Kartki chronologicznie

Historia pewnej znajomości

22 marca 2010, poniedziałek.
trzy ćwierci na dziewiątą wieczór

Wena, to irytujące stworzenie jest jak kochanek, który boi się zobowiązań. Przychodzi na chwilę, zawraca biednej dziewczynie w głowie, omotuje ją, okręca sobie wokół palca. Początkowo usługuje jej, rozpieszcza, powoduje nagłe, euforyczne stany. A potem, po tych kilku dniach, czasem i tygodniach uniesień... odchodzi bez słowa, zostawiając tylko brudną skarpetkę pod łóżkiem i wspomnienia cudownych chwil. Zostawia po sobie masę rozgrzebanych spraw, które jątrzą ranę samotności, za każdym razem gdy tylko człowiek sobie o nich przypomni.

I nagle wraca... przeprasza, prosi o wybaczenie. Przynosi bukiet róż i śniadanie do łóżka. Obiecuje poprawę. A głupie dziewczę wierzy, że może tym razem zostanie już na zawsze i będzie cudownie aż po kres ich dni. I jest znów pięknie, kolorowo, stare rany się zasklepiają pod czułym dotykiem. Ale historia lubi się powtarzać. Wena odchodzi, pozostawiając po sobie pustkę i niechęć. I słowa dziewczyny: A, idź w cholerę! Nie chcę już. Nie będę! Mam to wszystko gdzieś!

Aż nagle przychodzi taki dzień, kiedy znów po długiej nieobecności wraca... Skruszony. Chce przepraszać. Zostaje łaskawie wpuszczony do domu, ale sprawa niespodziewanie dla niego stawiana jest na ostrzu noża.
- Będzie tak jak ja chcę, lub nie będzie wcale – mówi kategorycznym tonem dziewczyna. – Jeśli nie, droga wolna. Gdzie są drzwi, sam wiesz.
Zostaje, bo może rzeczywiście tęsknił? Może faktycznie się zmienił? Ale w końcu zaczyna przeszkadzać dziewczynie w życiu. Niespodziewanie to ona chciałaby się go pozbyć, wystawić za drzwi i mieć spokój. Nie umie wytrzymać z jego obecnością, narzucającą potrzeby, których nie jest pewna, czy chce zaspokajać. Po tylu razach, kiedy pojawiał się i znikał, gdy wracał i odchodził – teraz to ona ma ochotę uciec, odejść. Zostawić go za plecami i przejść się gdzieś bez jego natrętnego towarzystwa. Przestać myśleć o kolejnych słowach, zdaniach, epizodach... przestać wymyślać fabuły.
By móc wreszcie zająć się życiem, które zdaje się przebiegać bez jej udziału...

... tylko jak pozbyć się kogoś, kogo kocha się do szaleństwa? I pragnie się w głębi serca, by pozostał już na zawsze? A słowa innych o zabranianiu zaprzestania pisania kwituje się krzywym uśmiechem, bo po cóż zabraniać, jeśli nie chce się zaprzestać?

Noworoczna podróż

2 stycznia 2011, niedziela
dwunasta w południe.

Dawno nie jechałam w tak zatłoczonym pociągu, choć prawdę mówiąc spodziewałam się czegoś mniej więcej w tym stylu. Ostatecznie to drugi stycznia. W chwilach zwątpienia myślałam: a mogłam jechać pociągiem o siódmej! Mogłam, ale nie pojechałam, bo spałam do dziewiątej. Ale pocieszałam się myślą, że mnie przynajmniej udało się wsiąść…

Sporo ludzi, którzy również chcieli jechać nie zdołali się zmieścić w pociągu. Mam wrażenie, że na peronie zostało więcej niż połowa oczekujących. Mnie udało się tylko dzięki uprzejmości chłopaka w rastafariańskiej czapce, który pomógł mi w ścisku przy drzwiach pociągu zdjąć plecak i umieścił go w toalecie, gdzie przebywała czwórka osób: trzy dziewczyny i chłopak z M.L. Kossakowską i jej „Siewcą Wiatru”, a także ich bagaże. Później ludziom, którym udało się przepchać przez korytarz ku toalecie mówiliśmy: tutaj pan/pani nie skorzysta – awaria! Ewentualnie: Ale tam są cztery osoby i bagaże, i drzwi się nie zamykają… No, chyba, że to panu/pani nie przeszkadza? Tudzież wysyłaliśmy ich do toalety w wagonie obok, gdzie co prawda siedziało pięciu lub sześciu chłopa, ale za to byli bardziej „mobilni”, jak ktoś zauważył. Dwa razy wpuściliśmy do „naszej” toalety matkę z dzieckiem. Osoby w ubikacji stanęły twarzą do ściany, jedna w drzwiach i w ten sposób zdołali zapewnić chłopczykowi choćby minimum prywatności. Ktoś przy drugim razie krzyknął do nich: „Ustawić się! Pod ścianę!” Zresztą, to nie jedyny objaw wisielczego humoru dnia wczorajszego:

Pewna dziewczyna rozmawiała przez telefon. Nie zazdrościłam jej szczególnie, mimo że miała walizkę, na której mogła usiąść – ja do dyspozycji miałam tylko pionową rurkę przy ścianie, na której powiesiłam torbę i reklamówkę z jedzeniem. Ba! Opierając się o ową rurkę udało mi się nawet parę razy przysnąć… Natomiast jasnooka dziewczyna jechała do Warszawy - z przesiadką w Poznaniu, a nasz zapchany pociąg z każdą chwilą nabierał coraz większego opóźnienia – bo choć od momentu w którym wsiadłam, nikomu nie otworzyliśmy drzwi aż do Poznania to pociąg na każdej stacji stał po kilka-kilkanaście minut. W każdym razie, jak się rzekło - dziewczę rozmawiało przez telefon i w pewnym momencie powiedziała: Jadę pociągiem. A pewien młodzian stojący obok (nota bene mój kumpel z grupy! sic! Jaki ten świat mały) rzucił z głupia frant: …do Oświęcimia! Cóż,… „Historyczna rekonstrukcja pociągu śmierci” – jak rzekł pewien człowiek w innym, równie zatłoczonym pociągu.
Swoją drogą kumpel wracał z Sylwestra nad Morzem ze znajomymi (jak się później domyśliłam - czworo jego znajomych pilnowało w toalecie mojego plecaka). Wspólnie rozwiązywali krzyżówki. Jedna z dziewczyn czytała na głos pytania, a odpowiadali jej prawie wszyscy w okolicy. Niekoniecznie byli to jej znajomi. I tak to się jechało… Czasem informując osoby z toalety na jaką stację właśnie się wtoczyliśmy. Chłopak z rastafariańską czapką otwierał na stacjach drzwi – oczywiście tylko wtedy, kiedy za drzwiami nie było peronu! Po co? Cóż, czymś trzeba oddychać, prawda? I tak jechałam, przysypiając, a czasem rozmawiając z chłopakiem w trójkolorowej czapce i z jego dziewczyną, tudzież rzucając hasłem do krzyżówki. Jechałam z nadzieją, że – może w Poznaniu uda się wcisnąć do przedziału? Może…

Do Poznania dojechaliśmy z siedemdziesięciominutowym opóźnieniem. Udało mi się przedostać w głąb wagonu. Niestety nie mogłam liczyć na miejsce siedzące w przedziale, musiałam się zadowolić stojącą miejscówką przy oknie na korytarzu. Kawałek dalej stał kumpel z grupy ze swoimi znajomymi, części z nich nawet udało się znaleźć pojedyncze miejsca siedzące – na wysuwanych krzesełkach w korytarzu.
Obok mnie stała pani koło czterdziestki, jak śmiem uważać, która wsiadła w Poznaniu i, o dziwo!, była zadowolona z tego okropnego opóźnienia. Dlaczego? Chyba łatwo się domyślić – jechała z Warszawy do Opola z przesiadką w Poznaniu. Jak powiedziała jej poznańska kasjerka: Chyba jest pani jedyną osobą, która cieszy się z opóźnienia pociągu. Pewnie kasjerka miała rację. Trochę pokonwersowałam z panią „o życiu i kosmosie”, ja ją poczęstowałam cukierkiem, ona mnie wafelkiem. I jakoś się jechało. Za oknem szarość przechodziła w coraz ciemniejszy granat. Rzut okiem na zegarek, prawie piąta po południu. Powinniśmy już dojeżdżać do Wrocławia, gdyby nie to, że dopiero godzinę temu wyjechaliśmy z Poznania. Gdzieś z głębi ducha wyrywa się ciężkie westchnienie… Ostatecznie wyciągnęłam z torby książkę i zaczęłam czytać, na stojąco może to nie jest zbyt wygodna czynność, ale lepsze to niż gapienie się w mroczniejącą przestrzeń i zamartwianie się: a jeśli dojadę do Katowic tak późno, że nie zdążę na żaden autobus? To co wtedy?!

