Kartki chronologicznie

Ruszaj się, Bruno!

25 czerwca 2010, piątek,
ćwierć na dziewiątą przed południem.

Nieprzyjemny ucisk w żołądku, chłodne, suche dłonie... Niechybny znak, że kolejny egzamin przede mną. Ranek przywitał mnie kolejnym listopadem w tym roku. I to ma być sesja letnia? Jassssneee... Mimo to, mimochodem, przypomniała mi się piosenka Starego Dobrego Małżeństwa, która od razu poprawiła mi humor:

Ruszaj się, Bruno, idziemy na piwo,
Niechybnie brakuje nas tam!
Od stania w miejscu niejeden już zginął;
Niejeden zginął już kwiat! 


Zaśpiewam to po wyjściu z gabinetu, obiecałam sobie w duchu. W autobusie spotkałam koleżankę z liceum, która dzieliła ze mną dole i niedole tej samej podstawówki i tego samego gimnazjum. Chociaż nigdy nie uczęszczałyśmy do tej samej klasy.

W ciągu dwudziestominutowej jazdy przez pół miasta, obgadałyśmy niemal po połowie kadry nauczycielskiej z każdej z powyższych szkół. Podzieliłyśmy się wrażeniami i przeżyciami związanymi z różnymi pedagogami, których miałyśmy szczęście, bądź nieszczęście poznać, mniej lub bardziej. A przy okazji wspominania sposobu na uciszanie klasy przez najwspanialszą nauczycielkę języka polskiego, jaka mnie kiedykolwiek uczyła, zahaczyłam o nauczyciela rachunkowości z pewnego liceum ekonomicznego, o którego sposobie na zbyt głośnych uczniów słyszałam od jednego z nich. Otóż, ów nauczyciel nie zwracał bezpośredniej uwagi na zachowanie uczniów, ale gdy uznał, że klasa robi się zbyt głośna pisał w rogu tablicy liczbę. Mógł w trakcie lekcji napisać jedną, mógł i pięć. Na koniec sumował wszystkie wypisane liczby, a gdy wyszło mu powiedzmy: 50, to tymi słowy zwracał się do uczniów:
- Na następną lekcję wymyślcie i rozwiążcie pięćdziesiąt przykładów z omawianego dzisiaj działu.

Wysiadłam tam, gdzie zwykle. Jak zwykle odmówiłam blondynowi przyjęcia gazety, którą ten rozdaje przy przystanku. Zapewne nie jestem tam na tyle często, by zapamiętał, że nigdy nie biorę tej darmowej makulatury. Albo – jeśli zapamiętał – ma nadzieję, że kiedyś od niego wezmę tę przeklętą gazetę. Skłaniam się jednak ku pierwszej opcji, aż tyle pychy nie ma we mnie.

- Przepraszam, jak nazywają się te małe kwiatki? – zapytała mnie niespodziewanie kobieta, która przez chwilę szła obok mnie. Wyrwała mnie z zamyślenia. Kwiatki? Jakie kwiatki? Spojrzałam na nią zaskoczona, nie do końca rozumiejąc, o co właściwie pytała. Wskazała ręką na trawnik. I albo miała na myśli różowe kwiatki, których było już coraz mniej na przy-chodnikowych krzaczkach, albo o małe, białe kwiatuszki rosnące na trawniku. Stokrotki? E, chyba nie.
- Niestety, nie wiem – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, wciąż nie będąc pewną, dlaczego to było tak ważne? A... było ważne? Kobieta przeprosiła i poszła dalej. A ja ponownie spojrzałam na kwiatki. Może jednak stokrotki? Wzruszyłam ramionami i nucąc pod nosem pierwszą zwrotkę piosenki z tekstem Stahury, poszłam tam, gdzie miało się (prawie wszystko) rozstrzygnąć...

Nie rozdziobią nas kruki,
Ni wrony, ani nic!
Nie rozszarpią na sztuki
Poezji wściekłe kły!

