czekać na przejeździe kolejowym, by wydostać się z pracy. Mamy bocznicę na terenie zakładu, a ja codziennie widzę przetaczanie wagonów z okien biura. Ale to już zupełnie inna historia.

Odrywam wzrok od pozłacanego nieba, a myśli od wspomnień z innej epoki. Wyjmuję z torby "Wehikuł czasu", może zdołam przeczytać choć ze dwie strony, nim będzie trzeba wysiąść.

*niem./śląski - potrawa jednogarnkowa, w moim domu to była zwykle bardzo gęsta zupa (np. pomidorowa czy krupnik) lub gulasz. Osobiście bardzo lubię dania, których przygotowanie brudzi mało rzeczy. Moje ulubione, zwłaszcza, gdy to moja jest kolej na zmywanie.

Zdjęcie z wakacji


19 września 2018, środa
pięćdziesiąt pięć minut na pierwszą po południu

Późno-letnie słońce przygrzewało przyjemnie. Rozsiadłam się na ławce w parku, patrząc na kołyszące się pod lekkim dotykiem wiatru sitowie. Muzyka płynąca ze słuchawek wypełniała mi umysł, a promienie ogrzewały mi twarz. Kitka spała w wózku, osłonięta od wiatru i nadmiaru słońca budką, za to ja mogłam się rozkoszować tą chwilą spokoju. Można byłoby rzec: Chwilo trwaj!
Chwilę jednak przerwał mi nieznajomy, który przyszedł od strony pobliskiej szachownicy, przy której co dziennie widuję starszych panów - chciałoby się rzec - pochylonych nad kolejnymi meczami. Trudno jednak pochylać się nad miejskimi szachami, chyba tylko, by podnieść piony. W późniejszym czasie miasto postawiło zaraz obok wielkiej szachownicy kamienny stół i ławki, na którego blacie wmontowana jest mała szachownica. Dzięki temu panowie mogli rozgrywać więcej niż jeden mecz jednocześnie. Swoją drogą, to było bardzo budujące - widzieć ich przy szachach, a nie na przykład pod sklepem. Bo panowie, dość już posunięci w wieku, przesiadywali tam długie godziny i to właściwie co dziennie, jeśli była odpowiednia pogoda. Jako, że ja wędruję tamtędy równie regularnie, to widywaliśmy się bardzo często. Parokrotnie przyuważyłam, że panowie mieli ze sobą kartki - prawdopodobnie spisywali pozycje pionów i figur, gdy nadchodził czas powrotów do domu.

W każdym razie, tego dnia naszedł nas starszy pan, którego nigdy wcześniej - ani nigdy później już - nie widziałam. Nieznajomy był niewysoki, raczej nie wyższy ode mnie. Nosił się schludnie, ubrany w ciemne barwy, pomimo jasnego i ciepłego dnia. Białe, krótkie włosy błyszczały w promieniach słońca. Starszy pan uśmiechnął się do mnie uprzejmie, co jedynie potwierdziło moje pierwsze wrażenie, że mam do czynienia z miłym człowiekiem. Odpowiedziałam uśmiechem, wyjmując słuchawki z uszu. Przy drugim rzucie oka dostrzegłam, że mężczyzna niósł ze sobą torbę, taką jak na aparat fotograficzny.
- Przepraszam, że przeszkadzam... Czy zrobi mi pani zdjęcie? - zapytał, podchodząc bliżej. - Trzydzieści lat temu byłem ostatni raz w Szczecinku - dodał, słowem wyjaśnienia. - Poodwiedzałem starych znajomych, ale zajęci wszyscy i nie mam z kim chodzić po okolicy... Zrobiłem wiele zdjęć w mieście, ale chciałbym mieć też jakieś swoje, a dzisiaj wyjeżdżam - dodał. Chętnie przystałam na prośbę starszego pana i wykonałam dla niego parę ujęć na tle rozświetlonego sitowia. - Już dzisiaj będą wiele kilometrów stąd, bo pojadą ze mną do domu, do Wrocławia - powiedział, gdy zrobiłam zdjęcia.
- Trzydzieści lat... To wiele musiało się zmienić w Szczecinku - zagadnęłam mimochodem, oddając mu aparat. Sama widziałam jak co nieco zmieniło się w okolicy na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat, bo od tylu mniej więcej dość regularnie zaglądałam do rodzinnego miasta Lubego. Wiem jak zmieniły się Katowice odkąd z nich wyjechałam. A trzydzieści lat? To przecież tyle, co ja chodzę po tym świecie...
- O tak, bardzo dużo - przyznał starszy pan z uśmiechem. - ...ale na dobre. Bo we Wrocławiu, wie pani, to zmieniło się na gorsze, teraz to już nawet parki zabudowują. Jak zabudowywali pustki to było dobre, ale teraz... To tylko o kasę chodzi - westchnął ze smutkiem, pakując aparat do torby. W końcu pożegnał się ze mną i ruszył w dalszą drogę. Ja zaś zostałam, obracając w myślach jego ostatnie słowa, by móc zapamiętać to spotkanie jak najlepiej. Aż przypomniało mi się, że w sumie we Wrocławiu też już mnie nie było z dziesięć lat...