Ostatecznie usiąść w przedziale udało mi się dopiero we Wrocławiu, czyli koło dziewiętnastej. Tak! Dziewiętnastej! Kiedy według rozkładu zamieszczonego na stronie PKP Wrocław powinnam już mieć dawno za sobą, a za to wyjeżdżać właśnie z Kędzierzyna-Koźla. Natomiast pierwszy (i ostatni) raz sprawdzany bilet miałam tuż przed Opolem, ha! Jakby kto chciał to do Żmigrodu od Kołobrzegu mógłby jechać za darmo. Cóż, mnie może jedynie pocieszać myśl, że za bilet zapłaciłam całe 10 złotych mniej niż w zeszłym roku dzięki zwiększeniu zniżki studenckiej z 37% na 51%. Z tej też przyczyny Luby również pojechał TLKą do Gdańska, zamiast osobówkami, które pewnie były równie, o ile nie bardziej, zatłoczone od pośpiesznych.

Szczęśliwie do Katowic doturlał się ten pociąg pięć minut przed dziewiątą, czyli 105 minut po czasie. Jednak na tyle wcześnie, że miałam szansę na złapanie jeszcze parę ostatnich autobusów. Najbliższy odjeżdżał z alei Wojciecha Korfantego o siedemnaście minut po dziewiątej. Poszłam więc możliwie raźnym krokiem w tamtym kierunku.
- Właśnie znalazłem budynek z pocztówki! – słyszę głos za sobą. Obejrzałam się. Na chodniku stał młody człowiek, który rozmawiał przez komórkę i patrzył wprost na podświetloną fasadę kinoteatru Rialto. Uśmiechnęłam się pod nosem, nie zatrzymując się, bo choć miałam spory zapas czasu to nie wiedziałam ile zajmie mi przejście kilku ulic i Rynku w padającym śniegu. No właśnie! Pierwsze, co mnie zaskoczyło w Katowicach to był śnieg! Gęsto padające, duże płatki śniegu. Kiedy wyjeżdżałam z Pomorza w ogóle nie padało.
Krótki spacer na al. Korfantego był niezwykle spokojny i w pewien sposób odrealniony. Samochodów jak na lekarstwo, ludzi prawie w ogóle. Cisza i spokój. Jak ktokolwiek mógłby powiedzieć, że to jedno z bardziej niebezpiecznych miast w kraju? No, jak!? Nie w takiej chwili jak wówczas.

Cienka warstwa świeżego śniegu pokryła bielą ulice, rynek i budynki. Grube płatki śniegu oblepiają mi czarny płaszcz, który już po kilku chwilach na ramionach staje się niemal zupełnie biały. Złote lampki błyszczą jak miniaturowe gwiazdki wśród ciemnych gałęzi wysokiej choinki. Na drzewach kołyszą się sznury światełek. A z niewiadomego źródła sączy się muzyka. Mnie zaś rodzi się idiotyczna myśl, że to scena jak z filmu. Ten gęsty śnieg wirujący w podmuchach wiatru. Te światła na choince i drzewach i rozpięte na drutach między pierzejami wąskiej ulicy. Ta niezwykła cisza, delikatnie mącona subtelną muzyką. Prawie jak w filmie.

Wreszcie dotarłam do przystanku, gdzie oszałamiający czar, w który zaplątałam się na Rynku, poluźnił swoje sploty. Pod wiatą siedział młody człowiek, być może miał za sobą trzydzieści lat, może trochę mniej, lub nieco więcej. Kulę trzymał opartą o nogę. Spojrzał na mnie z zaciekawieniem, które zresztą wyraził na głos, skąd jadę, że mam taki wielki plecak. Odpowiedziałam grzecznie. I tak mimochodem wdałam się w rozmowę – dość jednostronną, ponieważ byłam zbyt zmęczona, żeby ją prowadzić, a młodemu człowiekowi chyba nie przeszkadzały moje monosylabowe odpowiedzi. Albo po prostu nie dał nic po sobie poznać. Zresztą, nie wszystko, co powiedział zdołałam zrozumieć. Częściowo pewnie winne było tu zmęczenie, częściowo fakt, że stałam parę metrów od niego, prawie poza wiatą, częściowo – to, że chyba miał delikatną wadę wymowy, lub był po paru głębszych, a częściowo winne było to, że on do mnie godoł, a ja właśnie wróciłam z miejsca, gdzie się wyłącznie mówi. Gdyby nie to, że nie jestem zbyt śmiała w rzondzyniu to możliwe, że odpowiadałabym mu również w śląskim. Tak, to jedynie zamiast „tak” mówiłam mu „ja, ja…”, kiedy wspominał, że wie ile może wypić i kiedy jest ta granica, po której już nie będzie mógł chodzić o własnych siłach; lub kiedy mówił, że jego hobby to gra w jednorękiego bandytę – wspomniał, że pewnego razu wrzucił w automat 20 złotych, a udało mu się wygrać parę tysięcy. Choć przyznał, że właściwie to częściej się przegrywa. Ostatecznie, zanim zaczęłam czuć się naprawdę nieswojo, podjechał autobus, do którego wsiadłam. Młody człowiek natomiast został siedzieć na ławce pod wiatą.

Autobus był ciekawą odmianą po zatłoczonym pociągu, ponieważ wehikuł był praktycznie zupełnie pusty. Jechały nim trzy osoby: kierowca, starszy pan o posiwiałych już włosach oraz ja i mój plecak. Bardzo usilnie starałam się nie zasnąć w trakcie jazdy, przewidując, że dojadę na dzielnicę dużo wcześniej niż zwykle. W końcu wysiadłam, zostawiając kierowcę w towarzystwie śpiącego starszego pana, lub vice verso. Właściwie zastanawiałam się, czy starszy pan przypadkiem nie przespał swojego przystanku, ale cóż… Może rzeczywiście jechał dalej?

W domu byłam o wpół do jedenastej (z rodzinnego miasta Lubego wyjeżdżałam koło dwunastej). Normalny człowiek zjadłby coś, ewentualnie tylko zrobił sobie ciepłej herbaty, umył, być może rozpakowałby się po czym zmęczony poszedłby spać. No, ale przecież nie jestem normalna! Zrobiłam powyższe, nawet z ostatnim punktem włącznie - a jakże! Z tym, że dopiero koło drugiej w nocy. Dlaczego? To proste, bardzo proste – telewizyjna dwójka po północy puszczała drugą część transmisji Koncertu Noworocznego ze Złotej Sali Filharmonii Wiedeńskiej. Nie mogłam tego przegapić, zwłaszcza, że bardzo chciałabym odrodzić w sobie tę świecką tradycję, którą pielęgnowałam z Mamą. Do 01.01.06 zawsze wspólnie oglądałyśmy Koncert Noworoczny.

Tegoroczny koncert był doprawdy niezwykły, bo poza tradycyjnymi utworami kończącymi go, czyli walcem „Nad pięknym modrym Dunajem” J. Straussa syna i „Marszem Radetzkyego” J. Straussa ojca, to nie znałam ani jednej z prezentowanych kompozycji. Choć bynajmniej nie jestem żadnym znawcą muzyki, po prostu lubię słuchać Straussów, a teraz poznałam parę nowych ich utworów. To miło. Choć szkoda, że w środku nocy i prawie zasypiając w trakcie.

Dzień dziecka

1 czerwca 2010, wtorek,
ćwierć na ósmą rano.
Jaki mamy piękny listopad tej wiosny. Lepka szarość przesączała się przez zasłony, sugerując by pozostać w pieleszach. Pozostać w ciepłych objęciach Morfeusza, który szeptał czułe słówka i głaskał delikatnie po włosach. Budzik dzwonił kilkakrotnie przypominając o obowiązkach... I tak, zamiast o szóstej, raczyłam wstać po siódmej. A potem, potem trochę mi się spieszyło z wszystkim. Efekt był do przewidzenia, chociaż niezwykły. Wydrukowałam, co wydrukować miałam, ale zapomniałam wstawić u dołu strony numerację... Ołówkiem ją dopisałam. Na szczęście to nie idzie na konkurs, to ledwie wstęp, to przygrywka do czegoś większego. A później, chociaż zrobiłam sobie drugie śniadanie – zostawiłam je na desce w kuchni. Bywa.

To było dobre przedpołudnie. Kolejne dwa wpisy i autografy wylądowały w indeksie. Niespiesznym krokiem załatwiłam formalności związane z odbyciem praktyk zawodowych. Ponownie będę pracować w archiwum uniwersyteckim, to miło, że mnie zechciano. Pani A. to niezwykle miła kobieta, pani M. i pan K. również są ludźmi do rany przyłóż, więc myślę, że bezkonfliktowo przetrwam te cztery tygodnie. Właściwie: tydzień plus trzy. Jeden tydzień na przełomie czerwca i lipca, trzy na przełomie września i października. Tym sposobem mam całe trzy miesiące wakacji. Hip hip... urra? Cóż, będzie dużo czasu do zajmowania się pracą magisterską (och, marzenia ściętej głowy!).