I nie rozdziobały, ni wrony, ni kruki, ani nic! Nieco skołowana, wciąż jeszcze z wysokim poziomem adrenaliny w organizmie, wyszłam z gabinetu. Czwórka? Znaczy, że zdałam...? Znaczy, mam wakacje? Przecież to niemożliwe. Czyżby to miała być moja druga sesja bez poprawki? A jednak! Z tych emocji nie zaśpiewałam po wyjściu, a na piwo pójść? Nikt czasu nie miał, mimo, że wszyscy skończyli tego dnia sesję. Jutro to sobie odbiję, pomyślałam, w końcu umówiłyśmy się z Lucyferią na sesji oblewanie.

*

Wycieczka na Biegun

6 grudnia 2013, piątek.
trzy ćwierci na piątą wieczór.


Orkan Ksawery. Interesujące, że w Stanach Zjednoczonych nazwy huraganów pochodzą od żeńskich imion. W Europie zaś wielki szkwał dostał imię męskie. Mniejsza jednak o to, kto jak nazywa naturalne zjawiska atmosferyczne. Tuż po czwartej wyszłam z pracy wprost na silne podmuchy wiatru. Opatuliłam się szczelnie płaszczem, chowając się za obszernym kołnierzem, który postawiony na sztorc chronił szyję i twarz. Niewiele widziałam, niczym rycerz z zamkniętą przyłbicą. Nic to jednak, w taką pogodę człowiek i tak nie ma zamiaru podziwiać krajobrazów. Ma inne zmartwienia na głowie. Od przystanku autobusowego dzielił mnie niecały kilometr. Udało mi się go przebyć bez większych problemów, ponieważ połowa drogi prowadzi przy ulicy z obu stron osłoniętej przez niewielki lasek, który skutecznie przeszkadzał silnym podmuchom w ewentualnym zwianiu mnie z chodnika.

Choć skupiałam się przede wszystkim na tym, aby iść, zauważyłam jednak rzecz, która poważnie mnie zaniepokoiła. Idąc na przystanek mijałam sznur samochodów, stojących w korku. Jasne, o tej porze zawsze jest korek – pracownicy biur i wyższych stanowisk okolicznych fabryk, czy też zakładów produkcyjnych, jak się to ładnie określa – wracają hurmem do domów. A ulic w tej okolicy jest dość ograniczona ilość (do dwóch głównych, które krzyżują się niecały kilometr od miejsca, gdzie pracuję). Jednak niepokoił mnie fakt iż wszystkie auta stały. Owszem, korki mają to do siebie, że samochody wleką się z prędkością kulawego ślimaka, ale te tutaj – uparcie stały. Nie wróżyło to niczego dobrego. Mimo to parłam przed siebie, bo nic innego nie miałam do wyboru.

Wreszcie dotarłam na przystanek. Przy wiacie stała para młodych osób, która starała się przy jej użyciu, ochronić się przed wiatrem. Niewiele to dawało. Wiatr wiał z różną siłą, atakując mnie śniegiem i zimnem. Samochody na drodze w kierunku Wrzeszcza stały. A lewy pas był zupełnie pusty. Minęła chwila. Potem dwie. Minut pięć, wreszcie dziesięć. Zadzwoniłam do Lubego, żeby się z nim pożegnać i oznajmić melodramatycznym tonem: 
"Idę, mój ukochany, w nieznane, w ciemny las, w wiatr i szkwał, w zaspy po kolana! Och, żegnaj, mój drogi, bo nie wiem, czy uda mi się do domu dotrzeć".