Nie do wiary!

29 września 2018, sobota
trzy ćwierci na siódmą wieczór

Ostatnio niezbyt często zdarza nam się korzystać z komunikacji miejskiej. Szczecinek nie jest aż tak rozległym miastem, a przynajmniej - nie mieszkamy aż tak daleko od Teściów. Wystarczająco jednak, by utrzymywać ze sobą bardzo przyjazne stosunki. Spacer do Dziadków zajmuje nam zwykle koło godziny, bo w piękną pogodę nie ma sensu się spieszyć. Czasem nawet dłużej, biorąc pod uwagę, że Kitka bardzo lubi spać w wózku, gdy przyjemnie buja ją na wertepach. Zwykle też wracamy na piechotę. Dzięki temu w ciągu dnia robimy zdrowe siedem kilometrów spacer.

Dziś jednak zasiedzieliśmy się u rodziców Lubego i postanowiliśmy wrócić autobusem. Zagadywaliśmy Kitkę, by nam nie zasnęła po drodze, obserwując mimochodem mijane ulice.
Przejeżdżaliśmy akurat jedną z głównych arterii, przy której, po obu stronach, mieszczą się sklepy różnej maści. Okna jednego z lokali, znajdującego się już niemal na wylocie ulicy, oklejone zostały krzykliwą informacją - do wynajęcia. Luby przez dłuższą chwilę bardzo intensywnie się mu przyglądał. Autobus ruszył z przystanku, a on wciąż się wpatrywał w oklejoną witrynę. Zaintrygowana zapytałam w końcu:
- Co jest?
- A nie... - mruknął, odrywając wreszcie wzrok od budynku. - Myślałem, że zamknęli sklep z dewocjonaliami. Aż nie chciało mi się wierzyć! - dodał.
- Dewocjonalia? - zapytałam z lekko kpiącym uśmiechem na ustach. - I wierzyć... - dodałam, zawieszając głos na ostatnim słowie. Luby popatrzył na mnie, po czym roześmiał się serdecznie, gdy dotarła do niego gra słów i znaczeń:
- Ahaha, mi nie chciało się! - dokończył.

Świąteczne plany

12 grudnia 2017, wtorek
trzy ćwierci na jedenastą wieczór.

Jak to przed świętami, należy ustalić - kto, gdzie i z kim spędzi wigilijny wieczór. Brat wspominał, że będzie go spędzać niedaleko moich Teściów, więc zaproszony został na drugi dzień świąt. Jednak od słowa, do słowa wyszło, że sprawa się rypła i zostaje na miejscu. Zrobiło się smutno, bo nie widzieliśmy się od początku roku. 

Wspominał, że nie pojedzie do ciotki, ani do kuzyna na sylwestra. Co jeszcze bardziej sprawiło, że zrobiło mi się go szkoda. Próbowałam przekonać go, że może jednak warto ruszyć się z domu i poodwiedzać różnych ludzi - skoro i tak ma mieć urlop do końca roku, warto go wykorzystać. Przypomniały mi się wówczas wszystkie te rajdy po Polsce, w które rok w rok zamieniały się moje urlopy. Trasa była zawsze ta sama, lub podobna - Częstochowa, Katowice, Tychy, Szczecinek, Gdańsk. Czasem wpadał dodatkowo Będzin, albo Siecino. Gdzieś w rozmowie wyszło, że być może jednak pojedzie odwiedzić koleżankę w któryś dzień świąt, skoro nie może być u niej na Wigilii. 

