Kartki chronologicznie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieczór. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieczór. Pokaż wszystkie posty

Powtarzalność słów i spraw

29 kwietnia 2014, środa,
trzy ćwierci na dziesiątą wieczorem
.

Zwykły wieczór. Między jednym dniem pracy, a drugim. Siadam przed laptopem i przeglądam strony internetowe, jak to mam w zwyczaju. Tu zajrzę na jedno forum, potem na drugie. Napiszę coś głupiego na shoutboksie. W przerwie w serfowaniu napiszę kilka słów do pamiętnika postaci z kampanii Maga. Wciąż mam sporo zaległości w stosunku do sesji. Pomału nadrabiam straty, ale do końca kampanii też niedaleko. Albo zadumam się nad ostatnią sesją, którą poprowadziłam we wtorek. Choć mało co, a skończyłoby się na zwykłej nasiadówie przy piwie.

Klikając kolejne strony, trafiam na bloga osoby należącej do fandomu RPG. Ostatnio zauważyłam w sobie większe zainteresowanie fandomem, choć szczerze? Raczej nie grozi mi wyjazd na jakikolwiek konwent, czy tym podobne ludzkie spędy. Źle się czuję w tłumie. I bynajmniej nie jest to po prostu cytat z piosenki Pidżamy Porno. Lubię ludzi, ale w małych dawkach.

Tak czy inaczej, zaintrygowała mnie zamieszczona na owym blogu notka. Przeczytałam ją Lubemu, żeby go zapoznać z treścią i móc o niej podyskutować.

- Może też powinnaś założyć bloga? - zastanowił się na głos Luby, po tym jak przeanalizowaliśmy kwestię, która tak mnie zafrapowała, że aż chciałam się nią podzielić.
- Przecież już mam - stwierdziłam, myśląc o moim rękopisie z pękniętego wazonu.
- Ale wiesz, taki o RPG, pisałabyś o swoich doświadczeniach w graniu.
Spojrzałam na Lubego z niedowierzaniem.
- Nie miałabym o czym pisać.
- Oni też nie mają, ale jakoś im to nie przeszkadza - zażartował.
- Hm... i tu się różnimy, bo ja wiem, że nie miałabym o czym pisać - rzuciłam w tym samym tonie.

Oczywiście, namiętnie nie czytam blogów ludzi należących do fandomu, od czasu do czasu na jakiś wpadnę. Wzięłam nawet udział w przedostatnim Karnawale Blogów RPG, ale to był jednorazowy wyskok. Ponadto, przy okazji stał się pretekstem do opowiedzenia historii sprzed kilkunastu lat, którą wciąż wspominam z uśmiechem. A właściwie im więcej lat od niej minęło, tym większy wywołuje uśmiech. Nic dziwnego zresztą. Wspomnienia im stają się bardziej mgliste, tym przyjemniejsze mają kolory.

Aczkolwiek przypomina mi się pewna dyskusja na "krzynce", czyli forumowym shoutboksie. Ktoś, kto prowadzi bloga zaangażowanego fandomowo (przynajmniej sprawia takie wrażenie, zajrzałam tam parę razy z ciekawości), zastanawiał się nad tematami, które poruszyć by chciał na swoim blogu. Przyglądając się temu, przypominały mi się czasy, kiedy jak fale przyboju, powracał na forum Narilvatar problem kanapki upadającej na podłogę stroną posmarowaną (Co zabawne, temat ten frapował również użytkowników forum Nowej Gildii, parę lat wcześniej). To tylko przykład, aczkolwiek - byłam związana z tamtym miejscem wystarczająco długo, by móc dostrzec, że z każdą falą nowych użytkowników, tematy w dziale o malowniczej nazwie: Bractwo Mówiących o Wszystkim i o Niczym - powtarzały się dość regularnie. Nowi rzucali tematem rozmowy, a Stara Gwardia wrzucała linki do zamkniętych już tematów, które poruszały dokładnie te same kwestie. Bo nie chciało im się po raz n-ty gadać o tej samej kanapce, która i tak upadnie posmarowaną strona na podłogę. Choćby nie wiem, co.