Tak, po dziesięciu minutach bezsensownego stania na przystanku, na który – jak podpowiadała moja kobieca intuicja z domieszką prekognicji – i tak nic nie zawita przez najbliższy czas a może i godzinę; ruszyłam poboczem ku nowej przygodzie. Nie przeszłam nawet dwustu metrów, kiedy natknęłam się na autobus. Zapukałam do drzwi. Kierowca rozmawiał przez telefon akurat i nie usłyszał. Zapukałam ponownie, nieco głośniej. Otworzył drzwi. Zadowolona z siebie, wsiadłam i rozsiadłam się. Pochwaliłam się Lubemu, że jeszcze żyję. Wyciągnęłam książkę i pogrążyłam się w lekturze. Jednak nie na długo. Cały czas staliśmy. A nie! Przepraszam, autobus przejechał w ciągu dziesięciu minut jakieś… dwa metry? W międzyczasie ze dwa razy przejechał lewym pasem radiowóz – w tę i nazad. Choć nie na sygnale, to jednak kogut był włączony. Niezbyt to dobra wróżba. Pozostali pasażerowie zaczęli dywagować – co się właściwie dzieje? Ktoś rzucił, że pewnie gdzieś tam dalej zdarzył się wypadek i droga musi być nieprzejezdna. Wypadek. W tych warunkach to w zasadzie nic nadzwyczajnego, ale wiem, co to oznacza… Swego czasu ze znajomymi się ratowaliśmy przed staniem w korku (też w autobusie; również gdzieś dalej był wypadek), wysiadając zeń i wracając do domu na piechotę. Tylko, że wówczas był to początek czerwca, było ciepło – wręcz upalnie, szłam całą grupą i do tego na przełaj, przez las, w środku dnia. Teraz sytuacja wyglądała nieco gorzej… Tak, czy siak, wysiadłam z drugą falą osób, która zdecydowała, że w zasadzie wolą iść piechotą do skrzyżowania z ważniejszą ulicą, gdzie prawdopodobnie samochody jeżdżą normalnie.

I w ten sposób poznałam, jak mniej więcej, mogą się czuć polarnicy. Dopóki po obu stronach drogi osłaniał mnie las, było w porządku. Nawet widać było asfalt na lewym pasie. Parędziesiąt metrów dalej minęłam kolejny autobus. Z ciekawości spojrzałam do wewnątrz. Niewiele osób siedziało w środku, najwyraźniej reszta pasażerów zrobiła to, co i ja. Po prostu ruszyła dalej. 

Mniej miło zrobiło się, gdy wyszłam na otwartą przestrzeń, gdzie wiatr hulał w najlepsze i nawiewał całe hałdy śniegu na ulicę i auta. Pusty pas był biały, a samochody z ich lewej strony oblepiał śnieg. Minęłam kolejny autobus. Musiał tam stać już dość długo, bo cały bok i okna były zasłonięte nawianym śniegiem. Nawet nie byłabym w stanie zobaczyć, czy ktoś jeszcze tam został – poza kierowcą. Kawałek dalej dotarłam do przyczyny zatoru. Rzeczywiście miał miejsce wypadek. Wiatr, który chłostał mnie po twarzy drobinami śniegu, nie pozwolił przyjrzeć się dokładniej, co właściwie zaszło. Prawdopodobnie była to jakaś niegroźna stłuczka. Laweta, na którą już załadowano samochód, miała problem żeby wyjechać z zaspy. A mnie się nie udało uniknąć owej, gdy mijałam lawetę, i wdepnęłam w śnieg, mocząc spodnie aż do kolan.

Chwilami, kuląc się w sobie i próbując ukryć za kołnierzem płaszcza, miałam wrażenie, że czy miałabym na sobie kufajkę, czy letnią sukienkę to różnica byłaby niewielka. Wiatr był tak silny, a niesiony przez niego chłód tak przenikliwy, że czułam jak bez trudu omija cztery warstwy ubrań i dociera aż do gołej skóry. Wreszcie, po jakichś dwudziestu minutach przebijania się pod górkę, stawianiu oporu podmuchom, które nieustannie próbowały mnie zbić z nóg, albo rzucić na sznur stojących po lewej samochodów, dotarłam na przystanek przy głównej ulicy. Tak jak przewidziałam i inni, którzy wysiedli z owego autobusu, auta jeździły. Ale tylko w kierunku Wrzeszcza. Drugi pas stał, zakorkowany. Kilka minut minęło, nim podjechał autobus, jadący z Lotniska. Nic to jednak. Najważniejsze, że przyjechał.

