Kartki chronologicznie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty

Mamo, narysuj mi kotusia!

19 marca 2020, czwartek
pierwsza po południu

Nie wiem, jak do tego doszło, że powstał. Ale fakt faktem, pojawił się niespodziewanie, i być może zostanie na dłużej. W pewnej chwili, Kitka po prostu powiedziała do mnie:

- Mamo, narysuj kotusia!

Przywykłam już do potrzeb w ten sposób artykułowanych. Chociaż pilnujemy, by się zbytnio nie zapędzała w swoich żądaniach i dodawała – proszę. Więc bywa, że mówi – „Mamo, chrupkę! Mamo, proszę chrupkę! Ale cztery!” – tak, do żądań często jest dołączona również bardzo konkretna liczba. Ostatnio dochodzą do tego jeszcze krzyki i histeryczne płacze. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzą chrupki, biszkopty, czy inne policzalne ciasteczka. Wtedy wchodzimy w strefę targów, pisków, krzyków i łez. Ja staram się uspokoić jej rozkołatane nerwy, a przy okazji zbić liczbę do bardziej akceptowalnych poziomów, a Kitka obstaje przy czterech. Nie! Pięć! Oczywiście Kitka jeszcze nie jest z tych, co potrafią liczyć – bo kolejność liczb dla niej nie ma wielkiego znaczenia. Czasem sama się zapędzi i sądząc, że mówi większą liczbę, podaje najpierw pięć, a potem cztery, czasem trzy.

Przez pewien czas liczbę trzy zastępowało u niej słowo „tyle!”. Koniecznie z wykrzyknikiem. Miała taki okres w życiu, że cokolwiek nie dostawała do ręki – chrupkę, biszkopt, i tym podobne – zawsze musiało być tego sztuk dwie. Ponieważ najpierw dostawała jedna rączka, a druga nie mogła pozostawać gorsza. Trudno było ją tego oduczyć, zwłaszcza, jak w grę zaczęło wchodzić „tyle!”, ponieważ jej małe rączki zrobiły się ciut większe i pojemniejsze, więc jedna rączka była w stanie pomieścić dwa biszkopty… Co za tym idzie, w drugiej kitkowej łapce niespodziewanie robiło się miejsce na jeszcze jeden smakołyk. Teraz znów jest ciut większa i wie, że w jej łapkach zmieszczą się już co najmniej cztery chrupki, a paluszków to już na pewno pięć!

Niedawno jednak jej "matematyczne" zdolności mnie zaskoczyły, bo gdy doszło do targów, kiedy ona żądała czterech chrupek, a ja upierałam się przy dwóch – Kitka wypaliła: Osiem!

Ostatecznie i tak wyszło na moje. Jednak nie omieszkałam się podzielić odkryciem z Lubym, który po chwili namysłu doszedł do wniosku, że odpowiedź Kitki jest jego winą. Zdarzało mu się parę razy rzucić do niej (podczas owych przekąskowych targów) – ta, może osiem? Dziecko zapamiętało, i uraczyło mnie taką odpowiedzią. Może i Kitka ma dopiero dwa lata z okładem, ale jednak pamięć ma z tych naprawdę dobrych.

Nie dalej jak dzisiaj czytałam jej nową książkę, wczoraj ze dwa razy i dzisiaj kolejne trzy. Parę godzin później udało mi się ją przekonać, że nie posiadamy zmywarki i mama musi iść do kuchni umyć tę stertę naczyń. Zaproponowałam, żeby jak zwykle, poszła do kuchni razem ze mną. Żeby mieć ją na oku podczas zmywania, czy gotowania, staram się, żeby każdorazowo zabierała ze sobą krzesełko oraz jakąś książeczkę. Ustawia wówczas krzesełko w rogu, rozsiada się na nim i „czyta”. Dzisiaj było nie inaczej, wstawiła krzesełko do kuchni i pobiegła do pokoju. Po chwili wróciła z książeczką, którą czytałyśmy po śniadaniu. Słyszałam jak przeglądając tężę książeczkę, „czyta” z pamięci niektóre fragmenty, z czegoś co czytałyśmy ledwo parę razy. Z kilku książek niektóre wiersze i wierszyki zna już praktycznie na pamięć i jak czytamy książkę, służę jej wyłącznie za miejsce do siedzenia. Z drugiej strony, część mówi zupełnie po swojemu…
Była sobie raz grajeczka, pokochała grajkę. Król wyprawił im wesele i baja skończona – tak, to jedna z jej osobistych wersji „Bajki iskierki”. A na stacji stoi Lomokotywa – pomimo tego, że po sylabach wychodzi lokomotywa. Ale gdy proszę o powtórzenie, to reaguje jak Joey uczący się francuskiego z Phoebe.