Historia kołem się toczy, choć teoretycznie każdy o tym wie, nie każdy to dostrzega. W jednej z klas języka polskiego w mojej szkole była wymalowana sinusoida epok literackich. Szczyty: Antyk-Renesans-Oświecenie-Pozytywizm. Dołki: Średniowiecze-Barok-Romantyzm-Młoda Polska. Bo w ostatecznym rozrachunku i tak wychodzi na to, że wszystko już zostało powiedziane - gdzieś, kiedyś. I choć Stanisław Jerzy Lec rzekł "11. przykazanie - Nie cudzysłów!", to przecież "Wszyscy mówimy cytatami", ale niestety autora tych światłych słów nie przytoczę, bo nie pamiętam. Biorąc pod uwagę, jak wiele osób żyje na świecie (o tych, co z tego świata odeszli nie wspomniawszy) - ciężko być oryginalnym, wyjątkowym i mówić coś, co wszystkich zaskoczy.

Koniec Świata przy winie

24 lutego 2013, niedziela,
ćwierć na siódmą wieczór.


Kilka tygodni temu w skrzynce pocztowej znalazłam niezaadresowaną, zaklejoną kopertę. "Kolejna reklama?" – pomyślałam zdegustowana, wchodząc do mieszkania. Po zdjęciu okrycia i butów oraz rzuceniu kluczy na stół, rozerwałam kopertę, aby zobaczyć co też tym razem licho przyniosło. Wbrew początkowemu przeświadczeniu, wewnątrz znajdował się list… o tyle niezwykły, że pochodził od Świadka Jehowy. Na kartce w kratkę, wyciętej z zeszytu o formacie A4, pewna Krystyna napisała do nas list. Ręcznie. Bardzo starannym, schludnym pismem; niestety nie uchroniła się przed paroma błędami ortograficznymi. Z moim skrzywieniem pod tym względem, oczywiście pierwsze co, to właśnie one rzuciły mi się w oczy podczas czytania. W każdym razie w liście pani Krystyna poruszyła, chodliwy odkąd sięgam pamięcią, temat końca świata. Pani Krystyna zaznaczyła, że nie należy wierzyć w żaden z podawanych przez ludzi termin Dnia Zagłady, gdyż w Piśmie powiedziane zostało, iż żaden człowiek nie będzie znał dnia, ni godziny.

Siedząc przy lampce wina z przyjacielem, zaczęliśmy się zagłębiać w treść listu. Ze szczególną uwagą pochyliliśmy się nad kwestią daty końca świata i tego, że żadna z głoszonych przez człowieka, nigdy nie będzie tą właściwą. Więc… gdyby tak każdy kolejny dzień ogłaszać właśnie tym, w którym skończy się świat? Wówczas koniec nigdy nie mógłby nadejść, ponieważ człowiek nie zna dnia, ani godziny, czyż nie? To, zdaje się, byłby najprostszy sposób na uniknięcie zagłady… Luby wesoło podsumował nasze rozmyślania:
- W ten sposób można by strollować Boga!
- Można trollować różne byty – przyznał nasz przyjaciel ostrożnie, zupełnie nie podzielając entuzjazmu Lubego. - Ale trollowanie Boga…? Myślę, że to dość ryzykowne – zauważył trzeźwo, ostatecznie zamykając dyskusję na temat końca świata i sposobu na jego obejście.

Mag?

2 grudnia 2012, niedziela.
Ćwierć na jedenastą w nocy.