Usiadłam obok pary, która wracała z lotniska, zapewne odwołano ich lot. Nic dziwnego. Nieopodal stała inna para. Prawdopodobnie pracownicy lotniska, którzy rozmawiali z mężczyzną, którego lot również został odwołany. Mimochodem słuchałam rozmów, nie chcąc skupiać się na zimnych dreszczach, które co jakiś czas przebiegały mi wzdłuż kręgosłupa. Sięgnęłam po chusteczkę higieniczną, miałam ją w kieszeni płaszcza. Z lekkim zaskoczeniem i rozbawieniem odkryłam, że wiatr nawiał mi śnieg do kieszeni. A namoknięta chusteczka do niczego się już nie nadawała.

- Skasuje mi pani bilet? – usłyszałam męski głos, który zwrócił się do pracownicy lotniska.
- Oczywiście – kobieta odebrała bilet od pytającego.
- Złoty pięćdziesiąt! – rzucił mężczyzna, z którym do tej pory rozmawiała.
- Ach, to by dopiero było! Kasować ludzi za kasowanie biletów – zaśmiał się jej kolega z pracy.
 (...)
- A jutro do pracy na szóstą – przypomniał koleżance.
- Ani mi nie mów! – odparła.

Dojeżdżaliśmy do ronda, gdzie dwie duże ulice się krzyżowały. Dziewczyna wyjęła komórkę i zadzwoniła do kumpeli:
– Hej! Przechowałabyś mnie przez noc? … Właśnie z pracy wracam, a jutro mam na szóstą i boję się, że nie dotrę. … Jestem wykończona, wracam już prawie dwie i pół godziny. … Nie, jestem najedzona. Spędziłam po pracy ponad pół godziny na lotnisku jeszcze, zjadłam obiad. To jak, mogę do ciebie wpaść? ... Super! Zaraz będę.
Pożegnała się z dwójką mężczyzn i wysiadła na najbliższym przystanku.

*

Mnie powrót do domu zajął jedynie dwie godziny. 
A doświadczenia quasi-polarnika? Bezcenne.


Odzyskiwanie danych



16 kwietnia 2010, piątek.
szósta rano.

Melodia budzika wyrwała mnie ze snu, wyłączyłam ją, nie mając najmniejszej ochoty wstawać z łóżka. W końcu było dopiero za dziesięć szósta. Pięć minut później budzik ponawia próbę. Tym razem daję się przekonać i wstaję. Szarość za ramą okna nie nastraja pozytywnie do życia, ale cóż z tego? Lubię deszcz.
Rzuciłam okiem na biurko i pożółkłą obudowę monitora. Racja! Trzeba wydrukować Rezess! – w końcu dlatego wstałam wcześniej. Miałam to zrobić wczoraj, ale drukarka działa tak głośno, że... mogłabym zostać posądzona o naruszanie ciszy nocnej. Komputer włącza się niespiesznie. Wystarczająco dużo czasu, by się odrobinę ogarnąć. Radio cicho gra stare przeboje, nieco nostalgiczne ze względu na narodową żałobę.

Jedna z tabel, ble, ble... skonfigurować w... coś tam, coś tam. Jedyny możliwy przycisk to: OK. No dobra, niech mu będzie, że „OK.” Choć wcale mi się to nie podoba. Kolejny komunikat: Wystąpił błąd, program zostanie zamknięty. Że co, proszę?! Spróbujmy jeszcze raz. I znów to samo. A żeby w was piorun strzelił! By nie powiedzieć dosadniej... Tylko spokojnie, na pewno da się to jakoś odzyskać. Jak nie Wordem, to może Wordpadem? Prawie dobrze, tylko, że wcięło mi tabelkę i trzy strony tekstu, reszta żyje i można spokojnie przekleić do nowego dokumentu. Super! – mruczę pod nosem, bynajmniej bez entuzjazmu. Piętnaście po szóstej. Może zdążę? Z energią, graniczącą z desperacją zabrałam się za przepisywanie. Byłoby prościej, gdyby tekst nie był po niemiecku...