Poza tym dzisiaj się ktoś do mnie uśmiechnął. Albo się nie uśmiechnął tylko mi się tak wydawało? To też możliwe. Pewnie pomyślał, że zabawnie wyglądam... Cóż, rzeczywiście ubrałam się dość, ekscentrycznie, pewnie głównie chodziło o odzienie wierzchnie... jakoś nie widuję osób w okolicach mojego wieku w takowych. Otóż paradowałam po mieście w długim do połowy łydek kremowym prochowcu ze sztruksowymi wstawkami po bokach połów i rękawów. Spod płaszcza widoczne były pseudo-jensowe pseudo-dzowny udające bojówki, które zakrywały prawie całą cholewę zdezelowanych już nieco czarnych glanów. A przy czarno-szarej torbie, jak zwykle przywieszonego miałam kota, którego dostałam parę lat temu od Lubego, by mi zawsze towarzyszył. Kota nazwałam bardzo (mało)oryginalnie: J-nym Futrzakiem, w skrócie Futrzak.

A tak w ogóle wiecie, że był taki francuski generał, co się nazywał Daimos? Dowodził wojskami francuskimi w Afryce. W każdym razie, tak chciał nabrać koleżankę jeden z kolegów w grupie.
- Tak, tak. Generał Daimos... a japońską obroną Okinawy dowodził Kapitan Tsubasa! – dodał inny.
- Kapitan? Tylko kapitan? – zapytałam, udając niedowierzanie. – A kim był Yattaman?
- Yattaman to był japoński lotniskowiec! – stwierdził z przekonaniem kolega (ten, co stwierdził, że był taki francuski generał Daimos).
- Ech, czy my kiedyś dorośniemy!? – zapytała, śmiejąc się jednocześnie, siedząca ze mną w ławce koleżanka.
- Po co? – odpowiedziałam, szczerząc się radośnie. W końcu dorosłość nie jest niczym fajnym.

To było wczoraj, a dzisiaj powinnam świętować dzień dziecka.

Wracałam do domu autobusem, normalna rzecz, chociaż wyjątkowo krótki puścili jak na tę linię. Zwykle jeżdżą przegubowe, ale pal licho. Autobus był starszy, co najmniej dziesięć lat niż ja, ale to też nic.
Udało mi się wypatrzyć miejscówkę na tylnych siedzeniach. A po chwili wypatrzyłam kolegę, z którym chodziłam do jednej klasy w liceum. Skinęliśmy sobie głowami na przywitanie, ale nie podszedł do mnie – aczkolwiek stał niedaleko. Wyjął z torby jakieś opasłe tomiszcze w raczej jasnej okładce. Dojrzałam fragment tytułu, resztę dośpiewałam i wyszedł mi z tego „Pan Lodowego Ogrodu” (w sumie to jeszcze nie miałam okazji przeczytać, bo w pobliskiej filii Biblioteki nie mają, a na Rybnicką jak zawsze za daleko).
- Też mam książkę – powiedziałam na tyle głośno, żeby usłyszał. Spojrzał na mnie, a ja wyjęłam z torby książkę Marcina Mortki.
- Pokaż – poprosił, podałam mu tom. Spojrzał krzywo na okładkę, po czym rzucił okiem na opis z tyłu. – Skarby, piraci... łeeee – skrzywił się zabawnie. Prychnęłam odbierając książkę od niego.
- A pokaż, co ty tam masz? – Rzuciłam okiem na opis z tyłu podanej książki. – Magia, władza? Pfff! Na co to komu? – zapytałam nie kryjąc rozbawienia. Roześmiał się również. I tak każde z nas powróciło do lektury, którą zabrał ze sobą w podróż autobusem.

Magia w praktyce

19 kwietnia 2014, sobota,
ćwierć na dwunastą w południe.

Od kilku minut stałam z Lubym na przystanku, oczekując autobusu, który według wszelkich znaków na niebie i ziemi miał przybyć „niebawem”. Jednak to niebawem strasznie zaczynało się dłużyć, a nas czas naglił. Przygryzłam wargę poważnie zastanawiając się nad pewną kwestią. Rozejrzałam się, ale autobusu nie było widać. Spojrzałam na Lubego.
- A może pójdziemy piechotą? – zapytałam.
- Zaraz przyjedzie.
- Nie mówię, że nie… tylko, no wiesz… – odchrząknęłam i uśmiechnęłam się przebiegle, zerkając w kierunku, z którego powinien był nadjechać autobus. – Może jednak pójdziemy piechotą? – zapytałam ponownie z odpowiednim naciskiem, odwracając się do Lubego.
- A… Jasne, racja. Nie ma sensu czekać – przyznał z powagą.
- Właśnie! No to idziemy! - stwierdziłam, wsuwając dłoń pod ramię Lubego. Odwróciliśmy się od przystanku i bardzo, bardzo powoli ruszyliśmy w kierunku, w którym chcieliśmy jechać.
- Po co komu autobus, skoro można się przejść… – dorzucił znacząco Luby.
- Dokładnie. Taki piękny dzień, dobry na spacer. - Podskórnie czułam, że to może się udać. Szliśmy naprawdę powoli, nie oglądając się. Jakbyśmy rzeczywiście mieli zamiar przejść te kilka kilometrów piechotą. Odeszliśmy dwa kroki od przystanku. To był ten moment, właśnie ten. Obejrzałam się. Na skrzyżowaniu, oczekując na światłach, stał autobus. Ten, którym mieliśmy jechać.
- Ha, udało się! Porządny rytuał Przywołania Autobusu – obwieściłam radośnie. – Chyba było wystarczająco przypadkowe, by nie było z tego Paradoksu, prawda? – zapytałam Lubego, nie kryjąc zadowolenia, gdy podchodziliśmy do podjeżdżającego w zatoczkę autobusu.

Powtarzalność słów i spraw

29 kwietnia 2014, środa,
trzy ćwierci na dziesiątą wieczorem
.

Zwykły wieczór. Między jednym dniem pracy, a drugim. Siadam przed laptopem i przeglądam strony internetowe, jak to mam w zwyczaju. Tu zajrzę na jedno forum, potem na drugie. Napiszę coś głupiego na shoutboksie. W przerwie w serfowaniu napiszę kilka słów do pamiętnika postaci z kampanii Maga. Wciąż mam sporo zaległości w stosunku do sesji. Pomału nadrabiam straty, ale do końca kampanii też niedaleko. Albo zadumam się nad ostatnią sesją, którą poprowadziłam we wtorek. Choć mało co, a skończyłoby się na zwykłej nasiadówie przy piwie.

Klikając kolejne strony, trafiam na bloga osoby należącej do fandomu RPG. Ostatnio zauważyłam w sobie większe zainteresowanie fandomem, choć szczerze? Raczej nie grozi mi wyjazd na jakikolwiek konwent, czy tym podobne ludzkie spędy. Źle się czuję w tłumie. I bynajmniej nie jest to po prostu cytat z piosenki Pidżamy Porno. Lubię ludzi, ale w małych dawkach.

Tak czy inaczej, zaintrygowała mnie zamieszczona na owym blogu notka. Przeczytałam ją Lubemu, żeby go zapoznać z treścią i móc o niej podyskutować.

- Może też powinnaś założyć bloga? - zastanowił się na głos Luby, po tym jak przeanalizowaliśmy kwestię, która tak mnie zafrapowała, że aż chciałam się nią podzielić.
- Przecież już mam - stwierdziłam, myśląc o moim rękopisie z pękniętego wazonu.
- Ale wiesz, taki o RPG, pisałabyś o swoich doświadczeniach w graniu.
Spojrzałam na Lubego z niedowierzaniem.
- Nie miałabym o czym pisać.
- Oni też nie mają, ale jakoś im to nie przeszkadza - zażartował.
- Hm... i tu się różnimy, bo ja wiem, że nie miałabym o czym pisać - rzuciłam w tym samym tonie.

Oczywiście, namiętnie nie czytam blogów ludzi należących do fandomu, od czasu do czasu na jakiś wpadnę. Wzięłam nawet udział w przedostatnim Karnawale Blogów RPG, ale to był jednorazowy wyskok. Ponadto, przy okazji stał się pretekstem do opowiedzenia historii sprzed kilkunastu lat, którą wciąż wspominam z uśmiechem. A właściwie im więcej lat od niej minęło, tym większy wywołuje uśmiech. Nic dziwnego zresztą. Wspomnienia im stają się bardziej mgliste, tym przyjemniejsze mają kolory.