Ale! Dość o językowych zdolnościach Kitki. Mam wygadany egzemplarz dziecka, po prostu. W każdym razie, Kitka w którymś momencie przysiadła się do stoliczka, na którym ma rozrzucone kartki i kredki. W pewnej chwili woła mnie, że będziemy rysować. Podaje mi kredkę i mówi:

- Mamo, narysuj mi kotusia! Proszę!

Pomimo „proszę”, wiem, że nie ma opcji odmowy.
- Mam ci narysować kotka, tak? – dopytuję, siadając na ziemi obok niej.
- Nie, kotusia! Narysuj mi kotusia! – mówi z naciskiem, jaki tylko potrafi wywierać dwulatek. Kotuś. Nie kotek, tylko kotuś. Biorę kredkę do ręki i patrzę z powagą na córkę.
- Hm… No dobrze. Ale jak wygląda kotuś? Jak kotek?
- Tak!
- Ale… ma skrzydełka? – zadaję podchwytliwe pytanie, ciekawa jak zareaguje Kitka.
- Tak!
- Jak motylek? – dopytuję, rysując kółko, które docelowo ma zostać kotusiową głową.
- Tak! – potwierdza moje przypuszczenie Kitka.
- I ogonek jak papużka?

Ponownie otrzymuję ze strony Kitki pełne entuzjazmu, zielone światło. W ten sposób otrzymałyśmy kotusia. I kotusie wyparły zwykłe kotki, o których narysowanie jak do tej pory notorycznie prosiła mnie Kitka. Potem dostałam kolejną kredkę i tę samą prośbę – o kotusia. Chyba dostałam po kolei wszystkie kolory, jakie w zasięgu ręki miała Kitka. Więc kartka bardzo szybko zapełniła się skrzydlatymi kotusiami.

Następnego dnia, Kitka znowu zasiadła do stolika i scenariusz się powtórzył. Co prawda bez pytań pomocniczych, bo już wiedziałam jak narysować kotusia. Novum była natomiast prośba o dorysowanie kotusiom nakryć głowy. Więc mamy teraz kartkę pełną kotusiów, z czego każdy ma co innego na głowie. Jeden ma więc cylinder, inny zaś wełnianą czapkę, następny ułańską rogatywkę, sombrero czy beret. Jak pokazałam Lubemu nasze dzieło, beret od razu rzucił mu się w oczy, po czym stwierdził, że może powinnam coś o nich napisać? Być może. Ale rysowanie kotusiów mnie tak wciągnęło, że zanim wymyślę jakie mogą mieć charakterki i przygody, to zasiadłam do tabletu i dałam się ponieść inspiracji, jaką otrzymałam od Kitki.
Zwykle tego nie robię, ale efekt przerósł moje oczekiwania i myślę, że pierwszy (oby nie ostatni) Kotuś zasługuje, by zaistnieć również tutaj.

 Kotuś

Spotkanie z Dr Chirurgiem

16 grudnia 2017, sobota
kwadrans na drugą po południu

Poród i połóg to nie jest najłatwiejszy okres w życiu kobiety, ale da się je przeżyć. W końcu trzeba być twardym Słowianinem, a nie miętkim ninją, czyż nie? Z drugiej strony, jak się człowiek nadwyręży to nie ma sensu zgrywać bohatera. Aczkolwiek próbowałam. Jednak po małej awanturze i zmyciu mi głowy przez Lubego i Teściową zgodziłam się pójść do lekarza, żeby obejrzał moje biodro, które po porodzie nie chciała ze mną współpracować jak na grzeczną część ciała przystało. (Choć były dni, albo raczej - pory dnia, w których nie dawało się we znaki - tak bardzo). Co prawda położna, która odwiedziła Kitkę i mnie tuż po powrocie do domu, pokiwała głową ze zrozumieniem, że tak... może boleć, ale że to minie. Mimo to, ani Luby, ani Teściowa nie byli przekonani, że chodzenie po domu o lasce to stan, który można przyjąć do wiadomości.