... Gnz. Enter. Control „u”. Ausfertigung. Enter. Parę cyfr. I już! mogłam drukować. Chwila dla siebie, może chociaż zdołam przygotować sobie drugie śniadanie, skoro na pierwsze nie mam nadziei. Gotowe. A z kuchni słyszę, jak drukarka kończy pracę. Świetne zgranie w czasie.

- Dochodzi siódma – stwierdził spiker w radiu. Tak, jakbym nie wiedziała! Wrzuciłam wydruk do teczki, teczkę do torby. Kanapkę w locie zapakowałam w papier. Zaimprowizowane „drugie” śniadanie także wylądowało w torbie. Co mi jeszcze potrzebne? W radiu powoli kończyły się wiadomości. Wystarczająco dużo się ich nasłuchałam w ostatnich dniach. Wieczny odpoczynek zmarłym..., a co żywym? Ech. „Naród wspaniały, tylko ludzie…” – zakołatał mi w głowie cytat z Piłsudskiego, które przypomniało mi przeczytane niedawno opowiadanie. Szkoda, że masz rację, panie Marszałku. Wyłączyłam wszelki sprzęt i nastała błogosławiona cisza.

- Zaczekać na ciebie? – zawołał z przedpokoju brat, który również zbierał się do wyjścia.
- Zaczekaj, zaraz też wychodzę – odkrzyknęłam w pierwszym odruchu. - Albo nie! Idź już! – zmieniam zdanie. Zakładam w biegu sweter, zgarnęłam torbę pod pachę. Usłyszałam, jak brat zamykał drzwi za sobą. Po co zamknął na klucz?! Bez sensu...
Tymczasem żołądek boleśnie przypomniał mi, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia i szklanka wody nie jest w stanie go zastąpić(, jak i paru innych rzeczy). Biegnę do meblościanki w dużym pokoju. Otwieram szafkę, w której zawsze trzymamy słodkości, w nadziei, że znajdę coś odpowiedniego. Czekolada? Nie, to raczej nie jest dobry pomysł. Chusteczki higieniczne? Kozą nie jestem, choć to byłaby ostateczność... Landrynki i miętówki? Chyba nie bardzo się nadają. O! Wafelki! Właśnie tego szukałam! Porywam dwie. Śniadanie, też coś! – moja bardziej opanowana część prycha z niesmakiem. Cicho tam! Lepsze to niż nic. Pocieszałam się myślą, że w torbie mam kanapkę na później.

Jeden wafelek w ręce, drugi zaczęty trzymałam w ustach, a w drugiej ręce - klucze. I jak niby teraz drzwi zamknąć!? Niewiele myśląc, wafelek włożyłam do kieszeni płaszcza. Bylebym go nie zgniotła paskiem torby przypadkiem, bo to byłaby piękna katastrofa, pomyślałam, zamykając drzwi. Dojadłam wafelek i wyjęłam z kieszeni drugiego, czekając na przyjazd windy. Wolałam nie sprawdzać, która była godzina; zresztą, po co się dodatkowo denerwować, gdyby okazało się, że jest za późno?
Wybiegłam z bloku. Szczęśliwie przystanek znajduje się dość blisko. Zwolniłam, kiedy dostrzegłam sporą gromadę ludzi, oczekujących na transport. Pod ścianą sąsiedniego bloku stał brat, podeszłam do niego.
- Zdążyłam! – powiedziałam dumna z siebie. Brat wyjął z uszu słuchawki i spojrzał na mnie, kiwając głową. Z uznaniem, lub bez, zresztą mniejsza o to.
- No, już myślałem, że ci się nie uda.
- A jednak. Moje śniadanie – pochwaliłam się, pokazując wafelek. W skrócie opowiedziałam mu całą poranną sytuację. Pokiwał tylko głową, być może ze zrozumieniem. Brat wsiadł do wcześniejszego autobusu, ja na transport musiałam poczekać jeszcze przez chwilę. A tak się martwiłam, że nie zdążę! Zaśmiałam się w duchu.