Stałam z Lubym nieopodal wiaty przystankowej, wpatrując się w pomarańczowy blask bijący od latarni po drugiej stronie autobusowej pętli. Światło rozpraszało się na nagich gałęziach pobliskich drzew i spływało po pochyłościach okolicznych budek sklepowych. Kilka kroków od nas, tuż przy autobusie, który za kilka chwil miał ruszyć w trasę, mała dziewczynka wyrywała się młodemu mężczyźnie wzywając na pomoc policję. Przyglądaliśmy się temu z uśmiechem zażenowania i politowania. „Ratunku! Policja! Zostawcie mnie! Puść!” – wołała dziewczynka, usilnie próbując się wydostać z objęć mężczyzny. Wierzgała niczym dzikie stworzenie. Zaś matka dziewczynki bezskutecznie próbowała ubrać latorośl w kurtkę i czapkę.
- Nie jest mi zimno! Puśćcie mnie! – krzyczała mała. Ostatecznie wygrał argument, że jak nie pozwoli się ubrać, to już nigdy więcej nie przyjdzie z mamą odebrać ojca z pracy. Dziewczynka uspokoiła się na tyle, aby ubranie okrycia wierzchniego było w ogóle możliwe. Kiedy dziecko miało już na sobie kurtkę – o! nie liczcie, że dało na siebie ubrać czapkę i szalik! A skąd! Pobiegło radośnie w kierunku peronu Szybkiej Kolei Miejskiej z okrzykiem: "Idę na pociąg!"

Nie wiem, jakie były dalsze losy niepokornej Dziewczynki, gdyż na scenę wstąpił zupełnie inny bohater.

Z naprzeciwległego końca pętli nadchodził mężczyzna ubrany w granatowy, ortalionowy płaszcz. W prawej ręce niósł wypchaną czarną aktówkę, która zapewne niejedno z nim już przeszła. Na głowie miał zwykłą, ciemną, wełnianą czapkę. Nie wyróżniał się urodą. Mógł mieć za sobą już około pięćdziesięciu lat. Szedł równym, szybkim krokiem, a w jego postawie można było wyczuć napięcie i rosnące wzburzenie, które niespodziewanie zyskało ujście. Z nieruchomym spojrzeniem, zaczął rzucać inwektywami, mniej więcej w kierunku, w którym staliśmy.

- Marian, ch*ju! – z takim okrzykiem szedł przez ulicę, prześlizgując się wzrokiem po naszej dwójce. W jego czarnych oczach widziałam nienawiść. Przez chwilę naprawdę bałam się, że zwraca się do mojego Lubego. Jednak nie, przeszedł mimo. I stanął na wprost… automatu biletowego, krzycząc dalej: – Marian, jesteś dla mnie zwykłą k*rwą! – po czym wskazującym palcem groził: - A ciebie, ch*ju, za to że przyznałeś, że jesteś jego synem – obedrę ze skóry!

Patrzyliśmy na tę scenę w osłupieniu. Podobnie jak pozostali ludzie, oczekujący autobusu. Mężczyzna nie wydawał się być pijany, choć gdy przechodził, miałam wrażenie, że trochę wionie od niego alkoholem. Ani tym bardziej nie był naćpany. A mimo to – wygrażał się automatowi. Poszedł dalej. Znikając nam z oczu.

Gdy już siedzieliśmy w autobusie, zaczęłam zastanawiać się, gdzie właściwie podział się ów gniewny mężczyzna? Nie widzieliśmy dokąd poszedł po obrzuceniu automatu przekleństwami. Wydawało mi się, że przeszedł pomiędzy automatem a wiatą… I dalej już go nie widziałam. Zniknął.

Ostatnio Luby studiuje podręcznik do gry RPG – „Mag: Wstąpienie”. W owym opisani zostali magowie, których pochłonęło szaleństwo i robią wokół siebie wiele zamieszania, odwracając uwagę ludzi i rzeczywistości od swojej magii. Jadąc do domu, zaczęliśmy się zastanawiać, czy przypadkiem nie minął nas właśnie jeden z nich. Może między wiatą a automatem znajdowało się przejście do innego świata, a wyzwiska były tylko wyjątkowo zawoalowaną inkantacją, która otwierała portal? Któż to wie… a my dostrzegliśmy ten niuans i zastanawiamy się nad tym tylko dlatego, że jak większość graczy rpg na swojej „karcie postaci” moglibyśmy zaznaczyć, co najmniej jedną „kropkę” w umiejętności „okultyzm”?

W każdym razie zgadzam się z Lubym:
Rzeczywistość nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.