Kartki chronologicznie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blok. Pokaż wszystkie posty

Wyrwa w rzeczywistości

11 maja 2011, środa
trzy ćwierci na drugą po południu.

Odwiedziłam filię Biblioteki Miejskiej, tej przy Rybnickiej. Trudno mi opisać, co jest niezwykłego w tej ulicy, ale tę niecodzienność wyczuwam niemal namacalnie, gdy idę niespiesznym krokiem między zielenią - nade mną kołyszą się gałązki wierzb płaczących, a pospolite ptaki rozprawiają w gęstwinie zieleni krzewów rosnących w ogródkach przed majestatycznymi domami o ciemnoszarych, prawie czarnych ścianach.
Przysiadłam na ławce przed wejściem do jednego z nich i zastanawiałam się, kto może tam mieszkać? Jakimi osobami są ludzie, którzy mieszkają w takiej okolicy? Czy są bardziej wyjątkowi od innych, czy zwyczajni jak wszyscy? Nie pamiętam już, jak długo tak siedziałam, pozwalając myślom błąkać się między puchatymi chmurami, przepływającymi mi nad głową. Za plecami miałam metalowe – coś. Teraz trudno mi powiedzieć, co to było tak naprawdę. Stare i zardzewiałe, może w dniach świetności był to wózek górniczy? A może przedpotopowa kosiarka? Zwykły złom, który intrygował – skąd się tam wziął i jak długo już tam był? Jak długo jeszcze będzie leżał na trawniku przed domem?

Pamiętam pewien skuter, czerwony z czarnymi elementami i równie czarnym siedziskiem. Stał przykuty do niskiego płotka przed jednym z bloków w Szczecinku. Idąc na rynek lub z powrotem, zawsze go mijaliśmy. Mijały lata, karoserię pokrywała rdza, odpadały elementy. Stał tam niezmiennie, przykuty do niskiego, zielonego płotka. Już nigdzie nie mógł pojechać. Z wolna zamieniał się we wrak, a przecież jeszcze parę lat temu lakier wyglądał jak nowy, może nawet był sprawny? A mimo to stał tam, zawsze w tym samym miejscu. Nie ruszany. Śmialiśmy się czasem, że może powinniśmy go sobie wziąć, skoro nikt go nie używa? Ale to były tylko żarty. Skuter wciąż tam stał, więc był już swojski, stał się elementem krajobrazu – jak blok, przed którym tkwił, jak pobliski budynek sądu, czy stojąca nieco dalej kamienica z ledwie widoczną reklamą namalowaną na ścianie brązową farbę; reklamę pamiętającą czasy PRL, głoszącą wszem i wobec, że PZU udziela kredytów... To, że idąc w kierunku rynku, zobaczy się przykuty do płotku skuter, stało się równie pewne, jak to, że następnego dnia wzejdzie słońce. Tylko, że… Skutera już tam nie ma. Znikł. Zauważyliśmy to ze zdziwieniem gdzieś w kwietniu, a może to był już maj? Nieważne. Ważne, że skuter, który stał się dla nas czymś naturalnym w tym miejscu, pozostawił po sobie pustą przestrzeń. Wyrwa zdecydowanie mniejsza niż ta, która zostaje po wyburzeniu domu z szeregu innych domów. Jednak, czegoś wyraźnie brak… Może wreszcie udało mu się wyrwać na wolność?

A może odszedł tam, gdzie odchodzą wszystkie skutery, motory i motorynki, kiedy rdza przeżre ich serce…

Powroty do domu

19/20 lipca 2010,
noc z czwartku na piątek.


Późnym wieczorem wracałam do domu. Od wejścia do sieni czułam, że w otoczeniu nastąpiła zmiana, której nie potrafiłam zdefiniować. Światło było przytłumione, a w powietrzu wyczuwałam zapach, jakiego nie potrafiłabym opisać. Przeczucie mnie nie myliło. Tajemnica rozwiązała się, kiedy weszłam do kolejnego pomieszczenia, gdzie znajduje się winda i dwoje drzwi prowadzące do piwnic.