Usiadłam i pomyślałam sobie z zadowoleniem: tak, teraz mogę się wyspać. Czekała mnie prawie godzinna podróż przez całe Katowice, aż do moich ulubionych koszar i do tego cudownego Rezess’u, którego transliteracją się zajmowałam. Chociaż, muszę przyznać, że kiedy znalazłam się w koszarach pierwszy raz, miałam niezbyt przyjemne skojarzenia... Zwłaszcza, gdy podczas oprowadzania nas po terenie, przeszliśmy koło sporej przyczepy wysoko zakrytej żółtą plandeką, i zostaliśmy wtedy poinformowani: „...A tutaj znajduje się komora gazowa”. No, cóż... Ale na szczęście eksterminacja różnego rodzaju drobnoustrojów, roztoczy, czy grzybów nie jest zbrodnią.

Między nami mówiąc

8 maja 2013, środa
dwie ćwierci na szóstą wieczór.
 
Po pracy postanowiliśmy z Lubym spotkać się na Wrzeszczu. Dawno nie mieliśmy takiego spokojnego wyjścia na obiad, gdzieś poza domem, a że i sposobność się znalazła i pogoda dopisywała, więc nic nie stało na przeszkodzie. We Wrzeszczu mamy upatrzone, nieduże bistro. Nie mogę wciąż wyjść z podziwu, co do jego wystroju. Można by rzec, że jest nieco kiczowaty. Rzucające się w oczy, jaskrawe kolory - zielenie, żółcie, czerwienie i róże; sztuczne kwiaty na stolikach i plastikowe, przeźroczyste krzesła. Z drugiej strony, nie chodzi bynajmniej o to, że wystrój mi się nie podoba; po prostu jest tak dziecinnie radosny, wiosenny nawet w środku zimy. Tak różny od tego, co zwykle widuję - stonowane kolory, ascetyczne wystroje lub wręcz przeciwnie: tak wiele nagromadzonych drobiazgów, że nie wiadomo na czym zawiesić oko. W każdym razie jest to jedno z naszych ulubionych miejsc, gdzie można smacznie zjeść i nie przepłacić. Poza tym mają bardzo dobre kompoty.

Usiadłam przy jednym z wolnych stolików w zaaranżowanym ogródku przed bistrem. Na stole stała donica z żółtymi kwiatami (żywymi, a nie sztucznymi) oraz fikuśna, żółta latarenka z podgrzewaczem. Widać było, że dopiero co uzupełniono latarenkę, ponieważ świeczka miała knot pokryty woskiem. Miło byłoby ją zapalić, ale przydałyby się zapałki - pomyślałam. 
Chciałam wprowadzić trochę romantycznego nastroju - pomimo tego, że przecież o tej porze roku wciąż jest zupełnie jasno. W każdym razie, zanim Luby zdążył wrócić do stolika - składał zamówienie wewnątrz lokalu - rozejrzałam się wokół; niemal od razu dostrzegłam czerwony kartonik leżący dokładnie pod naszym stołem. Czyżby...? - pomyślałam, czując lekką ekscytację. Czym prędzej schyliłam się... i rzeczywiście: podniosłam niewielką paczkę zapałek. Czasem nawet niewypowiedziane czary się udają.