Aczkolwiek przypomina mi się pewna dyskusja na "krzynce", czyli forumowym shoutboksie. Ktoś, kto prowadzi bloga zaangażowanego fandomowo (przynajmniej sprawia takie wrażenie, zajrzałam tam parę razy z ciekawości), zastanawiał się nad tematami, które poruszyć by chciał na swoim blogu. Przyglądając się temu, przypominały mi się czasy, kiedy jak fale przyboju, powracał na forum Narilvatar problem kanapki upadającej na podłogę stroną posmarowaną (Co zabawne, temat ten frapował również użytkowników forum Nowej Gildii, parę lat wcześniej). To tylko przykład, aczkolwiek - byłam związana z tamtym miejscem wystarczająco długo, by móc dostrzec, że z każdą falą nowych użytkowników, tematy w dziale o malowniczej nazwie: Bractwo Mówiących o Wszystkim i o Niczym - powtarzały się dość regularnie. Nowi rzucali tematem rozmowy, a Stara Gwardia wrzucała linki do zamkniętych już tematów, które poruszały dokładnie te same kwestie. Bo nie chciało im się po raz n-ty gadać o tej samej kanapce, która i tak upadnie posmarowaną strona na podłogę. Choćby nie wiem, co.

Historia kołem się toczy, choć teoretycznie każdy o tym wie, nie każdy to dostrzega. W jednej z klas języka polskiego w mojej szkole była wymalowana sinusoida epok literackich. Szczyty: Antyk-Renesans-Oświecenie-Pozytywizm. Dołki: Średniowiecze-Barok-Romantyzm-Młoda Polska. Bo w ostatecznym rozrachunku i tak wychodzi na to, że wszystko już zostało powiedziane - gdzieś, kiedyś. I choć Stanisław Jerzy Lec rzekł "11. przykazanie - Nie cudzysłów!", to przecież "Wszyscy mówimy cytatami", ale niestety autora tych światłych słów nie przytoczę, bo nie pamiętam. Biorąc pod uwagę, jak wiele osób żyje na świecie (o tych, co z tego świata odeszli nie wspomniawszy) - ciężko być oryginalnym, wyjątkowym i mówić coś, co wszystkich zaskoczy.

Prezent

25 marca 2010, czwartek
Ćwierć na pierwszą po południu.

Po dzisiejszych zajęciach w koszarach, splotem przypadków trafiłam na główny dworzec PKP. Jest tam ogromny antykwariat, jedno z moich ulubionych miejsc na dworcu. Wbrew pozorom nie jedyne – lubię jeszcze siedzieć na peronie i obserwować ludzi, oczekując pociągu, który zabierze mnie do Lubego. Wtedy czasem zastanawiam się, z którą z tych osób będę podróżować, czy będziemy siedzieli w tym samym przedziale? Czy może uda mi się zamienić z którymś z oczekujących kilka słów w trasie? Jak daleko jadą? I tak dalej, i tym podobne. A czasem po prostu obserwuję gołębie, ale to inna bajka zupełnie.

Przeglądałam wystawione książki. Ten antykwariat jest niezwykły pod wieloma względami. Poza jego rozmiarami, rzuca się w oczy fakt, że sprzedają tam też zupełnie nowe książki. Niektóre z nich nawet bywają w folii. W każdym razie poza dwoma, czy trzema długimi stołami zarzuconymi najróżniejszymi książkami – można wejść w głąb i poszperać pomiędzy regałami, prawie jak w bibliotece; ale też książki poukładane są w koszach i kartonach. Gdy tak spacerowałam pomiędzy książkami, w oko wpadł mi sporych rozmiarów stos gazet, dokładniej magazynu "Fantastyka". Większość z numerów została wydana przed moim pojawieniem się na świecie. Zastanawiałam się nad kupnem, któregoś z numerów, ale z drugiej strony... kupować tak na chybił-trafił? Uznałam, że to byłoby trochę pozbawione sensu. Odłożyłam więc gazety na miejsce i ruszyłam w stronę regału, gdzie jak pamiętałam, zwykle były umieszczone książki fantastyczne. Cały regał, od podłogi aż po sufit.

Mój wzrok padł niemal od razu na niepozorną książkę, od razu ją rozpoznałam... zresztą duże, białe litery głosiły wszem i wobec: Gwiezdne Wojny. George Lucas. Zamrugałam z niedowierzaniem. A potem uśmiechnęłam się triumfalnie. Mam cię! Wypuściłam cię kiedyś z rąk, ale teraz do mnie wracasz... Zerknęłam na stronę tytułową. Rok wydania: 1990. Czy to możliwe, że jesteś tą samą, którą kiedyś odłożyłam? – zastanowiłam się. Rzeczywiście, parę lat temu wpadła mi w ręce książka autorstwa Lucasa, dokładnie w tym samym antykwariacie. Wtedy jednak nie miałam funduszy, więc byłam zmuszona ją odłożyć... a Luby nie mógł tego odżałować. Teraz jednak, skoro dostałam szansę się zrehabilitować, nie wahałam się już ani chwili. Zabieram cię ze sobą! - oznajmiłam książce, chociaż wiadomość wysłałam jej telepatycznie rzecz jasna.
Idealnie na prezent! Luby jest fanem Gwiezdnych Wojen, starał się nawet mnie przekabacić na Jedyną i Słuszną Stronę Mocy... trudno powiedzieć, czy mu się udało. Ale dzięki niemu obejrzałam całą serię i odłożyłam sceptycyzm na bok. Nawet zaczęłam czytać książki z tego uniwersum, które właściwie nie są takie złe. Fantastyka, ot tak, po prostu.

Jadąc do domu rozmyślałam, czy sprezentować mu ją jak tylko go spotkam, czy dopiero dać mu ją na urodziny, które ma za parę miesięcy... Postanowiłam jednak, że otrzyma ją z okazji świąt, choć zdaje się, że ani w jego, ani w mojej rodzinie nie mieliśmy tradycji obdarowywania się na Wielkanoc. Nieistotne! Na urodziny dostanie coś innego, może rzutki, które mu się marzą... a może Mistrza i Małgorzatę? Cóż, mam jeszcze dość czasu, by nad tym pomyśleć. Póki co, wiem, że z tej książki na pewno się ucieszy. I to powoduje, że także odczuwam radość na samą myśl, że sprawię mu taką niespodziankę.

O RPG, kobietach i o sobie.

31 sierpnia 2003, niedziela.
Dwie ćwierci na ósmą wieczorem.

Jutro pierwszy dzień w nowej szkole. Liceum, jak to dumnie brzmi! Wreszcie wyrwę się z dusznego światka gimnazjum, spośród ludzi, którzy mnie nie cierpią i vice verso. Pyrek na Nowej Gildii zaprasza na forum Narilvatar, gdzie mają dział o bitewniakach. Ciekawe, może warto sprawdzić? Co prawda szkoda, że bitewniaki to taka droga zabawa… ale popatrzeć na figurki choćby z daleka też można.

Zarejestrowałam się na forum. Pod zupełnie innym pseudonimem, niż ten, którego używałam dotychczas. Tak po prostu. Wzięłam pierwsze lepsze imię, które przyszło mi do głowy. Ellaine. Nie pamiętam już, dlaczego przez dwa l, skoro powinno być przez jedno. Nieistotne. Dopiero po latach zdam sobie sprawę z tego, że to nawiązanie do „Ani z Zielonego Wzgórza” i jej odgrywania Elaine, pani z Shallot. To ta scena z przeciekającą łódką. Dziewiętnastowieczny LARP pełną gębą!

Nie minęło dziesięć minut, nie zdążyłam nawet się dobrze przyjrzeć rozkładowi forum. Ledwo udało mi się zlokalizować dział z bitewniakami,… kiedy nagle wyskoczyło okienko z powiadomieniem o otrzymaniu prywatnej wiadomości. Lord Draven. Administrator. Napisał do mnie, mniej więcej w te słowa:
„Hej, Ellaine - masz ładnego nick’a! Będziesz grać w mieście?”
Ale, że jak…? W jakim mieście? Jakie grać!?

Ależ oczywiście, że będę, tylko wyjaśnij proszę, o co chodzi? – odpisałam Dravenowi. Jasne, że mogło to brzmieć inaczej, wiele wody upłynęło. Jednak pierwsza postać, którą grałam przez kolejnych parę lat (lecz nie jedyna, którą wprowadziłam do miasta Narilvatar, pięknego portu położonego na największej z wysp Moonshae na Morzu Mieczy w Zapomnianych Krainach) – powstała dosłownie ad hoc. W końcu trochę tej fantastyki czytałam. Więc bez znajomości świata i RPG w ogóle, stworzenie postaci? co to dla mnie! I tak oto w dzień, w którym zarejestrowałam się na forum Narilvatar, powstała elfka imieniem (a jakże!) – Ellaine.

A bitewniaki? Cóż, rozegrałam jedną bitwę w LOTR'a w sklepie o nazwie "Bard". Ograłam trzynastolatka, samej będąc ze trzy-cztery lata starszą. I w nagrodę dostałam figrukę Uruk-Hai z łukiem. To jedyna pamiątka po mojej krótkiej fascynacji bitewniakami. Parę lat później kolega poznany na forum Narilvatar pomalował mi ją, za co jestem mu ogromnie wdzięczna, bo to naprawdę kawał dobrej roboty.