Udało mi się zapisać na wizytę blisko Gdańska Głównego, więc by móc obrócić w tę i nazad zanim Kitka zaczęłaby robić Teściowej awanturę, że jest głodna - wzięliśmy taryfę. Zresztą pan Złotówa był bardzo ciekawym człowiekiem, z którym można było spokojnie pogadać o życiu i kosmosie. Ponieważ Święta są za pasem, to i temat ten wypłynął jako pierwszy. Taksówkarz stwierdził, że obecnie Święta to zwykły biznes, a nie Święta. Wspomniał, że przez ostatnie lata jakoś tak się składało, że często miał dyżur w Wigilię.
- Jak wyjeżdżam na trasę, kupuję karton wódki i wiecie państwo? Wszystko uda mi się sprzedać.
- W życiu bym na to nie wpadł, żeby zamawiać taksówkę po wódkę w Wigilię - przyznał, z lekka zszokowany Luby. Cóż, człowiek uczy się całe życie. Szczerze? Też by mi to do głowy nie przyszło.

Jednak od pana Złotówy, większym ewenementem okazał się dr Chirurg, do którego udałam się na konsultacje z tym moim nieszczęsnym biodrem. Doktor, wysoki, starszy pan o miłej aparycji, choć z pozorem nieco oderwanego od świata człowiekiem, zaprosił mnie do gabinetu.
- Noga panią boli? - zapytał tuż po tym, jak wyłuszczyłam w czym rzecz. - To należy do ortopedy iść, bo chirurg to nogi skleja albo ucina - dorzucił z uśmiechem. - To kiedy pani rodziła? Czwartego grudnia? To jakby rodziła pani trzy godziny temu!
W istocie - to był mój pierwszy argument w rozmowie z Teściową i Lubym, że ból w nodze pewnie mi przejdzie prędzej czy później. W końcu połóg trwa sześć do ośmiu tygodni, a u mnie minął zaledwie tydzień. Przyznałam się lekarzowi, że noga dokucza mi tak bardzo, iż w domu zmuszona jestem chodzić o lasce - którą z jakiegoś powodu wiele lat temu w prezencie urodzinowym otrzymał Luby od swych kumpli z rodzinnych stron. Dr Chirurg pokiwał głową i skomentował tylko tak:
- Dobrze... Laskę nosić przy chorej nodze, jak dr House. - Za to na moje nieśmiałe stwierdzenie, że bolące miejsce - zgodnie z zaleceniem Teściowej - obkładam zmrożonymi i potłuczonymi liśćmi kapusty, rzucił z lekką dozą pogardy:
- Kapustą to może pani sobie głowę obłożyć, nawet kształt odpowiedni.
Ostatecznie dr Chirurg przepisał mi ibuprofen i zalecił wizytę u ortopedy. Dr Neurochirurga-Ortopedę też odwiedziłam, dwa dni później. Dr Neurochirurg-Ortopeda po krótkim wywiadzie stwierdził, że tak naprawdę to nie boli mnie biodro, tylko mięśnie, które z powodu wymuszonej pozycji się podkurczyły i ciągnie mnie w miejscu ich przyczepu do miednicy. Zalecił ćwiczenia rozciągające z taśmą i w zasadzie to tyle. Ćwiczyłam w wolnej chwili używając długiego, wełnianego szalika. Też jakoś dało radę. Noga wróciła do normy.

Ale! Nie uprzedzajmy faktów. Gdy wracaliśmy z Lubym, pod domem zaobserwowaliśmy interesujące zjawisko. A konkretnie kota - biało-czarnego kociaka, który wskoczył na niewielkie drzewko posadzone na jesieni pod naszym blokiem. Luby początkowo myślał, że kot skoczył na drzewko, bo dostrzegł tam jakiegoś ptaka - ale nie zauważyliśmy żadnego. Kociak przez chwilę wspinał się wyżej i wyżej. Przystanęliśmy kilkanaście metrów od niego, ciekawi jak rozwiąże problem zejścia. Wielokrotnie słyszałam, że koty mają z tym kłopot ze względu na budowę ich pazurów, które uniemożliwiają schodzenie głową w dół - a i też kocią niechęć do tego typu akrobacji. Jednak ten okaz kota był wyjątkowo sprytnym przedstawicielem swego rodu i z drzewa schodził tyłem. Zrobił to bardzo zręcznie i udanie, czym zasłużył sobie na cichą owację ode mnie. Zresztą, nie tylko my go obserwowaliśmy, ale również para z dzieckiem w wózku, która zatrzymała się w podobnej odległości, co i my.
- Na początku myślałem, że to sroka siadła na tym drzewie... Pewnie był zmiennokształtnym, który odwracał uwagę od innego zdarzenia - zawyrokował Luby, gdy ruszyliśmy do domu. - Bo na tym drzewie nic nie było, więc po co miałby na nie wskakiwać?
No właśnie, a dlaczego kura przeszła przez ulicę? Pewnie też była zmiennokształtna.