Mniejsza jednak o wyczarowane z powietrza i zupełnym mimochodem zapałki. Kiedy spożywaliśmy spokojnie obiad, rozmawiając jak zwykle o RPG - dyskutując nad ostatnią sesją Ars Magica, nadchodzącą sesją Warhammer'a oraz kolejną sesją Maga: Wstąpienie - do parkanu podszedł około dziesięcioletni chłopiec z nieco umorusaną twarzą i rozwichrzoną fryzurą. Ubrany był w przybrudzoną, pasiastą koszulkę i krótkie spodenki. W jasnych oczach i szczerbatym uśmiechu krył się prawdziwy zawadiaka. Idąc tropem RPG, aż chciałoby się rzec: młody łotrzyk.
- Smacznego! - zawołał jeszcze z dala, wołając do mężczyzny, który samotnie siedział przy stole najbliżej kamienicy, w której znajduje się bistro. Jak później, opuszczając już ogródek, obejrzałam się na niego - oceniłabym pana na jakieś czterdzieści lat.
- Dziękuję.
- Jak słychać?! - zawołał radośnie chłopiec.
- Co ty do mnie mówisz? - zdziwił się mężczyzna, być może nie usłyszawszy pytania; lub nie rozumiejąc takiej konstrukcji. Chłopak obszedł ogrodzenie od zewnątrz i zbliżył się do stolika, przy którym siedział mężczyzna.
- Jak słychać? - powtórzył.
- Nie wiem, co ci na to odpowiedzieć - przyznał mężczyzna. - Chcesz kasy? - zapytał prosto z mostu.
- Tak.
- Ile? - Co prawda odpowiedź chłopca do nas nie dotarła, ale po chwili usłyszeliśmy zaskoczone: - …Stówę!? Popierdoliło cię?
- Na buty zbieram - odparł chłopiec, ale bardzo szybko zmniejszył stawkę. - Dwanaście pięćdziesiąt.
- Jak na fajki, to ci dam - stwierdził mężczyzna.
- Na fajki to nie chcę.
- A na piwo?
- Też nie.
- To ci nie dam! - Na taką odpowiedź, chłopiec natychmiast zmienił zdanie:
- No to na fajki.
- Dam ci dwa złote.
- Daj dwanaście pięćdziesiąt, będziesz moim najlepszym kolegą! - starał się go przekonać chłopiec.
- Nie chcę być twoim najlepszym kolegą, bo zdrajca jesteś! - padło kategoryczne stwierdzenie ze strony mężczyzny. Ostatecznie dodał jeszcze. - Masz tu dwa złote i sobie radź!
Następnie zapewne doszło do  tego, że chłopiec otrzymał od mężczyzny owe wycyganione przezeń dwa złote. Po czym - jak przypuszczam, pożegnał się z nim i odszedł. Kiedy opuszczaliśmy ogródek przed bistro, nie widziałam nigdzie chłopca. To niewątpliwie była jedna z tych co bardziej niezwykłych rozmów, jakich byłam świadkiem. Luby stwierdził, że ciągnie się za nami Paradoks, skoro przydarzają się nam takie rzeczy... Między nami mówiąc, przypuszczam, że to przez te zapałki.

Piwo ze Stańczykiem

8 maja 2010, sobota
czwarta po południu.