*

Od tamtego, letniego wieczoru, minęło bez mała 11 lat! Szmat czasu. Chciałoby się rzec – niemal pół życia. Dlaczego o tym w ogóle piszę? Otóż skłonił mnie do wspomnień aktualny Karnawał Blogowy, którego tematem są Kobiety. Pomijam tu kwestię, że nie należę do fandomu.
Na konwencie fantastyki byłam raz, kilka lat temu (chyba z co najmniej dziewięć). I to tylko dlatego, że był organizowany w moim rodzinnym mieście, akurat nie miałam nic do roboty i miałam 10 złotych w kieszeni. Wystarczyło, żeby wejść. No to weszłam. Ludzi było niewielu, więcej organizatorów, niż uczestników. Trafiłam do sali, gdzie był konkurs plastyczny. Narysowałam na zadany temat (kotołaki - łatwizna. Narysowałam moją wersję egipskiej Bastet). Zdobyłam trzecie miejsce. Zgarnęłam nagrodę (trzy pierwsze tomy trzech różnych mang) i wróciłam do domu na kolację. Na tym kończą się moje… A nie, wybaczcie! W zeszłym roku okoliczny Klub Fantastyki zorganizował konwent - wejście było wolne, no to wpadliśmy z Lubym i przyjacielem na prelekcję o starym Świecie Mroku. Nie dowiedzieliśmy się niczego nowego o systemie, ale to nic. Przy okazji Luby zdobył wiedzę o ewentualnych ścieżkach dźwiękowych, które mógłby wykorzystać na sesjach Maga. A, no i kilka lat temu byłam na jubileuszu Śląskiego Klubu Fantastyki, podczas którego zorganizowano spotkanie z Andrzejem Sapkowskim. I to wsjo, jeśli chodzi o mnie i fandom, który w moim pojęciu urasta do jakiegoś mitycznego stwora z głębin... tyle dziwnych rzeczy się o nim słyszy.

Miało być o kobietach w RPG, tak? Od jakiegoś czasu podczytuję sobie to i owo na różnych rpgowych blogach. Bardziej z nudów, niż potrzeby serca (bo cóż można robić po powrocie z pracy, jak akurat nie ma sesji?). I ciągle przewija się tekst o tym, jak niewiele jest kobiet w fandomie. Jaka to nierówność i niesprawiedliwość do tego doprowadziła? Moja odpowiedź: Nie mam bladego pojęcia. I szczerze mnie to dziwi, ponieważ w swoim życiu poznałam całkiem sporo grających dziewczyn (i prowadzących zresztą też, u niektórych miałam nawet zaszczyt zagrać kilka sesji).

Przez 11 lat doświadczenia z RPG, nigdy nie czułam się jak ewenement w świecie gier fabularnych. W żaden sposób nie byłam ani szykanowana, ani wyróżniana z okazji tego, że jestem kobietą. Grałam na dokładnie takich samych zasadach jak wszyscy inni. Po prostu odgrywając postać i doskonale się bawiąc w towarzystwie kolegów i koleżanek. W końcu o to w tym chodzi, czyż nie? O zabawę. Dlaczego ktokolwiek miałby być w niej wyróżniany, traktowany lepiej bądź gorzej, tylko dlatego, że jest lub nie jest kobietą?. Gdyby ktoś mnie traktował inaczej niż pozostałych w drużynie, tylko dlatego, że jestem jedyną dziewczyną w pokoju, to podziękowałabym za taką imprezę.

No, co innego, kiedy przychodzę na sesję prosto z pracy… totalnie wypruta mentalnie i wprost mówię MG, że czuję się paskudnie, ale chcę grać – tylko uprzedzam, że mogę mieć wolniejszy czas reakcji. Ale to zupełnie inna sprawa, bo bycie trochę bardziej zmęczonym po ciężkim dniu pracy może się zdarzyć każdemu, bez względu na wiek i płeć. Czasem nawet i MG nam mówił, że „wiecie, co? źle się czuję, nie mam gotowego scenariusza, macie tutaj piaskownicę – bawcie się”. I jest git. A my się doskonale bawimy odgrywając nasze postacie. Któregoś razu prowadziliśmy tak zażartą dyskusję (wszystko, co mówiliśmy, mówiliśmy jako postaci; żadne tam tematy poboczne), że MG przez ponad godzinę nie miał, co robić. Spokojnie zjadł obiad, wypił piwo i czekał, aż dojdziemy do konsensusu i ruszymy się z miejsca, żeby chociaż mógł nam opisać wygląd ulicy.

*

Spędziłam kilka świetnych lat w mieście Narilvatar, przewinęło się przezeń parę moich postaci, z czego Ellaine była do samego końca (choć w międzyczasie zginęła, ale że to były D&D, więc ją wskrzeszono w świątyni, a co); aż do dnia, gdy forum zostało zamknięte (ponad pięć lat istnienia to i tak niemało). Później dopiero przyszły sesje na żywo. Początki były dla mnie trudne, głównie z powodu chronicznej nieśmiałości, z której wychodzę właśnie dzięki graniu w RPG. Tak czy inaczej, moimi pierwszymi MG w RPG przy stole były kobiety.

Nie zapomnę mojej pierwszej i jedynej (niestety) sesji w systemie Earthdawn. Zresztą to była również moja pierwsza sesja rpg przy stole. Prowadziła moja przyjaciółka z liceum. Poza mną w drużynie był jej Ówczesny Facet oraz Młodszy Brat. Ja: krwawa elfka, mag. Ówczesny Facet: wojownik. Młodszy Brat: złodziejaszek. Efekt? Mag zorganizowała obronę wioski przed zombie, okradła dom ze srebrnych sztućców (zarobiła 144 sztuk srebra) i odsunęła kamienną płytę nagrobną, żeby dostać się do szczątków jakiegoś paskudnego czarnoksiężnika… i tak, obrabowała grób z magicznych artefaktów. Na usprawiedliwienie kolegów mogę rzec tyle, że to była ich pierwsza sesja RPG w ogóle. Ja to chociaż grałam w PBF’y. A oni po prostu chcieli spróbować RPG. 

Z góry uprzedzam, że ten wpis w zasadzie nie dążył do żadnego głębokiego wniosku. Po prostu chciałam się wkręcić w Karnawał (w myśl starej forumowej zasady: nie znam się, ale chętnie się wypowiem) - jako wieloletni gracz RPG, ostatnio bardziej aktywny, uznałam, że dlaczego nie dorzucić kilku słów od siebie? Parę lat temu zyskałam stałą grupę dobrych znajomych, z którymi gramy regularnie. Aktualnie na tapecie mamy Świat Mroku (Mag i Demon). A ja zaczęłam prowadzić InSpectres, jako wprawkę do poważnego Mistrzowania… może w następnym systemie ze Świata Mroku (Technokracja? brzmi dumnie).

*

Tak czy inaczej, oczywiście zdarzało się, że bardzo często byłam jedyną dziewczyną w drużynie. Zwykle jednak jest nas dwie w drużynie, co czasem wystarczy, by rzec, że stanowimy większość (na sesjach Demona drużyna składa się z trzech osób: koleżanka, Luby i ja). A kiedy od ludzi poznanych na innym forum, którzy są spoza mojej najbliższej paczki rpgowej słyszę, że oni to nigdy nie mieli dziewczyny w drużynie, albo że mało jest grających kobiet… To zastanawiam się, gdzie ja żyłam przez te 11 lat, albo gdzie oni żyją… albo dlaczego dziewczyny nie chcą z nimi grać?

*

Z tego miejsca chciałabym pozdrowić wszystkie dziewczyny, które poznałam na Narilvatarze  - z którymi grałam via forum lub również na żywo. Z częścią z niżej wymienionych nadal mam kontakt lub wciąż zdarza się nam razem grać w jednej drużynie (albo pod ich przewodnictwem):

Aislinn, Airesis, Daiva, Eirenn, Hebi, Froggie, Lara, Lev, Rapsodia, Ravenna, Sol, Tordis, Trissy, Turelie, Womanek, Werdandi, Zellas, oraz wiele innych, których przez słabą pamięć nie wymieniłam.

A także pozdrawiam nie mniej drogie dziewczyn z Festiwalu Setsuban (był to ponad dwuletni pbf, którego niestety nie zdołaliśmy zakończyć):

Hanako, Tsuneari, Tomoe, Pao, Rei, Ryosaki, Sayoko, Yukiko, i wiele innych, których nie wymieniłam, nie przez niechęć, lecz krótką pamięć.

Pozdrowienia ślę również dla Ayenn, z którą gram w Maga: Przebudzenie. Dla Cotu, z którą pracuję. Oraz dla Ariestrii, którą miałam okazję niedawno poznać.

*

Fandomie, fandomie… cóż jest tak odpychającego w Tobie, że kobiety nie chcą z Tobą grać?