Rozejrzałam się zaskoczona. Skąd w tym miejscu znalazły się egzotyczne rośliny?! Tropikalne pnącza rosły na ścianach, a w wielkich donicach stały podobne do palm drzewka o szerokich liściach. Gdziekolwiek nie zwróciłam wzroku, tam było coś żywego i zielonego. Spojrzałam na, wyglądającą na mniejszą niż zwykle, windę. Wydawała się wystawać z szybu i kształtem przypominała raczej sejf. Chyba pójdę schodami, pomyślałam, nie ufając temu dziwacznemu ustrojstwu, które zastąpiło starą, dobrą windę.

Zrobiłam krok pomiędzy rośliny, znajdujące się również na pierwszych schodach.

- Właściwie nie musimy iść schodami - powiedział mężczyzna, który niespodziewanie znalazł się tuż za moimi plecami. Wyglądał młodo, ale był mi zupełnie obcy. Nie rozumiałam, dlaczego się do mnie odezwał. Mężczyzna otworzył drzwi windy-sejfu, w środku jednak nie było wolnej powierzchni, całe wnętrze wypełnione było roślinami w donicach.

Chwilę później do bloku wszedł kolejny mężczyzna. Zadał pytanie, które dotyczyło zdaje się ulicy w centrum miasta. Obydwoje - tj. ten pierwszy i ja, pokręciliśmy przecząco głowami. Powiedzieliśmy mu, że musi jechać do centrum, aby mógł znaleźć to, czego szukał.

Zanim ten drugi wyszedł, a ja jeszcze nie zdążyłam się ruszyć z pierwszych dwóch schodów, do sieni wpadła starsza kobieta w towarzystwie młodszego mężczyzny. Wyglądali jak poszukiwacze przygód. Nie pytajcie, co to dokładnie znaczy; jakbyście ich zobaczyli, tobyście też uznali, że to poszukiwacze przygód. Może nawet znajomi pana Indiany Jonesa? W każdym razie kobieta stanęła i pewnym, władczym ruchem wskazała jedne z dwóch drzwi, prowadzących do piwnic. Akurat te były dość mocno zarośnięte przez różnego rodzaju pnącza; spomiędzy zieleni ledwo było widać ciemny, brązowy kolor, na który pomalowano drzwi w trakcie remontu parę lat temu.

- Tam znajduje się skarb! - powiedziała kobieta z triumfem w głosie.

Nic już nie rozumiałam.

*

Po chwili obudziłam się, tam gdzie zasypiałam, obok Lubego. W ręce czułam nieprzyjemne mrowienie. Musiałam źle leżeć, ścierpł mi mały i serdeczny palec. Przez dłuższą chwilę zginałam i rozprostowywałam palce, żeby przywrócić normalne krążenie w dłoni. Kiedy mrowienie ustało, ponownie zasnęłam, przytuliwszy się do boku Lubego.

*

Jasny dzień. Wracałam z grupą przyjaciół do domu. Rzuciłam okiem na blok, w którym się wychowałam i niemal stanęłam jak wryta. Wyglądał jakby zaraz miał się rozpaść! Elewacja była w opłakanym stanie, w wielu miejscach brakowało kolorowych kwadracików, które ją zdobiły, tym samym widoczne były ogromne połacie surowego betonu. Okna bloku wydały mi się nienaturalnie duże, ponadto zamiast plastikowych ram, posiadały metalowe, większość była przerdzewiała. Część okien była otwarta na oścież lub pozbawiona szyb.

Czułam narastający niepokój, kiedy tak patrzyłam na coraz bardziej mi obcy blok. Ojciec był pozostawiony sam sobie przez kilka tygodni. Jak sobie radził? Czy nic mu się nie stało? Czy w ogóle był w domu? Mimo opłakanego stanu w jakim był budynek, wydawało mi się, że wnętrza mieszkań były nienaruszone.

Weszliśmy do bloku. I tu kolejne zaskoczenie. Nie było windy! Skierowaliśmy się na schody. Tylko, że... schodów także nie było. W suficie parteru ziała dziura, a nad nią kolejna i kolejna. Trzeba się było wspinać... na ósme piętro! Jakimś cudem udało się Lubemu i mnie dostać na pierwsze piętro. O dziwo, podłoga była drewniana. Zaczęłam z Lubym poszerzać dziurę, by pozostałym przyjaciołom było łatwiej wejść na górę.

*

Sen stał się tak irracjonalny, że w końcu się obudziłam.