W dzień przed wyjazdem Lubego udało nam się spotkać z Lucyferią. Poszliśmy do herbaciarni, zwanej "Fanaberią". Wypróbowaliśmy kolejne trzy rodzaje herbat. Przyjaciółka wybrała herbatę czarną, truflowo-truskawkową, Luby jakiś gatunek wietnamskiej - jej aromat dziwnie mi się z rybą kojarzył. Luby także stwierdził, że smakuje ona nieco, jakby ktoś ugotował wodorosty, w które zawija się sushi. Natomiast ja wybrałam mieszankę dwóch zielonych herbat z wieloma owocowymi i kwiatowymi akcentami. Mieszanka nosiła przyjemną nazwę: Mona Lisa. Przy okazji uraczyliśmy się tradycyjnym tureckim ciastem, które co dziwne nazywa się Marlenka. Ale było smaczne, polecam.
Ponieważ po tej zadumie nad czarkami-muszlami, doszliśmy do wniosku, że osiemnasta to młoda godzina - postanowiliśmy zmienić lokal. Poszliśmy w miasto, w poszukiwaniu miłych knajp. I tak schwyciliśmy chwilę! A właściwie dzień, wylądowawszy w Carpe Diem. Tam zdarzyła się nam dość zabawna sytuacja. Wyekspediowałyśmy Lubego do baru, by zamówił dla nas złoty trunek. Luby powrócił do nas z zamówieniem i uśmiechem od ucha do ucha. I odezwał się w te słowa:
- Barmanka zapytała, czy macie dowody!
- O, jakie to miłe! Dawno nikt mnie nie pytał o dowód - stwierdziła Lucyferia. A ja uśmiechnęłam się szeroko.
- Uroczo. A mamy jej pokazać? Wyjąć i pomachać? - zapytałam ze śmiechem.
- Nie, nie musicie. Powiedziałem jej, że gdybym zgolił wąsy i brodę też by mnie pytała o dowód.
Ubawiliśmy się setnie. Lucyferia stwierdziła, że jej o dowód nie pytają, bo bywa w takiej knajpie, gdzie nikt nikogo o dowód nie pyta. Mnie nie pytają, bo rzadko kupuję piwo, ostatnim razem - zdaje się półtora roku temu, kiedy kupowałam dla pewnych panów na prezent świąteczny dwie małpki sprzedawczyni, która nota bene jest rówieśniczką mojej starszej siostry i chodziła z nią do klasy, zapytała tylko:
- Ciebie chyba nie muszę pytać o dowód? Skończyłaś osiemnastkę?
- Tak, nawet parę lat temu.
Na poważnie, to tylko raz mnie poproszono o dowód i musiałam go pokazać, bo inaczej bym nie dostała zamówienia (i dobrze, w gruncie rzeczy). To było na poważnie, ale o tyle zabawne, że poproszono mnie o okazanie dokumentu dokładnie w dzień moich dwudziestych pierwszych urodzin.

Później znów postanowiliśmy zmienić lokal.
- To gdzie idziemy? - zapytała Lucyferia.
- Hm, może do Starej Bramy? - rzucam propozycją.
- Nie ma już Starej Bramy.
- Och, to może Belka?
- Nie ma Belki.
- Kochanie, kiedy ty ostatni raz wychodziłaś z domu? - zapytał z przekąsem Luby.
- Och, po prostu nie chodzę po knajpach! - zaperzyłam się. W końcu nieznajomość miejsc rozpusty powinna o mnie dobrze świadczyć, a nie świadczyć przeciwko mnie, prawda? Po paru próbach jednak przypomniały mi się miejsca, w których byłam z koleżankami i nawet wciąż istnieją. Akurat tak się złożyło, że jedno z nich znajdowało się rzut beretem od miejsca, w którym byliśmy. Skręciliśmy w ulicę odchodzącą w lewo od 3ego Maja i tym prostym sposobem, wylądowaliśmy w Red Pubie. Klimatyczne miejsce, swoją drogą.
Usiedliśmy w spokojnym kątku na wygodnych pufach, a po drugiej stronie pod ścianą stało krzesło, właściwie fotel. Drewniany fotel z materiałowym obiciem siedziska i oparcia.
- Spójrzcie, prawie jak krzesło Stańczyka - głośno wyraziłam skojarzenie.
- Faktycznie - zgodzili się ze mną. - Tylko tamto stało chyba odwrotnie - zauważa Lucyferia.
- No tak, ale można by usiąść w nim, tak jak Stańczyk, zrobić zdjęcie a potem odbić je w poziomie - stwierdziłam, nie widząc żadnego problemu. Przyznali mi rację, ale żadne z nas ostatecznie nie udawało Stańczyka. Zdjęć też nie było, po prostu nie ruszyliśmy się z zajmowanej przez nas niszy.

Ostatecznie przy rozmowie i piwie tak miło mijał czas, że ani się obejrzeliśmy, a musieliśmy się rozstać, gdyż w innym wypadku z Lubym nie mielibyśmy powrotnego autobusu. Niestety, największym mankamentem katowickiej komunikacji miejskiej jest absolutny brak nocnych kursów w kierunku mojej dzielnicy. Niestety, po dwudziestej drugiej są ostatnie z autobusów, później w większości startują dopiero tuż przed lub tuż po piątej rano.