Przenikanie rzeczywistości

22 marca 2014, sobota,
dwie ćwierci na drugą po południu.


Spotkaliśmy się w okolicy przystanku autobusowego na Orłowskiej. Nowoczesne budownictwo kontrastuje ze starszymi kamienicami po drugiej stronie ulicy. We czwórkę postanowiliśmy zwiedzić opuszczony od paru lat ośrodek zdrowotny. W zeszłe lato chodziliśmy po mieście widmie, które niegdyś służyło żołnierzom Armii Czerwonej, stacjonujących w Polsce do początku lat dziewięćdziesiątych. Dziś pozostało tam tylko parę bloków i szpital oraz zagruzowany pas startowy. Wszystko z wolna pochłania otaczający okolicę las.

Pogoda nie zachęcała do spacerów po plaży, ale lepka szarość pasowała do tego, co mieliśmy zamiar zrobić. Idąc w kierunku morza, minęliśmy, przyczajoną w podwórku jednej z willi przy Orłowskiej, budkę z goframi. Pierwsze gofry tego roku. Nigdy wcześniej jakoś nie zastanawiałam się, kiedy zaczyna się "sezon na gofry"? Ale już parę tygodni temu, kiedy pierwszy raz słońce przygrzało w połowie lutego, a ja radośnie ruszyłam na rolki w kierunku Jelitkowa, jadąc promenadą przy parku Regana i parku Jelitkowskim, czułam zapach smażonych gofrów, unoszący się z mijanych budek.

O ile Miasto Widmo ukryte jest w lesie i trzeba wiedzieć, że gdzieś tam w okolicy się ono znajduje… Choć Google Maps byłoby w stanie wskazać drogę; o tyle ośrodek wypoczynkowy jest doskonale widoczny, stoi nieopodal zwykłych posesji, gdzie ludzie po prostu żyją. Gdyby nie to, że mury ośrodka są wymalowane graffiti od parteru aż po dach, a wszystkie okna zostały pozbawione szyb, można by sądzić, że wciąż funkcjonuje.

Weszliśmy głównym wejściem. Znów na myśl przychodzi Kaczmarski i „Przechadzka z Orfeuszem”. Ostrożnie stawiaj stopy, po ludzkich stąpasz resztkach…
Wybite szyby w każdym oknie. Wyłamane drzwi. Walające się po ziemi fragmenty mebli i boazerii. Portiernia, gdzie niegdyś wisiały klucze. Dwie deski z numerami już odpadły. Pozostały dwie z numerami zaczynającymi się do 2.. i 3.. . W dużej, półokrągłej sali, wychodzącej  na morze – niegdyś stołówce, podłogę pokrywa błyszczący dywan z potłuczonego szkła. Pomieszczenie kuchenne i windy towarowe. Fragment poręczy, jedyna pozostałość po krętych schodach prowadzących do kuchni, poziom niżej. Zapewne schody stały się bogatym łupem złomiarzy.
Osmalony korytarz na parterze. Deski drzwi i resztki połamanych sprzętów wyściełają podłogę. Światło dnia ledwo rozprasza mrok na jego końcu.  Odchodząca płatami od ścian i sufitu, spalona farba. Poszliśmy w głąb korytarza. Skręciliśmy za koleżanką, która poprowadziła nas wprost do piwnicy. Luby wyjął latarkę. Przyjaciel przyświecał sobie latarką z telefonu komórkowego, podobnie koleżanka. Ja zaś, nieprzygotowana do zajęć, szłam pomiędzy nimi.
Zeszliśmy w wilgotną ciemność. Magazynowe pomieszczenia. Spiżarnie pełne roztrzaskanych naczyń. I jeden, jedyny kubek, który samotnie się ostał w całości. Idealny łup w czasach post-apokaliptycznych. Na wagę złota, nieomalże. W innym pomieszczeniu na najwyższej półce spiżarnianego regału – dziwaczny, czarno-biały kształt. Gniazdo? A może ptak zawinięty w pajęczą sieć? Czy też może to pozostałość wylinki Obcego?
Magazyn zapomnianych sprzętów. Rozbite telewizory Neptun, z wnętrznościami wywleczonymi na zewnątrz. Jak po masakrze. Gdzieś pod stopami pozostałość obudowy radia Taraban 3. A więc dlatego radio tarabani?

W piwnicznym mroku niesie się wysoki, przenikliwy, straszny głos. To pewnie koleżanka próbuje nas straszyć swoimi niesamowitymi umiejętnościami dźwiękonaśladowczymi. Wysoki, drażniący uszy dźwięk, podobny do krzyku strzygi, niesie się w ciemności. Gdzieś indziej słychać kroki i głosy innych ludzi, którzy jak i my przyszli pozwiedzać. Przyjaciel w jednym z pomieszczeń znalazł Widelec Zagłady. Luby stwierdził, że wbił się na poziom 2., ponieważ zdobył uzbrojenie.
- A! kto przez to przeszedł!? – krzyknął nagle przyjaciel, zwracając nam uwagę na stare, pokryte już kurzem, malowidło na podłodze. Ogromny pentagram wpisany w okrąg, pełen tajemniczych i niepokojących symboli wewnątrz i dookoła. W ciemności, ledwo rozświetlonej dwoma latarkami, łatwo było przeoczyć ten krąg przywołań, a może pułapkę na demony. – Zobaczcie jak łatwo tego nie zauważyć, przecież nie świecisz sobie pod nogi tylko dookoła, przed siebie – stwierdził Luby. Żadne z nas nie jest demonem, wszyscy przeszliśmy swobodnie. – Ale spójrzcie jakie to musi być stare, nie jest sprzed wczoraj… już prawie nie widać - mówię. Czerwona farba przyblakła, a warstwa kurzu i pyłu niewątpliwie zbierała się w tamtym miejscu z co najmniej rok.
- E, pewnie nie zadziałał na nas, bo był gdzieś przerwany – stwierdził później Luby.

*

Wspinaliśmy się piętro po piętrze. Gdzieś zachowało się łóżko. Gdzie indziej szafa. Jeden nie całkiem rozbity sedes. Parę zawilgłych, pustych formularzy dnia pracy pielęgniarki, rozrzuconych po podłodze, pod gruzami. W łazience, której drzwi zostały naznaczone hasłem „wrota do piekła” - ściana z luksfer, kilka z nich brakuje i widać stalowe liny, które wyznaczały kolejne szeregi. W jednym z pokoi ściany zdobi tapeta w biało-srebrne pasy. W damskiej toalecie zaś kafelki w deseń różowego marmuru.

Za ramą okna, w której jeszcze pozostało kilka odłamków szkła, niezwykły widok, tak nie przystający do miejsca, w którym stoję – las porastający pobliski stok wzgórza, usiany burymi liśćmi. Nagie gałęzie drzew kołyszą się na wietrze, szumiąc o przeszłości. Nagle w tym obrazie pojawia się starsza kobieta w turkusowym płaszczu i ciemnym berecie. Wolnym krokiem idzie wąską ścieżką, liście pod jej butami szeleszczą. Czas się zatrzymał, gdy patrzyłyśmy na siebie.
Kto jest rzeczywisty? Kobieta pośród burych liści? Czy ja wśród zniszczeń?

*

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy w Gdyni Orłowie wsiedliśmy do modro-żółtej SKM, jadącej w kierunku Głównego Gdańska, pozostawiając za sobą urok ośrodka i wracając do zwyczajności. Zajęliśmy wygodne miejsca stojące w przejściu między dwoma przedziałami. Poza nami stało tam jeszcze ze dwóch, albo trzech mężczyzn. Luby z przyjacielem zaczęli rozmawiać swobodnie na temat kampanii Demon: The Fallen. Ostatnich posunięć postaci, tych odgrywanych przez nas i tych niezależnych. Luby wymieniał znajomych niezależnych bohaterów, z którymi jego postać mogłaby pogadać, albo chcieć coś od nich. W toku rozmowy, padły zupełnie poważnym tonem wypowiedziane przezeń słowa:
- Ciekawe, kiedy Charlie się zorientuje, że traktuję ją jak bankomat ?
Na co przyjaciel i nasz Mistrz Gry w jednej osobie, odparł:
- A kiedy ty zdasz sobie sprawę, że jesteś jej dziwką?
- Wiem, wiem. Nie ma nic za darmo – skwitował Luby.
Miny otaczających nas ludzi były bezcenne. Aż nie chcę wiedzieć, co sobie mogli pomyśleć o nich. Z przyjaciółką niemal dusiłyśmy się z powodu tłumionego wybuchu śmiechu. Trzeba uważać, co się mówi i gdzie się mówi. Zwłaszcza, gdy tak naprawdę nie mówi się o sobie.

Podbój Śródmieścia

 22 października 2010, piątek.
Ćwierć na siódmą rano.