- To przecież rzut kamieniem do nas! - mówię mu. - Wsiadasz w pociąg bezpośredni i jesteś. Odbierze cię Teść, albo Luby jeśli będzie akurat mógł - proponuję i zachęcam. Brat przytakuje i czuję, że może weźmie to pod rozwagę: - Dawno się nie widzieliśmy. Ile to już? Od stycznia jakoś będzie, bo przecież później zaszłam w ciążę i już nie ruszałam się z domu. A tak, będziesz miał okazję zobaczyć nas i Kitkę. Miejsce się znajdzie do spania. Rozmawiałam już o tym z Teściową, czuj się zaproszony - mówię dalej, malując przed nim wspaniałą wizję spotkania z młodszą siostrą i siostrzenicą.
- Tak, tak... Jasne. A to jak długo tam będziecie? - pyta w końcu.
- No, przez jakieś najbliższe trzy lata... - odpowiadam, nie kryjąc rozbawienia. Czyżby zapomniał?
- Że... co?! - zdziwił się wyraźnie. A ja śmieję się w najlepsze do słuchawki, wprawiając Brata w jeszcze większą konsternację. W końcu jednak dociera do niego, co powiedziałam. Przypomina sobie nasze wcześniejsze rozmowy. - A! Racja. - Zaczyna się śmiać razem ze mną.

Szykują się wielkie zmiany. Choć część już przybyła na świat, by go nam zmienić i zorganizować na nowo. A niebawem będziemy organizować się na nowych śmieciach ze starymi szpargałami. Tylko najpierw trzeba je wszystkie spakować.

Wyrwa w rzeczywistości

11 maja 2011, środa
trzy ćwierci na drugą po południu.

Odwiedziłam filię Biblioteki Miejskiej, tej przy Rybnickiej. Trudno mi opisać, co jest niezwykłego w tej ulicy, ale tę niecodzienność wyczuwam niemal namacalnie, gdy idę niespiesznym krokiem między zielenią - nade mną kołyszą się gałązki wierzb płaczących, a pospolite ptaki rozprawiają w gęstwinie zieleni krzewów rosnących w ogródkach przed majestatycznymi domami o ciemnoszarych, prawie czarnych ścianach.
Przysiadłam na ławce przed wejściem do jednego z nich i zastanawiałam się, kto może tam mieszkać? Jakimi osobami są ludzie, którzy mieszkają w takiej okolicy? Czy są bardziej wyjątkowi od innych, czy zwyczajni jak wszyscy? Nie pamiętam już, jak długo tak siedziałam, pozwalając myślom błąkać się między puchatymi chmurami, przepływającymi mi nad głową. Za plecami miałam metalowe – coś. Teraz trudno mi powiedzieć, co to było tak naprawdę. Stare i zardzewiałe, może w dniach świetności był to wózek górniczy? A może przedpotopowa kosiarka? Zwykły złom, który intrygował – skąd się tam wziął i jak długo już tam był? Jak długo jeszcze będzie leżał na trawniku przed domem?

Pamiętam pewien skuter, czerwony z czarnymi elementami i równie czarnym siedziskiem. Stał przykuty do niskiego płotka przed jednym z bloków w Szczecinku. Idąc na rynek lub z powrotem, zawsze go mijaliśmy. Mijały lata, karoserię pokrywała rdza, odpadały elementy. Stał tam niezmiennie, przykuty do niskiego, zielonego płotka. Już nigdzie nie mógł pojechać. Z wolna zamieniał się we wrak, a przecież jeszcze parę lat temu lakier wyglądał jak nowy, może nawet był sprawny? A mimo to stał tam, zawsze w tym samym miejscu. Nie ruszany. Śmialiśmy się czasem, że może powinniśmy go sobie wziąć, skoro nikt go nie używa? Ale to były tylko żarty. Skuter wciąż tam stał, więc był już swojski, stał się elementem krajobrazu – jak blok, przed którym tkwił, jak pobliski budynek sądu, czy stojąca nieco dalej kamienica z ledwie widoczną reklamą namalowaną na ścianie brązową farbę; reklamę pamiętającą czasy PRL, głoszącą wszem i wobec, że PZU udziela kredytów... To, że idąc w kierunku rynku, zobaczy się przykuty do płotku skuter, stało się równie pewne, jak to, że następnego dnia wzejdzie słońce. Tylko, że… Skutera już tam nie ma. Znikł. Zauważyliśmy to ze zdziwieniem gdzieś w kwietniu, a może to był już maj? Nieważne. Ważne, że skuter, który stał się dla nas czymś naturalnym w tym miejscu, pozostawił po sobie pustą przestrzeń. Wyrwa zdecydowanie mniejsza niż ta, która zostaje po wyburzeniu domu z szeregu innych domów. Jednak, czegoś wyraźnie brak… Może wreszcie udało mu się wyrwać na wolność?

A może odszedł tam, gdzie odchodzą wszystkie skutery, motory i motorynki, kiedy rdza przeżre ich serce…