Miałam dzisiaj dzień wolny, jak co piątek w tym semestrze (i paru poprzednich). Jednak nie uchronił mnie ten fakt przed wstaniem o szóstej, dokładniej kwadrans po. Ostatni raz w tym roku musiałam pojechać do biura Archiwum, w którym odbywałam praktyki przez trzy tygodnie na przełomie września i października. Po co tam jechałam? Cóż, polubiłam panią A., jednak to nie jedyny i najważniejszy powód, dla którego ruszyłam się z łóżka o tej barbarzyńskiej porze. Musiałam odebrać Raport z odbytej praktyki zawodowej, który w późniejszym czasie muszę przedłożyć koordynatorowi praktyk na Uczelni. Nic wielkiego, ot świstek papieru. Ale odebrać trzeba, a nawet wypada.

Ranek był chłodny, zresztą nic nadzwyczajnego, ostatecznie październik ma się ku końcowi. Szczęśliwie jednak niebo było przepięknie błękitne, czy też turkusowe, a słońce przeświecało przez rude i żółte liście drzew ozłacając je swym blaskiem. Znów znalazłam się o kwadrans za wcześnie przed Starym Bankiem. Weszłam na dziedziniec przez nieduże drzwi, wycięte w jednym ze skrzydeł bramy, przymknąwszy je za sobą. Swoją drogą, strasznie dużo policyjnych wozów parkowało przed Starym Bankiem, chyba do Nowego przywieźli pieniądze.

Już wewnątrz budynku przysiadłam na oknie półpiętra i sięgnęłam po zbiór esejów Krzysztofa Karwata, zatytułowany: "Ten przeklęty Śląsk". Wypożyczyłam to ze dwa tygodnie temu, ale ponieważ nie wypożyczam książek pojedynczo tylko co najmniej parami, tak najpierw zapoznałam się bliżej z powieścią Doroty Terakowskiej, "Tam gdzie spadają Anioły", a później sięgnęłam po "Ostatnią Sagę", Marcina Mortki (szczęśliwie to nie jest pierwszy tom trylogii, Wikipedia kłamie). Tak więc, teraz przyszła kolej na "Ten przeklęty Śląsk", eseje pouczające, choć przerażające w swej treści. Przynajmniej na razie.

Z jednym z oryginałów Raportu opuściłam Stary Bank pięć minut po ósmej. Słońce wciąż obdarowywało blaskiem Katowice, choć niestety skąpiło już ciepła. Ruszyłam przed siebie z zamiarem zwojowania świata! No, może niecałego, ale przynajmniej tego kawałka, który można obejść piechotą bez potrzeby wsiadania w autobus. Teren do zawojowania więc obejmował, mniej więcej, wyłącznie Śródmieście, które czasem z rozpędu nazywam starówką - co jest oczywistą bzdurą. Katowice nie mają starówki. Katowice to nomen omen Śródmieście, cała reszta została do Katowic dokooptowana (ostatni raz miasto powiększyło się w 1975, a Giszowiec przyłączono w 1960 razem z miastem Szopienice). Zresztą, same Katowice są późniejsze od niektórych katowickich dzielnic. Trochę zabawne to mi się wydaje, wyobraźcie sobie, że w tym miejscu nie ma miasta Katowice, tylko Dąb? Albo Bogucice?

W każdym razie, z powodu posiadania nadmiernej ilości wolnego czasu, przeszłam się lekkim krokiem do stalowo-szklanego wieżowca, w którym mieści się Hotel. Centrum handlowe, gdzie praktycznie wszystkie sklepy są jeszcze pozamykane wydaje się takie ciche i przyjazne. A przynajmniej dla mnie. W tle zaś płynęła z głośników muzyka pop. Postanowiłam pozwiedzać, nacieszyć się ciepłem panującym w budynku i tym niezwykłym spokojem, gdzie wszystko zdaje się jeszcze spać. Wjechałam schodami na pierwsze piętro, gdzie wpadłam na genialny pomysł, że pojadę wyżej jeszcze, żeby sprawdzić, co grają w kinie tam się znajdującym. Zupełnie z głowy mi wypadło, że pracuje tam moja kumpela z grupy.

Na drugie piętro jednak musiałam wejść po ruchomych schodach, ponieważ wbrew swej nazwie były nieruchome. Fakt ten przyjęłam z pewnym rozbawieniem, przypominając sobie równie martwe schody ruchome na katowickim dworcu. Jestem pewna, że kiedyś widziałam jak działają, ale chyba nie miałam wówczas więcej niż pięć lat.
- No, nie mam pytań! - przywitał mnie okrzyk koleżanki, która wyprostowała się za półokrągłą ladą, gdzie umieszczono kasy. Również ucieszyłam się na widok kumpeli. Spędziłam z nią około pół godziny, nie chcąc dłużej przeszkadzać w pracy. Choć szczęśliwie przez te parędziesiąt minut nie miała wiele roboty, więc mogłyśmy spokojnie porozmawiać, o życiu, kosmosie, a przy okazji i o filmach.
- Widziałaś film - Dorian Gray? - pytam, przeglądając ulotki rozłożone na kontuarze. - To na podstawie książki jest, tak?
- Tak. Całkiem ciekawe, polecam.
- Hm... Może najpierw książkę przeczytam? - myślę na głos.
- No, jeśli nie czytałaś, to koniecznie musisz. I przeczytaj ją przed obejrzeniem filmu. Ale ten też zapowiada się ciekawie - mówi, podając mi ulotkę z filmu "Pozwól mi wejść". Nie przepadam za horrorami, więc jeszcze nie wiem, czy się wybiorę. Ale kto wie? Może, ewentualnie?
Z czystej ciekawości zaglądałam, co też kryje się po drugiej stronie kontuaru. Przyuważyłam parę interesujących rzeczy, masę ulotek, telefon stacjonarny...
- A kuszy tam nie masz? - zapytałam. - Na niespokojnych klientów? Wiesz, jak w tych średniowiecznych karczmach. Albo tych w fantastyce.
- Nie, nie mam. Choć to kuszący pomysł...
- Albo wiesz, zamiast kuszy to może takie coś do strzelania zszywkami? - zasugerowałam ze śmiechem. - Jakby się ktoś miał awanturować...
- To wtedy wzywam ochronę - stwierdziła. No tak, ochrona, prawie jak kusza - tylko pewno trudniej schować ich pod ladą.

W końcu jednak postanowiłam ruszyć na dalszy podbój Śródmieścia. Po drodze, przy alei Wojciecha Korfantego, zaopatrzyłam się w prowiant. Ostatecznie lepiej iść na wszelkie boje z pełnym żołądkiem. Jest tam jedna taka przyjemna piekarnia, bardzo tanio nie mają - to fakt, chociaż ceny są porównywalne z cenami wypieków dostępnych w centrach innych miast w Polsce. Ale za to dobre kołoczki sprzedają, choć odruchowo poprosiłam o drożdżówkę, zamiast zapytać jak człowiek - z czym mocie te kołoczki?

Po wyjściu z piekarni, miarowo stukając obcasami o trotuar, ruszyłam raźnym krokiem w kierunku Rynku. Następnie weszłam w ulicę świętego Jana i, idąc w dół, minęłam odnowiony parę lat temu kinoteatr "Rialto", na dłużej zawieszając wzrok na płaskorzeźbie, przedstawiającej rozpędzoną kwadrygę. Ale ostatecznie skręciłam w lewo, by przeciąć trójpasmową ulicę jednokierunkową - Dworcową, tę przez którą niegdyś moja przyjaciółka przeszła z zamkniętymi oczami. Ze strachu.

Weszłam w ulicę Plebiscytową, której remont kiedyś przyuważyłam. Efekt jest zadowalający. Teraz jest to ocieniona z obu stron ciągiem kamienic, jednokierunkowa uliczka, wąska dość ale z wygodnymi, wybrukowanymi kostką chodnikami oraz z rozlokowanymi na nich po obu stronach ulicy ławeczkami. Przydatne bardzo, zwłaszcza, gdy się człowiekowi nagle robi słabo.

Minęłam remontowaną kamienicę a przed sobą usłyszałam tłuczone szkło. Zastanawiam się kto jesienne porządki przeprowadza poprzez dewastację?, kiedy wreszcie zobaczyłam kilku robotników wybijających witryny na parterze jednej z narożnych kamienic. Ot, kolejny remont. Podniosłam wzrok ku górze. Tam, gdzie Plebiscytowa krzyżuje się z Powstańców, w pełni porannego, październikowego słońca, na tle przejrzystego nieba pyszniła się ciemna kopuła z wysoką iglicą, znajdująca się na jednym ze skrzydeł Pałacu Biskupiego.

W końcu dotarłam do skrzyżowania, na zalaną słońcem Powstańców. Po prawej znajduje się plac, naprzeciwko którego stoi ogromna Archikatedra. Świątynia niemal całkiem zasłania znajdujący się za nią Pałac, który w przeciwieństwie do niej ma ciemną elewację. Przeszłam na drugą stronę ulicy, gdyż miałam zamiar skręcić w jedną z przecznic, odchodzących na prawo od głównej ulicy. Wolnym krokiem szłam więc w dół ulicy Powstańców, po lewej mijając długi i cieszący oko budynek, w którym siedzibę ma Kompania Węglowa. Jeden z wielu cudów katowickiego modernizmu!

Mijam kolejne przecznice. Sienkiewicza, Lompy, Rybnicka! Mam cię! Skręciłam w ulicę wciąż wypełnioną zielenią i imponującymi wierzbami, rosnącymi przed niewysokimi, ale za to długimi i interesującymi budynkami. Zresztą ciemne domy wydawały się niknąć wśród drzew i krzewów rosnących w przed domowych ogródkach. W końcu dotarłam do niewielkiego i niepozornego dość budyneczku, tak różnego od tych, które mijałam do tej pory. Widać, że zbudowano go w innym czasie, gdyż dalej znajduje się już osiedle bloków. Jestem na miejscu. Cóż się tam mieści? Ot, biblioteka. Miejska Biblioteka Publiczna w Katowicach, Filia nr 30 z oddziałami literatury fantastyczno-naukowej.

Wyrwa w rzeczywistości

11 maja 2011, środa
trzy ćwierci na drugą po południu.

Odwiedziłam filię Biblioteki Miejskiej, tej przy Rybnickiej. Trudno mi opisać, co jest niezwykłego w tej ulicy, ale tę niecodzienność wyczuwam niemal namacalnie, gdy idę niespiesznym krokiem między zielenią - nade mną kołyszą się gałązki wierzb płaczących, a pospolite ptaki rozprawiają w gęstwinie zieleni krzewów rosnących w ogródkach przed majestatycznymi domami o ciemnoszarych, prawie czarnych ścianach.
Przysiadłam na ławce przed wejściem do jednego z nich i zastanawiałam się, kto może tam mieszkać? Jakimi osobami są ludzie, którzy mieszkają w takiej okolicy? Czy są bardziej wyjątkowi od innych, czy zwyczajni jak wszyscy? Nie pamiętam już, jak długo tak siedziałam, pozwalając myślom błąkać się między puchatymi chmurami, przepływającymi mi nad głową. Za plecami miałam metalowe – coś. Teraz trudno mi powiedzieć, co to było tak naprawdę. Stare i zardzewiałe, może w dniach świetności był to wózek górniczy? A może przedpotopowa kosiarka? Zwykły złom, który intrygował – skąd się tam wziął i jak długo już tam był? Jak długo jeszcze będzie leżał na trawniku przed domem?

Pamiętam pewien skuter, czerwony z czarnymi elementami i równie czarnym siedziskiem. Stał przykuty do niskiego płotka przed jednym z bloków w Szczecinku. Idąc na rynek lub z powrotem, zawsze go mijaliśmy. Mijały lata, karoserię pokrywała rdza, odpadały elementy. Stał tam niezmiennie, przykuty do niskiego, zielonego płotka. Już nigdzie nie mógł pojechać. Z wolna zamieniał się we wrak, a przecież jeszcze parę lat temu lakier wyglądał jak nowy, może nawet był sprawny? A mimo to stał tam, zawsze w tym samym miejscu. Nie ruszany. Śmialiśmy się czasem, że może powinniśmy go sobie wziąć, skoro nikt go nie używa? Ale to były tylko żarty. Skuter wciąż tam stał, więc był już swojski, stał się elementem krajobrazu – jak blok, przed którym tkwił, jak pobliski budynek sądu, czy stojąca nieco dalej kamienica z ledwie widoczną reklamą namalowaną na ścianie brązową farbę; reklamę pamiętającą czasy PRL, głoszącą wszem i wobec, że PZU udziela kredytów... To, że idąc w kierunku rynku, zobaczy się przykuty do płotku skuter, stało się równie pewne, jak to, że następnego dnia wzejdzie słońce. Tylko, że… Skutera już tam nie ma. Znikł. Zauważyliśmy to ze zdziwieniem gdzieś w kwietniu, a może to był już maj? Nieważne. Ważne, że skuter, który stał się dla nas czymś naturalnym w tym miejscu, pozostawił po sobie pustą przestrzeń. Wyrwa zdecydowanie mniejsza niż ta, która zostaje po wyburzeniu domu z szeregu innych domów. Jednak, czegoś wyraźnie brak… Może wreszcie udało mu się wyrwać na wolność?

A może odszedł tam, gdzie odchodzą wszystkie skutery, motory i motorynki, kiedy rdza przeżre ich serce…

Ruszaj się, Bruno!

25 czerwca 2010, piątek,
ćwierć na dziewiątą przed południem.

Nieprzyjemny ucisk w żołądku, chłodne, suche dłonie... Niechybny znak, że kolejny egzamin przede mną. Ranek przywitał mnie kolejnym listopadem w tym roku. I to ma być sesja letnia? Jassssneee... Mimo to, mimochodem, przypomniała mi się piosenka Starego Dobrego Małżeństwa, która od razu poprawiła mi humor:

Ruszaj się, Bruno, idziemy na piwo,
Niechybnie brakuje nas tam!
Od stania w miejscu niejeden już zginął;
Niejeden zginął już kwiat! 


Zaśpiewam to po wyjściu z gabinetu, obiecałam sobie w duchu. W autobusie spotkałam koleżankę z liceum, która dzieliła ze mną dole i niedole tej samej podstawówki i tego samego gimnazjum. Chociaż nigdy nie uczęszczałyśmy do tej samej klasy.

W ciągu dwudziestominutowej jazdy przez pół miasta, obgadałyśmy niemal po połowie kadry nauczycielskiej z każdej z powyższych szkół. Podzieliłyśmy się wrażeniami i przeżyciami związanymi z różnymi pedagogami, których miałyśmy szczęście, bądź nieszczęście poznać, mniej lub bardziej. A przy okazji wspominania sposobu na uciszanie klasy przez najwspanialszą nauczycielkę języka polskiego, jaka mnie kiedykolwiek uczyła, zahaczyłam o nauczyciela rachunkowości z pewnego liceum ekonomicznego, o którego sposobie na zbyt głośnych uczniów słyszałam od jednego z nich. Otóż, ów nauczyciel nie zwracał bezpośredniej uwagi na zachowanie uczniów, ale gdy uznał, że klasa robi się zbyt głośna pisał w rogu tablicy liczbę. Mógł w trakcie lekcji napisać jedną, mógł i pięć. Na koniec sumował wszystkie wypisane liczby, a gdy wyszło mu powiedzmy: 50, to tymi słowy zwracał się do uczniów:
- Na następną lekcję wymyślcie i rozwiążcie pięćdziesiąt przykładów z omawianego dzisiaj działu.

Wysiadłam tam, gdzie zwykle. Jak zwykle odmówiłam blondynowi przyjęcia gazety, którą ten rozdaje przy przystanku. Zapewne nie jestem tam na tyle często, by zapamiętał, że nigdy nie biorę tej darmowej makulatury. Albo – jeśli zapamiętał – ma nadzieję, że kiedyś od niego wezmę tę przeklętą gazetę. Skłaniam się jednak ku pierwszej opcji, aż tyle pychy nie ma we mnie.

- Przepraszam, jak nazywają się te małe kwiatki? – zapytała mnie niespodziewanie kobieta, która przez chwilę szła obok mnie. Wyrwała mnie z zamyślenia. Kwiatki? Jakie kwiatki? Spojrzałam na nią zaskoczona, nie do końca rozumiejąc, o co właściwie pytała. Wskazała ręką na trawnik. I albo miała na myśli różowe kwiatki, których było już coraz mniej na przy-chodnikowych krzaczkach, albo o małe, białe kwiatuszki rosnące na trawniku. Stokrotki? E, chyba nie.
- Niestety, nie wiem – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, wciąż nie będąc pewną, dlaczego to było tak ważne? A... było ważne? Kobieta przeprosiła i poszła dalej. A ja ponownie spojrzałam na kwiatki. Może jednak stokrotki? Wzruszyłam ramionami i nucąc pod nosem pierwszą zwrotkę piosenki z tekstem Stahury, poszłam tam, gdzie miało się (prawie wszystko) rozstrzygnąć...

Nie rozdziobią nas kruki,
Ni wrony, ani nic!
Nie rozszarpią na sztuki
Poezji wściekłe kły!

I nie rozdziobały, ni wrony, ni kruki, ani nic! Nieco skołowana, wciąż jeszcze z wysokim poziomem adrenaliny w organizmie, wyszłam z gabinetu. Czwórka? Znaczy, że zdałam...? Znaczy, mam wakacje? Przecież to niemożliwe. Czyżby to miała być moja druga sesja bez poprawki? A jednak! Z tych emocji nie zaśpiewałam po wyjściu, a na piwo pójść? Nikt czasu nie miał, mimo, że wszyscy skończyli tego dnia sesję. Jutro to sobie odbiję, pomyślałam, w końcu umówiłyśmy się z Lucyferią na sesji oblewanie.

*